DEBATA: Czy Polacy to pieniacze?

Ścigani za pomówienie czyli arykuł 212
Polskie prawo pozwala za słowa ścigać tak jak za najgroźniejsze przestępstwa. Rodacy to bezlitośnie wykorzystują.
Aleksander Gudzowaty wytoczył prezydentowi Kaczyńskiemu dwa procesy karne
Piotr Waniorek/Forum

Aleksander Gudzowaty wytoczył prezydentowi Kaczyńskiemu dwa procesy karne

Wanda Gąsior procesowała się ze Zbigniewem Wassermannem
Artur Barbarowski/EAST NEWS

Wanda Gąsior procesowała się ze Zbigniewem Wassermannem

Robert Rewiński naraził się na kłopoty opisując, jak publiczne pieniądze WFOŚ zasilały firmę, której działalność nie miała nic wspólnego z ochroną środowiska
Tomasz Kamiński/Agencja Gazeta

Robert Rewiński naraził się na kłopoty opisując, jak publiczne pieniądze WFOŚ zasilały firmę, której działalność nie miała nic wspólnego z ochroną środowiska

Bartosz Ostrowski/BEW

Był Wielki Czwartek 2008 r. Robert Rewiński wybrał się po przedświąteczne zakupy. Niedaleko od domu drogę zajechał mu jeep. Wyskoczyło z niego trzech potężnie zbudowanych mężczyzn: „Pan Robert Rewiński? Policja”. Powiedzieli mu, że jest poszukiwany, i grożąc bronią, wyciągnęli go z auta. W kajdankach zawieźli na komisariat. Nie wierzyli własnym oczom, gdy zobaczyli decyzję sądu o aresztowaniu: „Artykuł 212? A co to, kur..., jest?”.

Okazało się, że chodzi o tekst, w którym kilka lat wcześniej Rewiński jako dziennikarz lubuskiej „Gazety Wyborczej” opisywał, jak publiczne pieniądze z tamtejszego Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska zasilały firmę, której działalność nie miała nic wspólnego z ochroną środowiska, i ujawniał powiązania między jej właścicielem a władzami WFOŚ. Biznesmen oskarżył dziennikarza o pomówienie.

Rewiński złożył już wtedy wyjaśnienia przed sądem, ale postępowanie przekazano do innego sądu i rozpoczęto od nowa. Tymczasem dziennikarz przeprowadził się do Warszawy. Sąd kierował wezwania na stary adres, w końcu uznał, że Rewiński się ukrywa i wysłał za nim międzynarodowy list gończy. Policja znalazła dziennikarza bez problemu: wystarczyło zajrzeć do systemu PESEL. Wielkanoc i kolejne dni Rewiński spędził w areszcie.

na prawdę

Zgodnie z artykułem 212 kodeksu karnego za pomówienie innej osoby, a nawet firmy czy instytucji, grozi kara do roku pozbawienia wolności. Kara za pomówienie w mediach może być jeszcze surowsza: do dwóch lat więzienia. Ostatnio Sejm przyjął ustawę, w której nieco złagodził kary – jeśli zatwierdzi ją Senat i podpisze prezydent, za pomówienie zwykłe grozić będzie najwyżej ograniczenie wolności, za pomówienie w mediach – do roku więzienia. Nowe prawo zacznie jednak obowiązywać dopiero sześć miesięcy po jego ogłoszeniu.

Spór o to, czy za słowa powinna grozić odpowiedzialność karna, trwa od lat. Zwolennicy jej utrzymania przekonują, że bez tego straszaka uczestnicy publicznej debaty, i tak stojącej już na niskim poziomie, pozbędą się wszelkich hamulców w rzucaniu oszczerstw.

– Problem w tym, że na razie za pomówienie może zostać skazany nie tylko kłamca, ale także ten, kto mówi prawdę. Wystarczy, że sąd uzna, iż jej ujawnienie poniżyło kogoś w oczach opinii publicznej lub naraziło na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu czy pełnienia stanowiska – mówi Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Zgodnie z wciąż obowiązującymi przepisami przestępstwa nie popełnia tylko ten, kto stawiając prawdziwy zarzut, wykaże, że działał „w obronie społecznie uzasadnionego interesu”. Co jest w interesie społecznym, a co nie – ocenia sąd. – Nigdy nie można być pewnym, jak dana wypowiedź zostanie zakwalifikowana – mówi Dominika Bychawska z HFPC.

Do oceny sądu należy także, które słowa mogą poniżyć kogoś w oczach opinii publicznej, a które nie. Kwalifikacja często zależy od tego, jakie środowiska reprezentują pomawiający i pomawiany. Swego czasu poznański sąd uznał, że tamtejsi radni PiS nie pomówili homoseksualistów, zrównując ich orientację z takimi skłonnościami jak pedofilia, zoofilia i nekrofilia, bo opinia publiczna – według orzeczenia sądu – właśnie tak ocenia homoseksualistów. Dla porównania: kiedy Robert Biedroń z Kampanii przeciw Homofobii o wypowiedzi katolickiej działaczki, postulującej odsunięcie homoseksualistów od zawodu nauczyciela, powiedział, że oddaje ona „faszystowsko-nacjonalistyczno-katolicki charakter nagonki na środowisko homoseksualistów”, jego ściganiem zajęła się prokuratura i został zaocznie skazany za zniesławienie katolików.

W sprawy o pomówienia prokuratura angażuje się wyjątkowo – tylko jeśli uzna, że wymaga tego interes społeczny. Przestępstwo to jest bowiem ścigane z oskarżenia prywatnego, co oznacza, że pomówiony sam wciela się w rolę prokuratora: sporządza akt oskarżenia, składa go w sądzie i oskarża podczas procesu. – Kilka miesięcy temu Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że polskie prawo narusza Konwencję Praw Człowieka, ponieważ proces wytoczony przez prywatną osobę niesie ze sobą wszystkie dolegliwości wiążące się z procesem karnym, a skazanie w tym procesie piętnuje i wyklucza społecznie w równym stopniu jak skazanie za najcięższe przestępstwa – relacjonuje Dominika Bychawska.

Oskarżony o pomówienie musi stawiać się na wszystkie rozprawy (podczas gdy w procesach cywilnych o ochronę dóbr osobistych można ustanowić pełnomocnika), a w razie jego nieusprawiedliwionej nieobecności sąd może zarządzić zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. Tak było w sprawie z oskarżenia TVN przeciwko redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” Tomaszowi Sakiewiczowi i jego zastępczyni Katarzynie Hejke. Sędzia uznał, że niedostatecznie usprawiedliwili oni swoją nieobecność na jednym z posiedzeń – nakazał policji zatrzymać ich na 48 godzin przed kolejną rozprawą i na nią doprowadzić. Jeśli sąd uzna, że podejrzany o pomówienie się ukrywa, może – tak jak to miało miejsce w przypadku Roberta Rewińskiego – wydać za nim list gończy i go aresztować.

Podczas zatrzymania, jak od najgroźniejszych przestępców, pobiera się odciski palców i robi zdjęcie do policyjnej kartoteki. Policja może także przeszukać dom podejrzanego. Gdy wiceprezydent Inowrocławia został na internetowym forum posądzony o korupcję, funkcjonariusze urządzili najazd na mieszkania internautów podejrzewanych o zamieszczanie postów, przeszukali je i zarekwirowali komputery.

Jeśli istnieją wątpliwości, czy podejrzany lub oskarżony jest poczytalny, sąd może skierować go na badanie psychiatryczne. Tylko postępowanie karne stwarza możliwość poddania przymusowym badaniom psychiatrycznym człowieka, który nie stwarza zagrożenia dla otoczenia. W sprawach z oskarżenia prywatnego o przeprowadzenie takich badań może wnioskować występujący w roli prokuratora pokrzywdzony. Henryk D., od którego emerytowana Dobrochna Nowicka domagała się, by przestał bezprawnie pobierać czynsz od najemców należącej do niej kamienicy w Łodzi, oskarżył ją o pomówienie. Na wniosek jego adwokata, który twierdził, że słyszał, iż Nowicka leczy się psychiatrycznie, sąd skierował ją na badania. A gdy kobieta nie zgłosiła się do lekarza – wydał nakaz jej aresztowania i poddania przymusowej obserwacji. W areszcie i szpitalu psychiatrycznym Nowicka spędziła prawie trzy miesiące. Biegli stwierdzili, że nie ma żadnych zaburzeń. Wkrótce potem sąd umorzył sprawę o pomówienie. Po tych doświadczeniach emerytka poddała się jednak w walce o prawa do swojej kamienicy.

Dolegliwości wiążące się z procesem karnym i fakt, że proces o pomówienie może wytoczyć każdy, sprawiają, że często uciekają się do niego ludzie, których cześć nie została w żaden sposób naruszona, chcący po prostu pognębić swych przeciwników w sporach rodzinnych, majątkowych czy politycznych.

Dokładnej liczby spraw o pomówienia, które wpłynęły do prokuratur i sądów w ciągu 10 lat obowiązywania obecnego kodeksu karnego, nie sposób ustalić – Ministerstwo Sprawiedliwości gromadzi tylko dane o skazanych. Do ubiegłego roku było ich 1069. Karą więzienia ukarano 241 osób, w tym 29 bez zawieszenia.

Z porównania danych resortu ze szczątkowymi danymi gromadzonymi przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy wynika jednak, że w różnych latach skazaniem kończyła się jedna na kilka, kilkanaście spraw z art. 212. Pozostałe umarzano lub zapadały w nich wyroki uniewinniające. W ciągu minionego dziesięciolecia przed sądami karnymi toczyć się mogło nawet kilkanaście tysięcy takich procesów. Z roku na rok liczba skazanych, a więc pewnie i toczących się spraw, rośnie.

Postanowiliśmy sprawdzić: kto i kogo najczęściej ściga w Polsce za pomówienia, a także, jakie konsekwencje wynikają z tego dla oskarżonych i dla społeczeństwa.

na krytyków polityków

Europejski Trybunał Praw Człowieka jest od lat konsekwentny: osoby publiczne, a zwłaszcza politycy, muszą się godzić z tym, że czasem podlegają krytyce – nawet ostrej i niesprawiedliwej. To ich ryzyko zawodowe. Od obrony ich dobrego imienia ważniejsza jest swoboda publicznej debaty.

W Polsce praktyka jest jednak inna: przyjmuje się, że osobom publicznym, a szczególnie politykom, należy się większa ochrona przed atakami słownymi niż zwykłemu obywatelowi. Według konstytucjonalisty prof. Piotra Winczorka, jest to pozostałość z czasów monarchii, gdy król był utożsamiany z majestatem państwa, a jego obraza oznaczała uchybienie temu majestatowi.

Stąd też prokuratura, jeśli już angażuje się w sprawy o pomówienia, to częściej, gdy pomówionymi są politycy, niż gdy są to zwykli obywatele. I częściej, gdy poszkodowanym jest reprezentant ugrupowania rządzącego, niż gdy jest nim ktoś z opozycji.

Jakby tego było mało, w walce o dobre imię politycy często wykorzystują podległe sobie urzędy. Prezydent Słupska Maciej Kobyliński uznał, że pomówiło go 24 mieszkańców miasta, którzy w liście do przewodniczącej rady miejskiej domagali się wyjaśnienia okoliczności przetargu na sprzedaż miejskiej działki i pisali, że jest tylko jedna nazwa na niezgodne z prawem dysponowanie majątkiem publicznym – korupcja. Pracownikom magistratu Kobyliński nakazał ustalenie adresów osób podpisanych pod listem. Potem przekazał te dane prokuraturze, żądając ścigania sprawców pomówienia.

Z urzędowej kasy opłacane są również często koszty procesów, w których politycy dochodzą swego dobrego imienia. Powszechnie dzieje się tak w samorządach. Gdy lokalna gazeta napisała, że ówczesny wójt Dorohuska Stanisław Maksymiuk po zaniżonych cenach sprzedaje osobom ze swojego najbliższego otoczenia atrakcyjnie położone gminne działki, ten wynajął najdroższą lubelską kancelarię prawną. Za jej usługi zapłaciła gmina – 12 tys. zł. Maksymiuk tłumaczył, że przez pomówienie ucierpiał cały Dorohusk.

W niektórych przypadkach już samo to, że oskarżycielem jest znany polityk, wystarczy, by osoba oskarżana znalazła się na przegranej pozycji. Wanda Gąsior, teściowa fachowca, który instalował Zbigniewowi Wassermannowi słynną wannę z hydromasażem, oskarżona przez tego polityka o pomówienie, w całym Krakowie nie znalazła adwokata, który zgodziłby się ją reprezentować. Wassermann był wówczas koordynatorem służb specjalnych, z których wykorzystania w rozmaitych prywatnych porachunkach słynął rząd PiS.

na politycznych przeciwników

Politycy wykorzystują też art. 212 kk jako broń w porachunkach z politycznymi konkurentami. Do 2006 r. była ona szczególnie groźna dla samorządowców: radny, wójt, burmistrz czy prezydent, skazany za przestępstwo umyślne (a takim jest pomówienie), z automatu tracił mandat, chociaż wymagało to zatwierdzenia uchwałą rady.

Jan Maj, radny podkrakowskiej gminy Igołomia-Wawrzeńczyce, zarzucał ówczesnemu wójtowi Edwardowi Słupikowi i jego współpracownikom niegospodarność, nagłaśniał niekorzystne dla nich raporty z zewnętrznych kontroli. Był także jednym z inicjatorów akcji, w wyniku której kilkuset mieszkańców gminy zażądało odwołania wójta.

Wójt, jego zastępca i przewodniczący rady oskarżyli Maja o pomówienie. Twierdzili, że podczas jednej z sesji zarzucił im kradzież publicznych pieniędzy. Maj zarzekał się, że takich słów nie użył. A ponieważ sesje nie były nagrywane, w procesie karnym za materiał dowodowy musiały starczyć słowa przeciwko słowom. W 2000 r. sąd warunkowo umorzył postępowanie. Przewodniczący rady uznał ten wyrok za skazujący i poddał radnym pod głosowanie uchwałę o wygaśnięciu mandatu Maja. Uchwała przeszła, a Maj kolejne lata walczył w sądach o jej unieważnienie. W końcu Sąd Najwyższy orzekł, że warunkowe umorzenie sprawy nie jest stwierdzeniem winy, a skoro tak – nie zachodziły przesłanki, by uznać wygaśnięcie mandatu. Wkrótce potem NSA unieważnił uchwałę rady. Wyrok miał jednak znaczenie wyłącznie honorowe – w międzyczasie odbyły się nowe wybory i w radzie zasiedli inni radni. Maj nie wrócił już do samorządu. Zmarł w ubiegłym roku.

Nie wiadomo, ilu samorządowców utraciło mandat w wyniku skazania za pomówienie – żadna instytucja nie gromadzi takich danych. My – opierając się na archiwalnych publikacjach prasowych – naliczyliśmy takich przypadków kilkadziesiąt.

Gdy sprawa dotyczyła wójta, burmistrza czy prezydenta, wiązało się to z koniecznością przeprowadzenia przedterminowych wyborów. Co z kolei zwykle oznaczało dla danego samorządu kilkumiesięczny chaos, wstrzymywanie planowanych inwestycji i dodatkowe wydatki. Kilka lat temu całkowity paraliż groził gminie Kamieńsk – tamtejszy burmistrz oskarżył o pomówienie 14 z 15 radnych, a radni – burmistrza. Sąd umorzył jednak obie sprawy.

Dziś skazanym za pomówienie nie grozi utrata mandatu, ale procesy wciąż mogą być dolegliwe, nie tylko dla samorządowców. Politycy znani z ciętych wypowiedzi – jak Stefan Niesiołowski, Tomasz Nałęcz, Julia Pitera, Lech i Jarosław Kaczyńscy – mają lub mieli w przeszłości co najmniej po kilka takich procesów. Zgodnie z prawem jako oskarżeni na każdą rozprawę musieli stawiać się osobiście. Julia Pitera swoim oskarżycielom zarzucała wprost, że chcą uniemożliwić jej funkcjonowanie publiczne i zniechęcić do drążenia rozmaitych spraw. Wielu polityków w obawie przed takimi nieprzyjemnościami woli w kwestiach często ważnych, lecz kontrowersyjnych, w ogóle nie zabierać głosu.

na krytyków spółdzielni i wielkich korporacji

– Statuty wielu spółdzielni pozwalają na wykluczenie członka, który naraził na szwank dobre imię spółdzielni lub jej władz. Osoby, które wytykają władzom nieprawidłowości, są więc najpierw oskarżane o pomówienie, a następnie wyrzucane ze spółdzielni – mówi posłanka Lidia Staroń, której swego czasu taki proces wytoczyły władze olsztyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Pojezierze.

Taki mechanizm zastosowano też w sprawie Ireny Erber. Odkąd została członkiem zielonogórskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Kisielin, zawsze się interesowała, ile kosztował przeprowadzony remont, skąd nagła podwyżka czynszu, dlaczego radzie nadzorczej przyznano nagrody itd. Sąsiedzi to doceniali – kilkakrotnie była ich przedstawicielem na zebrania członkowskie. Kilka lat temu doszło do sporu między Erber a szefostwem Kisielina. Kobiecie odmówiono przekształcenia jej mieszkania ze spółdzielczego we własnościowe. Gdy wytknęła zarządowi Kisielina błędy w procedurze i publicznie zarzuciła mu niedbałość, została wykluczona ze spółdzielni za działanie na jej szkodę „poprzez rozsiewanie plotek i pomówień w celu zdyskredytowania władz”. Oznaczało to utratę mieszkania.

Na wypadek, gdyby Erber chciała się odwołać od tej decyzji, władze spółdzielni wytoczyły jej także proces z art. 212 kk. Oskarżeni o pomówienie władz Kisielina zostali także: dziennikarka lokalnej gazety, która opisała sprawę, i radca prawny Kazimierz Pańtak, który stanął w obronie Erber. Po tym, jak wykluczono ją ze spółdzielni, nie dając możliwości obrony, powiedział dziennikarzom: „Zobaczyłem rządy kolesiów, którzy traktują spółdzielnię jak swoje księstwo”, i nazwał władze Kisielina kliką. Ryzykował sporo: był wówczas radnym i wiceprzewodniczącym sejmiku lubuskiego. – Gdybym został skazany, straciłbym jedno i drugie. O tym, czy mógłbym nadal wykonywać zawód radcy prawnego, musiałaby zadecydować korporacja radcowska. Wyrok sądu mógł przekreślić cały dorobek mojej działalności społecznej i zawodowej – mówi Pańtak. Szczęśliwie oskarżyciele nie przyszli na finał procesu i sąd sprawę umorzył.

Kilkuletnia sądowa batalia zakończyła się uniewinnieniem Erber w procesie o pomówienie i przywróceniem jej członkostwa spółdzielni. Władze Kisielina oskarżyły ją o pomówienie kolejny raz.

Walkę w obronie swojego dobrego imienia władze spółdzielni i wielkie firmy prowadzą przeważnie wielotorowo – wytaczając swoim krytykom wiele procesów naraz. Do ich prowadzenia zatrudniają najlepszych prawników.

Lech Kaczyński, któremu biznesmen Aleksander Gudzowaty wytoczył równocześnie dwa procesy karne: o pomówienie i o naruszenie ustawy o ochronie konkurencji, a także proces cywilny o naruszenie dóbr osobistych, określił ten sposób działania „zasadą totalnego ataku”. W tym przypadku poszło o komentarz Kaczyńskiego na temat budowy gazociągu jamalskiego i dostaw gazu z Rosji do Polski. Odnosząc się do roli, jaką w tej sprawie odgrywał należący do Gudzowatego Bartimpex, Kaczyński mówił, że zakrawa na paranoję, „żeby polskie przedsiębiorstwo, wszystko jedno, prywatne czy państwowe, reprezentowało w większym stopniu interesy drugiej strony niż Polski”. Gudzowaty twierdził, że w wyniku tej wypowiedzi stracił kontrakty o wartości 600 mln dol. Wynajął jedną z najlepszych kancelarii prawnych w kraju. Próżno obrońcy Kaczyńskiego przekonywali, że jego wypowiedź mieściła się w granicach dozwolonej prawem krytyki, że jako polityk miał obowiązek wypowiadać się w tej sprawie. Kaczyński musiał przeprosić: przegrał proces w pierwszej instancji, a ponieważ był wówczas prezydentem Warszawy, kolejna przegrana kosztowałaby go utratę tej funkcji.

na skarżących się

Za pomówienie ścigani są często ludzie, którzy występowali z oficjalnymi skargami na działalność urzędników, przedstawicieli organów ścigania lub wymiaru sprawiedliwości.

To całkowicie wbrew orzecznictwu trybunału strasburskiego, według którego karanie za wnoszenie skarg powoduje tzw. chilling effect (skutek mrożący): obywatele rezygnują z sygnalizowania nieprawidłowości – mówi Dominika Bychawska z HFPC.

Polskim obywatelom prawo do składania petycji, wniosków i skarg do organów władzy publicznej gwarantuje konstytucja. W 1996 r. Sąd Najwyższy uznał, że podniesienie zarzutów przeciwko funkcjonariuszom w skardze do władz nie może być uznawane za zniesławienie, niezależnie od tego, czy roszczenia są słuszne i czy skarżący potrafi je udowodnić. Sądy często nie respektują jednak tej wykładni.

Doświadczyli tego Iwona i Krzysztof B. – właściciele bełchatowskiej firmy holowniczej. W 2003 r. Krzysztof B. został napadnięty i pobity do nieprzytomności przez kilku mężczyzn, którzy zakomunikowali mu, że w Bełchatowie nie ma miejsca dla jego firmy. Później ktoś dwukrotnie podpalił należące do niego holowniki. B. podejrzewali Jana K. – właściciela konkurencyjnej firmy. K. świetnie żył z bełchatowską policją, od lat wygrywał organizowane przez nią przetargi na holowanie aut. Krzysztof B. przeciwnie – kontrolowany przy każdej okazji, karany mandatami za byle co.

Śledztwa w sprawie pobicia i podpaleń policja umorzyła. Iwona B. zadzwoniła wówczas pod numer interwencyjny Komendy Głównej Policji. Poskarżyła się na brak zaangażowania bełchatowskich funkcjonariuszy, wspomniała też o przetargach, sugerując, że K. wygrywa je dzięki poparciu miejscowego komendanta Władysława Kędziaka.

Notatka z jej rozmowy z oficerem KGP trafiła do inspektoratu policji w Łodzi, gdzie dodatkowe wyjaśnienia złożył jeszcze Krzysztof B. Na koniec inspektorat przekazał notatkę z rozmów z B. komendantowi Kędziakowi, żądając, by ustosunkował się do zarzutów. Kędziak wytoczył B. proces o pomówienie. – Ponieważ komendant nie złożył wymaganego prawem aktu oskarżenia, sędzia sformułował go sam. Odrzucił też większość naszych wniosków dowodowych – wspomina adwokat B. Anna Młynarska-Sobaczewska.

Sąd uznał, że B. pomówili komendanta, i wymierzył im karę grzywny. – Gdyby sąd apelacyjny podtrzymał wyrok, nie moglibyśmy startować w przetargach na holowanie pojazdów. Jednym z warunków jest niekaralność – mówi Krzysztof B. Jego firma zostałaby skazana na marginalizację, jeśli nie upadek. Do tego jednak nie doszło. Pół roku później łódzka policja aresztowała zleceniodawcę pobicia Krzysztofa B. i podpaleń – okazał się nim właściciel konkurencyjnej firmy Jan K.

na niewygodnych podwładnych

Przed skazanymi za przestępstwo umyślne – a takim jest pomówienie – zamknięta jest kariera urzędników państwowych, pracowników samorządowych, nauczycieli, inspektorów transportu drogowego, ochroniarzy. Nie mogą również nadzorować ani wykonywać funkcji kontrolnych w Państwowej Inspekcji Pracy i w NIK, pełnić funkcji kierownika urzędu stanu cywilnego itd.

Do czasu zatarcia wyroku ich dane figurują w Krajowym Rejestrze Karnym. Jeśli sąd wymierzył im karę grzywny lub ograniczenia wolności – pozostają tam przez pięć lat od wykonania kary, jeśli skazał ich na więzienie – przez 10. Przez rok widnieją w KRK także dane osób, wobec których sąd warunkowo umorzył postępowanie lub odstąpił od wymierzenia kary.

Artykuł 212 kk jest poręcznym narzędziem, dzięki któremu pracodawcy mogą pozbyć się niewygodnych podwładnych, a konkurujący o dane stanowisko – rywala.

Karol Z. był wychowawcą w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Niemieńsku i szefem tamtejszego oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego. Wychowankami SOSW są dzieci upośledzone umysłowo.

W imieniu ZNP Karol Z. napisał oficjalne pismo do władz powiatu, że pracujący w placówce Adam G. (dane zmienione) był karany za pobicie wychowanków. Władze powiatu zwróciły się o wyjaśnienia do ówczesnego dyrektora ośrodka. Dyrektor, który był w konflikcie z ZNP, ujawnił treść pisma Adamowi G. – wówczas szefowi nauczycielskiej Solidarności. Ten zaś z kolei oskarżył Karola Z. o pomówienie.

Sąd uznał, że Karol Z. zniesławił Adama G., bo w swoim piśmie użył niewłaściwej liczby: szef Solidarności nie został ukarany za pobicie wychowanków, lecz wychowanka. Jednak ze względu na niewielką szkodliwość czynu sędzia odstąpił od wymierzenia kary. Zgodnie z prawem, jeśli nauczyciel zostanie skazany za przestępstwo popełnione umyślnie, traci pracę. – Przestudiowałem przepisy i uznałem, że skoro nie zostałem ukarany, to nic mi nie grozi – wspomina Karol Z.

Niebawem komisja konkursowa, w której skład wchodził Karol Z., miała dokonać wyboru nowego dyrektora ośrodka. – Krótko przed terminem posiedzenia dyrektor wręczył mi wypowiedzenie. Podstawą był wyrok w sprawie o pomówienie – mówi Karol Z. Komisja bez Z. wybrała ponownie tego samego dyrektora.

Z. był rok na bezrobociu. Dopiero po wyroku Sądu Najwyższego, który uznał, że jeśli sąd odstąpił od wymierzenia Z. kary, nie powinien on zostać zwolniony, nauczyciel wrócił do pracy w Ośrodku.

Dla wielu osób skazanie za pomówienie oznacza jednak przekreślenie całego dorobku zawodowego. Skutki takiego oskarżenia są szczególnie dotkliwe dla funkcjonariuszy służb mundurowych – już samo wszczęcie postępowania skutkuje zawieszeniem w obowiązkach służbowych. Policjanci, strażnicy miejscy czy celnicy, którzy oskarżają o nadużycia swoich kolegów ze służby lub poddają krytyce przełożonych, karani są dodatkowo dyscyplinarnie. Choć właśnie oni – ze względu na zmowę milczenia, która zwykle panuje w tych służbach – powinni być szczególnie chronieni.

na dziennikarzy

Artykuł 212 to także bat na dziennikarzy. Za zniesławienie za pośrednictwem środków masowego przekazu grozi do dwóch lat więzienia. W praktyce spośród 199 osób, skazanych na podstawie tego paragrafu w ciągu ostatnich 10 lat, więzienie orzeczono wobec 29, w tym wobec dwóch bez zawieszenia. Nie chodzi jednak o wyroki, lecz o postępowania karne przeciwko dziennikarzom (szacunkowo można przyjąć, że w ciągu 10 ostatnich lat było ich około 2–3 tys.). Według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, już samo zagrożenie takim postępowaniem może powodować, że dziennikarze nie będą podejmować niektórych tematów, zrezygnują z publicznego stawiania zarzutów czy nawet zwykłej krytyki (kolejny chilling effect).

Oskarżający dziennikarzy o pomówienia często widzą w tym sposób na dotarcie do ich informatorów. Gdy władze Wydziału Prawa UW oskarżyły o pomówienie autora tekstu w „Rzeczpospolitej”, który pisał, że na wydziale tym zdarzają się przypadki łapownictwa i przecieki testów egzaminacyjnych, dziekan prof. Tadeusz Tomaszewski przyznawał wprost: „Chodziło nam o zdobycie konkretnych informacji od dziennikarza, dotarcie do źródeł”.

Bezprecedensowe było śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku, dotyczące rzekomego pomówienia władz Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej w publikacjach „Polityki” i „Gazety Wyborczej”.

Prokurator nie tylko wnioskował do sądu o zwolnienie autorów publikacji z tajemnicy dziennikarskiej, lecz także żądał od „Polityki” ujawnienia systemu działania poczty elektronicznej. Centralne Biuro Śledcze – na co dzień zajmujące się ściganiem przestępczości zorganizowanej – na zlecenie prokuratury przesłuchiwało rozmówców obu gazet. Wszystko po to, by dotrzeć do osób, które udzielały informacji o nieprawidłowościach, do jakich dochodziło w Kasach, i o ich powiązaniach z politykami – głównie z PiS. Ciągnące się od 2005 r. postępowanie umorzono, gdy partia Jarosława Kaczyńskiego straciła władzę.

Lokalne władze, oskarżając dziennikarzy miejscowych gazet, często usiłują w ten sposób uciszyć krytykę. Metoda jest skuteczna, zwłaszcza gdy dziennikarz pełni równocześnie funkcję redaktora naczelnego i wydawcy. Skazanie go oznacza odcięcie gazety od finansowania, bo karany ma problemy z uzyskaniem kredytu bankowego (tak było w głośnej sprawie Andrzeja Marka, redaktora naczelnego i wydawcy „Wieści Polickich”).

Konsekwencje, jakie niesie ze sobą skazanie w procesie o pomówienie, są dotkliwe także dla samych dziennikarzy. Robert Rewiński, którego sąd ścigał listem gończym i zamknął w areszcie, został skazany na karę grzywny – choć zarzuty postawione przez niego w tekście się potwierdziły, a publiczne pieniądze wróciły dzięki niemu do WFOŚ. Dziś nie jest już dziennikarzem – ma własną firmę, prowadzi dwa portale internetowe. Jeszcze przed wyrokiem ubiegał się o ich dofinansowanie z Unii Europejskiej. Teraz może już o tym zapomnieć – środki z UE może otrzymać tylko osoba niekarana.

By uniknąć nieprzyjemności wiążących się z procesem karnym, redakcje często godzą się wobec osób, które poczuły się obrażone ich publikacjami, na daleko idące ustępstwa. Wykorzystują to swego rodzaju szantażyści prawni, którzy grożą procesem już za samo wspomnienie ich nazwiska i obiecują odstąpienie od oskarżenia za odpowiednią sumę pieniędzy.

na miarę czasów

Wśród osób ujawniających afery, piszących skargi, a także wśród polityków i dziennikarzy zdarzają się oszczercy, bezpodstawnie szkalujący czyjeś dobre imię. Powinni za to ponosić odpowiedzialność. Nie karną, lecz cywilną.

Przyjęta ostatnio przez Sejm ustawa łagodząca kary za pomówienie nie rozwiązuje najważniejszego problemu: nie zapobiega wykluczeniu społecznemu i zawodowemu ludzi, którzy walcząc o prawa swoje i innych, ujawniając nieprawidłowości w rozmaitych instytucjach, piętnując nadużycia władzy, może i użyli nieodpowiednich słów. Ale często mówili po prostu prawdę i za nią zostali skazani.

Mimo wielu powtarzanych od lat deklaracji, politycy nie mogą zdecydować się na wykreślenie art. 212 z kodeksu karnego. Dla nich stanowi on poręczne narzędzie tłumienia krytyki. Ci, którzy nie będąc u władzy, walczyli o zniesienie tego artykułu, po dojściu do niej sami po niego sięgają, jak Zbigniew Wassermann czy Janusz Palikot. Artykuł 212 może zniknąć. Trzeba tylko, by politycy przypomnieli sobie, dlaczego z nim walczyli, zanim zostali politykami.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj