Ważne debaty ostatnich dekad

Polska w debacie
Przed bezprecedensową debatą między urzędującym ministrem finansów Jackiem Rostowskim i autorem polskiej reformy gospodarczej prof. Leszkiem Balcerowiczem przypominamy inne ważne polskie debaty z ostatnich 30 lat.
Debata Donald  Tusk-związkowcy, 18 maja 2009 r.
Rafal Malko/Agencja Gazeta

Debata Donald Tusk-związkowcy, 18 maja 2009 r.

Bronisław Komorowski spotkał się dwukrotnie z Jarosławem Kaczyńskim przed drugą turą wyborów prezydenckich w 2010 r.
Adam Chełstowski/Forum

Bronisław Komorowski spotkał się dwukrotnie z Jarosławem Kaczyńskim przed drugą turą wyborów prezydenckich w 2010 r.

Debata Miodowicz-Wałęsa, 30 listopada 1988 r.
Grzegorz Rogiński/Reporter

Debata Miodowicz-Wałęsa, 30 listopada 1988 r.

Mieczysław F. Rakowski w stoczni. 25 sierpnia 1983 r.
Andrzej Polec/Reporter

Mieczysław F. Rakowski w stoczni. 25 sierpnia 1983 r.

Kadr z debaty Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim z kampanii prezydenckiej w 1995 r.
Andrzej Iwańczuk/Reporter

Kadr z debaty Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim z kampanii prezydenckiej w 1995 r.

Koniec IV RP: debata Donald Tusk - Jarosław Kaczyński.
Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta

Koniec IV RP: debata Donald Tusk - Jarosław Kaczyński.

Przypominają nieco hazard: w jednej chwili można wszystko stracić, albo wszystko zyskać, a o zwycięstwie czy porażce mogą zdecydować detale jak rozchełstana koszula czy etui od okularów. Ich uczestnicy, zwłaszcza w ciągu ostatnich lat, wspierani przez speców od wizerunku nauczyli się stosować chwyty, które mają wytrącić przeciwnika z równowagi i zdobyć przewagę. Kilkadziesiąt lat temu w Polsce spin doktorów jeszcze nie było, więc i o wpadki było łatwiej.

Palec Rakowskiego

Mieczysław Rakowski swojemu spotkaniu w Stoczni im. Lenina w Gdańsku 25 sierpnia 1983 r. poświęca w swoich „Dziennikach” nieco ponad stronę. Niewiele jak na wydarzenie, które przeszło do historii. Rakowski jako wicepremier pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Rady Ministrów ds. Dialogu ze Związkami Zawodowymi. W lipcu 1983 r. wpadł na pomysł, by w przededniu rocznicy porozumień sierpniowych pojechać do Gdańska i spotkać się ze związkowcami. Spotkanie odbyło się w historycznej sali BHP. - Już na początku zdjął marynarkę, podwinął rękawy. Było wiadomo, że będzie gorąco. Popełnił błąd, bo dał się sprowokować, zaczął grozić palcem. I to mu właśnie zostało zapamiętane - wspomina Daniel Passent.

Rakowski pisze, że w wypełnionej sali było około 100 osób, drugie tyle na zewnątrz, wśród nich spora grupa zwolenników Wałęsy, którzy przeszkadzali mu w wystąpieniu. „Na wypowiedzi i zadawane mi pytania oraz na agresywne okrzyki odpowiadałem w tonie bardzo polemicznym i emocjonalnym. Niechętna mi sala coraz bardziej mnie rozgrzewała. Zakończyłem spotkanie fizycznie i psychicznie wykończony, ale jednocześnie zadowolony z tego, że nie uląkłem się, że stawiłem czoło wrogiej sali, nie zrejterowałem” - pisze Rakowski. Wałęsa, który był obecny na spotkaniu, nie był gwiazdą. Siedział z boku, miał krótkie wystąpienie. Ale nie ono było najważniejsze. Agresywny Rakowski nie przekonał nie tylko stoczniowców, ale też ludzi przed telewizorami: - Przyjął postawę „co wy tu mi będziecie opowiadać, mnie?!”. Jego ton był nieznośny - wspomina jedna z osób, która widziała transmitowaną następnego dnia debatę w telewizji (były pomysły by wyciąć z niej Wałęsę, ale w końcu zrezygnowano). Sam Rakowski uznał swoje wystąpienie jako sukces, zadowolony był też ponoć gen. Jaruzelski. Ale to nie był sukces.

Wałęsa publiczny

Alfred Miodowicz, szef OPZZ, który pięć lat później zmierzył się kolejnej historycznej debacie z Lechem Wałęsą, wspomina, że Rakowski w 1983 r. popełnił wielki błąd: „Nie powinien wówczas ani Wałęsy poniżać, ani go ośmieszać, ani obrażać. A wszystko to zrobił. Powinien wyjść do niego z argumentami merytorycznymi nie traktując go protekcjonalnie, jak głupca. Gdyby podjął normalną dyskusję, jak ze zwykłym, nawet prywatnym, ale obywatelem - może uniknięto by potem wielu błędów” - pisze Miodowicz w swojej książce „Zadymiarz”.

Tamto spotkanie z Rakowskim było jednym z elementów, które służyły Miodowiczowi w przygotowaniu się do słynnej telewizyjnej debaty z Wałęsą w listopadzie 1988 r. Pomysł zorganizowania tej debaty zrodził się w pociągu, kiedy zasugerował mu to jeden z dziennikarzy „Związkowca”, żeby Wałęsa wytłumaczył się z tego, dlaczego uchyla się od okrągłego stołu. To był gorący czas. Rakowski, już jako premier ogłosił decyzję o likwidacji stoczni. Władza, zwłaszcza premier była przeciwna debacie. Nie chciała, by „osoba prywatna”, za jaką wtedy uważano Wałęsę zmieniła status na „osobę publiczną”. Był plan, by nie wpuścić Wałęsy do telewizji, ale Miodowicz miał zagrozić, że wobec tego debatować będą pod jej bramą.

Obie strony podeszły do debaty poważnie. Wałęsę przygotowywał sztab ludzi, w którym był m. in. Andrzej Bober, Janusz Onyszkiewicz (ówczesny rzecznik Wałęsy), Andrzej Wajda. Z Miodowiczem trenowali Stanisław Ciosek i Jerzy Urban: „Ciosek tłumaczył mi godzinami, jakimi argumentami mam zgnoić Lecha, jakie są jego mocne, a jakie słabe strony, do czego wolno mi dopuścić, a do czego nie. Urban natomiast - choć również służył radami merytorycznymi - w tej sytuacji czuł się jak ryba w wodzie. Był spokojny i wyraźnie zadowolony. (...) mówił „Bardzo dobrze - niech pogadają! Lepiej gadać niż strajkować” - wspomina Miodowicz.

Na widelcu

W końcu Miodowicz zaszył się w małym ośrodku pod Warszawą, by w spokoju przygotować się do starcia. Strategia Miodowicza była taka, by „nie dopuścić do tego, by Wałęsa mógł powiedzieć to, czego się towarzysze najbardziej obawiali - o 40-letnim niszczeniu Polski przez komunę”. Postanowił, że już na wstępie powie o budowaniu, sukcesach i trudnościach. Potem żałował, że w obawie przed reakcjami biura politycznego KC nie poprowadził tej debaty inaczej: „O ileż łatwiej by było na pierwszy ogień puścić jego wypowiedź - niech się wystrzela - a potem krótko skontrować i wejść w wymianę zdań, w której wówczas Wałęsa był jeszcze słabszy. Wystarczyłoby go zdenerwować - i w kategoriach pojedynku - miałbym go na widelcu” - pisze Miodowicz.

Miał rację, bo ta taktyka przydała się potem Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w starciu w Wałęsą w 1995 r. Miodowicz poległ. - Trochę się baliśmy, czy się uda, ale okazało się, że władza nie ma do czynienia z watażką, ale z człowiekiem rozsądnym, który ma coś do powiedzenia - mówi Janusz Onyszkiewicz. Debatę poprzedziły długie przygotowania. Obozowi Wałęsy zależało przede wszystkim na tym, by spotkanie poszło bez cięć (stąd tykający zegar za plecami dyskutantów), w miarę ascetycznej scenografii, by nic nie rozpraszało przekazu. Lech Wałęsa od początku był świetny. Spojrzał w kamerę i powiedział: „Dzień dobry. Cieszę się z naszego spotkania. Tym, którzy przez siedem lat nie zwątpili - dziękuję”. - Właściwie rozniósł Miodowicza. Wrócił w wielkim stylu, jako przywódca dużej części narodu. Ludzie poczuli więź z tym człowiekiem - mówi Waldemar Kuczyński.

Rzeczywiście, kiedy Miodowicz referował sukcesy władzy i Polski, Wałęsa odparował: „Do nowoczesności idziecie krok po kroku, piechotą, a tu samochodami świat jedzie. Jak będziecie tak szli, to będziemy mieli efekty za 200, 300 lat”. To był strzał w dziesiątkę. Janusz Onyszkiewicz wspomina, że sztab Wałęsy śledził debatę na ekranach telewizorów w Episkopacie: - Przyjechał dość niepewny, czy mu się udało. Musieliśmy go pocieszać, ale widział naszą radość, czym szybko go zaraziliśmy - opowiada Onyszkiewicz.

Podobnie jak debatę z Rakowskim, tę oglądali prawie wszyscy. Wałęsa stał się osobą publiczną i nie pozwolił odebrać sobie tego statusu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj