Kraj

Męka znękanej miłości

Męka znękanej miłości

Miłość? Miłość? Unsplash
Co roku od obsesyjnej miłości ginie 50 osób. Obiekty uczuć albo ich partnerzy. Zwykle wcześniej jest czas, żeby morderstwu zapobiec. Ale w polskim systemie prawnym dopóki nie zabiją, nie sposób nękających ścigać.

Kilka głośniejszych spraw. Zupełnie świeża: Paweł K., 23 lata, instruktor jazdy konnej. Agata była jego uczennicą. Namawiał ją na wspólną ucieczkę, a gdy z nim zerwała, zaczął dzwonić, prosić, wreszcie grozić. Ukradł jej konia. W końcu wszedł przez balkon do jej domu. Wbił Agacie nóż w głowę: jeśli z nim nie będzie, to z nikim. Poranił domowników. Potem sam poszedł pod bramę więzienia powiedzieć strażnikom, że właśnie zabił człowieka.

Sprawa najbardziej drastyczna: Tomasz K., 19 lat, syn rolnika ze Śląska. Świetny uczeń, za wyniki dostał od starosty stypendium. M., fryzjerka, rok starsza, była jego pierwszą, a Tomasz był nieśmiały w stosunku do dziewczyn. M. zaręczyła się z kimś innym. Tomasz najpierw dzwonił do tego drugiego i odkładał słuchawkę, potem zdewastował konkurentowi samochód. Wreszcie zaczaił się, oblał go benzyną i podpalił. Zabił.

Ta najbardziej typowa: Janusz Sz., 57 lat, technik elektronik, chwilowo na bezrobociu. Zakochał się w Annie M., która jako pracownica socjalna odwiedziła go w domu. Najpierw był tylko nieśmiały list miłosny i prośba, żeby – jeśli nie odwzajemnia uczucia – o wszystkim zapomniała. Potem telefony, kwiaty, wielogodzinne wystawanie przed domem, wizyty w pracy. Po trzech latach zastrzelił na ulicy jej męża.

Z kryminologicznych badań włoskich wynika, że co dziesiąte morderstwo poprzedzane jest nękaniem. Zanim dochodzi do zbrodni, zwykle jest jeszcze czas, aby ochronić ofiarę. Średnio – półtora roku. Po dwóch, trzech latach, wynika z badań amerykańskich, uwielbienie w większości wypadków przeradza się w nienawiść, a prawdopodobieństwo ataku diametralnie rośnie.

Przestępca

To, co się dzieje wcześniej, zostało już dość dokładnie zbadane. Amerykanie nazwali to stalkingiem (od skradać się, polować – patrz ramka). Chodzi o to, żeby stać się centrum życia prześladowanej osoby albo żeby pokazać jej, kto rządzi. Okazać swoją wszechwładzę. Badacze problemu porównują to do uzależnienia. Taka miłość, podobnie jak narkotyki, zniekształca widzenie u sprawcy; on swoją postawę doskonale racjonalizuje: nie mógł inaczej.

Tomasz K., ten, który podpalił konkurenta, mówi, że był przekonany, że M. wcale nie chce wyjść za tamtego, że ją rodzice zmuszają. Anna M., ta z trzeciego opisanego przypadku, odprawiła wyznającego miłość stanowczo. Ale Janusz Sz. pomyślał wtedy, że kobieta ma klasę, bo jest odpowiedzialną matką dzieci. Zakochał się jeszcze bardziej.

Tym bardziej że M., gdy robiła w jego domu wywiad środowiskowy, zobaczyła tę jego ścianę wyklejoną zdjęciami porno – i nie powiedziała słowa. Pomyślał, że to pierwsza kobieta, która doceniła go na tyle, żeby z góry uznać, że on te zdjęcia trzyma w celach naukowych. Wypożyczał kasety z pornosami i miał, mówił potem psychologowi, ambicje być znawcą tematu. W ogóle był bardzo ambitny. Od jej znajomych w pracy wyciągnął datę urodzin Anny, wtedy jeszcze całe biuro bawiły te jego staroświeckie zaloty. Posłał bukiet i czekoladki. Dowiedział się, gdzie mieszka. Wystawał pod domem, ale wtedy jeszcze dyskretnie, żeby go nie dostrzegła. Potem, opowiadał psychologowi, analizował każde zdanie, które wypowiadała Anna, tak „jakby docierał do jej osobowości”.

Po dwóch latach przestał się kryć: w swoim mniemaniu miał prawo, byli już przecież parą dobrych znajomych. Anna stała się opryskliwa. Starał się jeszcze bardziej. Wezwana przez Janusza na świadka w sprawie, którą wytoczył właścicielowi sklepu o złamaną nogę, zeznała nie to, czego się spodziewał. Jeszcze ją tłumaczył: mąż jej kazał.

A potem ona wyjechała z mężem na wakacje. Wściekł się. Zaczął grozić.

Ofiara

Z perspektywy ofiary to, czy stalker jest agresywny, czy też jego miłość to sama lepka słodycz, nie ma większego znaczenia. Liczy się częstotliwość jego działań i ich nieprzewidywalność.

W 10 proc. przypadków stalkerami bywają kobiety. To specyficzna grupa przestępczyń, ponad 80 proc. ma wyższe wykształcenie, są wyrafinowane, rzadziej stosują bezpośrednią przemoc.

Ale i bez przemocy koszt, jaki ponosi ofiara, jest ogromny. Badania niemieckie wskazują, że 90 proc. doświadcza przewlekłego stresu, który ma silny wpływ na zdrowie. A więc: przewlekłe bóle głowy, koszmary nocne, ciągłe rozstroje żołądka. Co druga nękana miłością osoba przeprowadza się, zmienia miejsce pracy albo w ogóle przestaje pracować. Co trzecia – ma wszystkie symptomy właściwe dla stanów posttraumatycznych albo silną depresję (lekkie objawy widoczne są właściwie u wszystkich). Co czwarta podejmuje rozpaczliwe próby zabezpieczenia swojego domu, zakłada dodatkowe zamki. Jedna trzecia przestaje wychodzić z domu, wyjąwszy sytuacje, kiedy jest to absolutnie konieczne. Co czwarta poważnie myśli o samobójstwie już po kilku miesiącach nękania. Co dwudziesta tę próbę podejmuje.

Ofierze jest tym trudniej, że często nawet bliscy nie rozumieją jej lęków. Jedna czwarta, wynika z badań amerykańskich, w ogóle nie wtajemnicza rodziny w swój kłopot, uważając, że nikt nie będzie mógł pomóc, albo z obawy, że nie zostanie zrozumiana. Paulinie, poznaniance, której wielbiciel omal nie zabił po tym, jak ją zobaczył z kimś innym, to mama powtarzała, że powinno się pomóc biednemu chłopakowi jakoś pozbierać, bo przecież niedawno umarła mu mama. Wyłudzał więc od Pauliny kolejne spotkania.

Dała mu numer psychiatry, pocieszając, że teraz to żaden wstyd. Zadzwonił po wizycie: psychiatra jest zdania, że nasza miłość się obroni. Że to taki test na prawdziwą miłość.

Źle

Anna M. z Łodzi, ta, której mąż zginął od strzału, zaczęła się bać naprawdę, gdy Janusz Sz. rzucił, jakie to ma piękne dzieci. Poszła do szefostwa. Ze względu na szczególnie trudnego petenta prosiła o przeniesienie na inne stanowisko. Usłyszała jednak, że powinna się z tym liczyć: klienci opieki bywają dziwni. Taką mają pracę – niebezpieczną.

Mąż wspierał Annę. Przychodził po nią do pracy. Wspólnie się pocieszali, że pewnie trzeba przeczekać. Ale po dwóch latach rodzina znosiła to wszystko coraz gorzej. Ta karkołomna logistyka: skąd, kogo, o której godzinie odebrać. Plus Anny lęki, strachy, nerwowość.

Na pół roku przed morderstwem po raz drugi poszła do dyrekcji. Prosiła, żeby firma wystąpiła do prokuratury. Wcześniej sama była na policji. Liczyła na ochronę albo chociaż na instalację podsłuchu, żeby na policyjnej taśmie były jakieś dowody na działalność Sz. i te groźby. Ale policjant cały czas szeroko się uśmiechał i mówił jak do dziecka: „Ale jak pani grozi? Bierze pistolet i robi pif-paf? Tak?”. Dyrekcja tak samo: „brakuje podstaw”. We wrześniu pojechali jeszcze z mężem do Częstochowy w intencji opamiętania Janusza. W listopadzie mąż zginął.

Agata M., ta, której były narzeczony wbił nóż w głowę, kilkakrotnie była na policji. Nawet nie zachowały się żadne notatki z tych wizyt. Sprawa kradzieży konia została umorzona przez prokuraturę.

Nawet w USA, gdzie na początku lat 90. do prawa karnego wprowadzono przepisy pozwalające ścigać sprawcę i chronić ofiarę stalkingu, połowa nękanych nie była zadowolona z pracy funkcjonariuszy. Czuła się lekceważona.

Zasadnicze znaczenie ma w tym wszystkim aspekt kulturowy – mówi Marcin Szpond, prawnik z krakowskiej kancelarii Pro Lege, reprezentującej ofiary stalkingu i autor nagradzanej pracy magisterskiej poświęconej tej problematyce. – Przypadki stalkingu są zwykle traktowane przez policjantów czy prokuratorów jako sprawy ściśle prywatne. A ofiara i sprawca stalkingu – jak para. Tymczasem to, że między ofiarą a sprawcą była relacja, oznacza, że niebezpieczeństwo rośnie.

Kolejną trudność sprawia stan psychiczny ofiary. Przychodzi kobieta od miesięcy zaszczuwana, a więc już z syndromami permanentnego stresu, często płaczliwa, niekonsekwentna w zeznaniach. Albo niekonsekwentna w żądaniach: chce ochrony dla siebie, ale nie chce ścigania sprawcy gróźb, bo się boi, że to go rozzłości. Tymczasem stalker – jeśli go w ogóle przesłuchują – wytłumaczy im rzeczowo i szczerze patrząc w oczy, że się szalenie zakochał i dlatego śle kwiaty. Zdecydowana większość sprawców, wynika z badań amerykańskich, ma średnie i wyższe wykształcenie. Zaburzeń psychicznych, nawet jeśli na nie cierpią, nie widać na pierwszy rzut oka.

– Ale prawdziwy kłopot to polskie prawo, które nie daje ofierze szans, żeby się bronić – mówi Marcin Szpond. – Jest jeden przepis, który uwzględnia złożoność takich przestępstw. Dotyczy on psychicznego znęcania się. Ale jest zarezerwowany jedynie dla osób sprawcy najbliższych i osób, które łączy wspólne pożycie. Tymczasem ofiary stalkerów zwykle nie są z nimi spokrewnione.

Ścigać można groźby karalne pod warunkiem, że są one groźne obiektywnie, a nie tylko w odczuciu osoby nękanej. Ale takie groźby pojawiają się jedynie w połowie przypadków.

Lepiej

Tymczasem z doświadczeń amerykańskich, brytyjskich i holenderskich wynika, że pierwszym koniecznym krokiem, żeby ofiarę ratować, jest oddzielenie jej od stalkera. To trudne. Zakaz sądowy zbliżania się do ofiary skutkuje nie więcej niż w połowie przypadków. Gdy stalker zakaz łamie, to często po to, by zabić.

Holendrzy wprowadzili do przepisów coś takiego jak areszt prewencyjny.

Ale najlepiej działa bransoletka z czujnikiem, który powiadamia najbliższy komisariat i samą ofiarę, gdy stalker się zbliża. 70 proc. zaobrączkowanych w ciągu trwającego przez rok programu nadzoru nie podejmowało już prób zbliżenia się do obiektu uczuć.

Najbardziej obiecujące wydają się rozwiązania niemieckie. W 2007 r., wraz z wprowadzeniem stalkingu do kodeksu karnego, ruszył tam program, który ma za zadanie chronić ofiary obsesji. Zaczęło się od dwóch morderstw w Bremie: ofiary nie doczekały się na czas pomocy policji. Równolegle z nowelizacją kodeksu powołano specjalny zespół, tzw. Stalking – KIT: prokurator, policjanci plus natychmiast interweniujący psychologowie. Pracują i z ofiarą, i z jej prześladowcą, w duecie, ale nigdy razem. Mężczyzna z mężczyzną, zwykle sprawcą, kobieta z kobietą, zazwyczaj ofiarą. Każde złamanie zasad przez stalkera kończy się w areszcie.

Psycholog jest zwykle pilnie potrzebny nękanej. Trzeba odbudować w niej poczucie własnej wartości. Wyciągnąć ją z depresji. W przypadku sprawcy chodzi o to, by zagospodarować jego energię, umożliwić mu rozładowanie jej w inny, niezwiązany z ofiarą sposób. Nauczyć go tego. Przeprogramować go, jak z narkotykiem. A czasem i o to, by uzmysłowić mu, że niszczy obiekt swoich uczuć.

Niemiecki przypadek: on taksówkarz, emigrant z Turcji, odludek bez przyjaciół i dobrej znajomości języka, ona – sprzedawczyni nieopodal postoju. Podoba mu się. A gdy przypadkiem ona sprowadza się do mieszkania po drugiej stronie ulicy, on uznaje, że to przeznaczenie. Podgląda ją, zakłada dziennik, w którym spisuje jej życie. Przeszukuje śmietnik, w pliku Excel ma cykl miesiączkowy ofiary. Zaczepia ją, dzwoni, ale ona się od niego ogania. A gdy w jej życiu pojawia się jakaś osoba, taksówkarz podrzuca anonimy: że sprzedawczyni jest prostytutką. Albo niszczy konkurentom samochody. I tak przez trzy lata.

Niemiecka policja, żeby zdobyć materiał dowodowy, instaluje u sprzedawczyni, za jej zgodą, kamery i podsłuch. Udaje się złapać taksówkarza w trakcie włamania do skrzynki pocztowej ofiary. Zostaje aresztowany. Jest zdziwiony, słysząc, że sprzedawczyni przypłaciła stres poważną chorobą; przyznaje, że się martwi. Po kilku miesiącach terapii Stalking – KIT zalicza tę sprawę do sukcesów. Taksówkarz proponuje odszkodowanie dla ofiary, przelane na specjalne konto. Ona nie odbiera pieniędzy. Nie chce mieć ze sprawcą nic więcej wspólnego.

Beznadziejnie

Dyskusja o wprowadzeniu rozwiązań chroniących ofiary stalkerów trwa we Włoszech, Portugalii, Grecji, Szwecji i 12 innych krajach Europy. W kolejnych ośmiu jakieś rozwiązania już wprowadzono.

W Polsce w tej sprawie nie dzieje się nic. I pewnie to się nie zmieni, skoro skuteczna pomoc ofiarom stalkingu jest niezwykle droga, a skala problemu, powiedzmy, niewielka i blado wypada w statystykach.

Historia Agaty, ciąg dalszy. Ona trafiła do szpitala, gdzie próbowano uratować jej życie, a jej mordercę położono piętro wyżej. Lekarze protestowali, że nie w tym szpitalu, ale nie było przepisów.

Historii Anny M. Ciąg dalszy może nastąpić. Janusz Sz. nadal wysyła listy, już z zakładu karnego. Nie ma prawa, które pozwalałoby zatrzymywać tę korespondencję, skoro w listach są próby wytłumaczenia się, dlaczego musiał zabić, oraz słowa uwielbienia. Ale nawet gdyby ją w listach obrażał, nie byłoby na to paragrafu.

Ciąg dalszy historii M. Rodzina zabitego powiedziała jej w twarz, że dla nich jest tak samo winna jak morderca, a nawet bardziej. Bo to ona z nimi oboma kręciła. W jej miasteczku większość myśli podobnie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kto i dlaczego boi się „Strachów” Daniela Rycharskiego

W swoich pracach chcę pokazać, że może istotą chrześcijaństwa jest świeckość. Instytucja sztuki staje się dziś tym, czym powinien być Kościół – opowiada Daniel Rycharski.

Aleksander Świeszewski
22.04.2019
Reklama