Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Błaszczak kupuje z demobilu i bez pompy. Pancerna wolna amerykanka

Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Leszek Chemperek / Ministerstwo Obrony Narodowej
Polska po raz drugi w tym roku zamawia amerykańskie czołgi. Tym razem wozy z demobilu, choć w miarę nowoczesne. Ciekawe, że wyjątkowo jak na tę władzę bez wielkiej pompy.

Można wręcz powiedzieć, że najnowsza modernizacja sprzętu pancernego odbywa się cichaczem. A szef MON Mariusz Błaszczak działa zupełnie nie w swoim stylu: nie staje przy mikrofonie na placu, osłaniany przez szpaler pancernych wozów i żołnierzy w szyku. Nie pokazuje klipu z łopotliwym podkładem muzycznym, nie pisze nawet nic na Twitterze. Jak podała Informacyjna Agencja Radiowa, wiadomość o zamówieniu ponad setki używanych Abramsów minister potwierdził niemal mimochodem przy okazji spotkania z amerykańskim generałem od sił kosmicznych. Później wypowiedział się do kamery rządowej telewizji, ale mówił głównie o samolotach Hercules, też z amerykańskiego demobilu.

A sprawa dotycząca czołgów wcale nie jest podrzędnego znaczenia: kończy tygodnie spekulacji o zamiennikach dla maszyn oddanych Ukrainie i zaczyna nowe, wielowątkowe – o przyszłym składzie polskich wojsk pancernych i perspektywach dla pancernego przemysłu zbrojeniowego.

Kongresmeni USA: Sprzedać Polsce abramsy, odstraszyć Rosję

Abramsy od piechoty morskiej USA

Błaszczak potwierdził, że Polska zamówi 116 używanych czołgów Abrams w wersji M1A1SA. Literki i numerki w oznaczeniu typu mają ogromne znaczenie, choć w oficjalnym przekazie czołg to czołg. Abrams nazywany jest najlepszym na świecie przez samego ministra, decydującego w zasadzie jednoosobowo o wielkich zakupach, ale tym razem nawet on zastrzega, że chodzi o wozy używane, starszej generacji (w porównaniu z najnowszymi, zamówionymi w kwietniu za 26 mld zł – 250 sztuk M1A2SepV3). Według ministra przejęcie używanych maszyn ma się odbyć „na preferencyjnych warunkach”, choć żadnej kwoty nie podaje.

Nieco więcej, choć też niewiele, o zawartości pakietu mówi rzecznik Agencji Uzbrojenia. Ppłk Krzysztof Płatek wymienia dodatkowo amunicję i pojazdy dowodzenia, co wskazuje na pozyskanie całych dwóch amerykańskich batalionów, w skład których wchodzą z reguły gąsienicowe pojazdy inżynieryjne, ewakuacyjne czy mosty przeprawowe towarzyszące czołgom. Amerykanie na razie o kontrakcie nie mówią i nie piszą nic.

Wskazany przez MON typ oznacza, że będą to Abramsy z rozformowanych batalionów piechoty morskiej. Obecność czołgów w składzie tej formacji może zaskakiwać, ale marines mieli do niedawna ok. 400 wozów starszych generacji. Nie modernizowali ich tak szybko i w taki sposób jak wojska lądowe, dlatego M1A1SA reprezentują niższy poziom technologicznego zaawansowania. O tym, że nie mają wszystkiego, w co wyposażone są Abramsy armijne, świadczy ich masa – ok. 10 ton mniejsza. Oczywiście częściowo było to podyktowane specyfiką rodzaju wojsk, mającego za zadanie desantować się na brzeg, działać w trudnych warunkach, często z minimalnym wsparciem (marines są wedle motto „pierwsi w walce”).

Swoje odegrały ograniczenia budżetowe szanowanego, ale najmniejszego rodzaju sił zbrojnych USA. Gwoździem do trumny ciężkich batalionów piechoty morskiej stała się nowa, antychińska strategia USA. Zamiast wsparcia operacji ekspedycyjnych na piaskach Bliskiego Wschodu marines dostali rozkaz powrotu do wody i przygotowania się do walki na pacyficznym teatrze działań, czyli potencjalnie z Chinami. Czołgi nie są w tych warunkach priorytetem, a ich utrzymanie wyssałoby pieniądze potrzebne na modernizację, dlatego w 2021 r. podjęto decyzję o wycofaniu Abramsów z linii. Nie wiadomo, czy już wtedy Polska ustawiła się po nie w kolejce, ale szybkie wskoczenie do niej oznacza, że pojazdów nie trzeba przywracać do życia po latach składowania na pustyni i głębokim zakonserwowaniu. Jakie więc czołgi przejmiemy?

Czytaj też: Błaszczak gra w żołnierzyki. Wróci obowiązkowy pobór?

Bez rewelacji, ale wstydu nie będzie

Można powiedzieć, że technologiczne średniaki, uboższych kuzynów wypasionych Abramsów trzeciej generacji, które były przedmiotem dużej transakcji sprzed kilku miesięcy.

Na najprostsze zadawane w dyskusji pytania odpowiedzi wcale nie są łatwe, bo czołg, jak każda broń, to tylko narzędzie, a liczy się też cel i doświadczenie w jego użyciu. Czy starsze Abramsy będą lepsze od poradzieckich (choć produkowanych w Polsce) T-72? Na pewno są lepiej opancerzone, napędzane mocniejszym silnikiem i mają o kilka generacji lepsze narzędzia do celowania. Czy są lepsze od niemieckich Leopardów? Armatę mają prawie taką samą, używają podobnej amunicji, niemal tyle samo ważą, choć posiadają pancerz o generację nowszy. Szczegółowe dane można by porównywać długo. Ważne, że z najbardziej zaawansowanej armii świata nie zostały wycofane ze starości czy z nieprzydatności – to na pewno nie jest żaden złom. – Bez rewelacji, ale wstydu nie będzie – ocenia znajomy czołgista. Największą zaletą amerykańskich „używek” jest chyba to, że mogą być w Polsce szybko.

Okazuje się bowiem, że Błaszczak mocno przestrzelił, gdy jesienią zeszłego roku po wizycie w Pentagonie ogłaszał przyspieszenie realizacji kontraktów i przewidywał, że „pierwsze czołgi Abrams już w przyszłym roku trafią na wyposażenie Wojska Polskiego”. Nadmierny optymizm, cecha właściwa obozowi rządzącemu, zderzył się tym razem z możliwościami amerykańskiego przemysłu i procedurami. Nawet na podpisanie umowy Błaszczak musiał czekać niemal pół roku, a na nowe czołgi przyjdzie mu poczekać kilka lat. Abramsy przed wyborami oczywiście pokaże, ale nie będą to pojazdy przez niego zamówione i opłacone z kieszeni podatnika, a użyczone przez US Army. W poniedziałek rano minister opublikował na Twitterze pierwsze zdjęcie przewożonego na platformie zielonego abramsa z adnotacją, że czołgi do szkolenia już są w Polsce, a dzięki nim żołnierze będą gotowi na przyjęcie wozów z polskiego zamówienia. I że jest szansa, że przesiadka pójdzie gładko.

Gorzej, gdy między chęciami i deklaracjami a realiami powstaje luka w postaci znacznego uszczuplenia potencjału bojowego przez dłuższy czas.

Czytaj też: Kaczyński szuka miliardów na czołgi. Czy je pożyczy?

Miks amerykańsko-koreański

Tak się dzieje w przypadku wojsk pancernych. Polska pospieszyła z pomocą Ukrainie również poprzez wysłanie jej starszych, poradzieckich czołgów. Choć MON nigdy nie potwierdził oficjalnie liczb, mowa o ponad 200 wozach T-72, czterech pancernych batalionach. Nie ma pełnej jasności, czy wszystkie oddane czołgi pochodziły z jednostek liniowych. Gdyby tak było, liczący „na papierze” 13 batalionów potencjał pancerny RP zmalałby o prawie jedną czwartą. Trzeba pamiętać, że nadal ponad połowa sprzętu pancernego w polskich zasobach to technika wywodząca się z ZSRR.

Jak to wygląda w liczbach? Mamy 247 sztuk, czyli cztery bataliony Leopardów (z uwzględnieniem modernizowanych oraz sprzętu w ośrodku szkolenia), 232 sztuki, czyli cztery bataliony czołgów PT-91, które są rodzimą wersją modernizacyjną radzieckich T-72, i do tego nie wiadomo ile dokładnie batalionów wyposażonych w starsze radzieckie oryginały. Teoretycznie w linii powinno być 358 wozów T-72, czyli liczba odpowiadająca nawet sześciu batalionom z zapasem. Dodatkowe 200 powinno być w magazynach, choć ich stan techniczny bywa dramatyczny. Uszczerbek wielkości czterech batalionów byłby do zniesienia, gdyby cała reszta była w pełni dostępna i sprawna, a czołgi zastępcze pojawiły się szybko. Dlatego MON szuka ich w Europie, USA, a nawet Azji.

Znalazł 116 używanych Abramsów, ale to daje ledwie dwa bataliony. Luka więc i tak powstanie. Jednak, jak pamiętamy, po wizycie w Korei Południowej Błaszczak zapowiadał szybkie pozyskanie tamtejszych czołgów K2, a potem opracowanie przez Hyundaia i Polską Grupę Zbrojeniową nowego czołgu dla Polski – K2PL. Odpowiedzią na wyrwę po radzieckich maszynach będzie więc najpewniej miks amerykańsko-koreański, o którego drugiej części jeszcze się dowiemy.

Czytaj też: Wicher ze wschodu, czyli gry wokół ważnej rakiety

Jaki to ma sens?

„Na Niemcy nie liczymy” – powiedział Mariusz Błaszczak w jednym z wywiadów, kładąc, zdaje się, kres poszukiwaniom kolejnych Leopardów. Poza problematyczną kwestią dostępności samych czołgów poziom antyniemieckiej retoryki PiS jest dziś znowu taki, że o żadnym dealu zbrojeniowym nie może być mowy. Z posiadanych Leopardów Polska nie może zrezygnować, przynajmniej na razie, ale łatwość, z jaką rynek zdobywają u nas konstrukcje zza oceanu i azjatyckie, nie wróży pewnej przyszłości najbardziej rozpowszechnionemu czołgowi Europy. Polska „wyspa” amerykańskiej technologii pancernej będzie liczyć przynajmniej 366 maszyn, a zamówień z Korei wcale nie musi być mniej. 13 batalionów czołgów daje ponad 750 pojazdów, ale to stan sił zbrojnych na teraz, a przecież wszyscy już wiemy o planach ich rozbudowy do sześciu–siedmiu dywizji i o minimum 300 tys. żołnierzy. Polska – w zapowiedziach – nie odda pozycji pancernego lidera europejskiej części NATO. W tej sytuacji szykuje się czołgowa wolna amerykanka i kto wie, jaki jeszcze kontrakt nas zaskoczy.

Bo oczywiście, do czego się już przyzwyczajamy, 116 czołgów z Ameryki zamówiono bez przetargu czy konkursu ofert. Nadzwyczajna sytuacja z pewnością uzasadnia pośpiech, a ujednolicenie typu z przyszłościowym czołgiem polskich pancerniaków ma swoje zalety. Gdy jednak spojrzeć na mnożące się typy, widać, że rośnie różnorodność, a z nią koszty obsługi i utrzymania tego czołgowego zoo. Dziś mamy w szyku poradzieckie T-72 i PT-91, niemieckie Leopardy, a pojawiające się na horyzoncie amerykańskie Abramsy niedługo mają dogonić koreańskie K2. W MON zapanowała moda na dywersyfikację, choć jeszcze niedawno w modzie były narzekania, ile to typów czołgów mają europejskie armie NATO, podczas gdy „Amerykanie mają jeden”. Niedługo samo Wojsko Polskie będzie się mogło pochwalić czterema lub nawet pięcioma, i to w oficjalnych wypowiedziach obecnie jest zaletą, bo rzekomo zmniejsza uzależnienie od zagranicznych dostawców.

Tu dochodzimy do kwestii kluczowej. Przez 20 lat polski przemysł żył w przekonaniu, że warto budować zdolności do obsługi Leopardów i zacieśniać współpracę z Niemcami, bo może niemieckie firmy pomogą nam zbudować mitycznego Wilka, czołg nowej generacji. Jednocześnie część zakładów żyła z remontów i doposażania czołgów poradzieckich, a także produkcji amunicji do nich (ma o 5 mm większą średnicę niż standard NATO). Zwrot na USA przyniósł pogorszenie nastrojów, bo zakupowi Abramsów na razie nie towarzyszy strategia przemysłowa, a współpraca z Amerykanami nie wszędzie ma fanów. Dlatego od kilku lat nadzieją była Korea, podobno bardziej skłonna do kooperacji. Ale jeśli rozbudowujemy flotę Abramsów, to ile miejsca zostanie? To jeden z wielu powodów, dla których masowe i nagłe zakupy MON wcale tak bardzo nie cieszą krajowej zbrojeniówki.

Czytaj też: Potężna broń hipersoniczna. Rosja i Chiny już ją mają

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną