Kraj

ABW nagrywała rozmowy dziennikarzy

Służby specjalne, pozbawione kontroli, hasają po łączach jak po własnym polu i zdarza się, że prywatnie korzystają z dokonanych nagrań.

„Rzeczpospolita” i „Polska the Times” ujawniły, że podsłuchiwano dziennikarzy. Gromy sypią się na PO, bo to już pod jej rządami ABW zakładała – jak to się fachowo określa – techniki operacyjne. Zapomina się, że podobny problem (podsłuchiwanie dziennikarzy) istniał za rządów PiS. Prokuratura w Zielonej Górze umorzyła co prawda w tamtej sprawie postępowanie, ale nie dlatego, że stwierdziła, iż dziennikarzy nie podsłuchiwano. Uznała po prostu, że podsłuchy zakładano legalnie.

Wyjaśnijmy. Służby specjalne mają ustawowe prawo do stosowania podsłuchów. Muszą w tym celu uzyskać zgodę sądu. Jak się ją uzyskuje? Sprawa jest prosta, wystarczy podać nazwisko lub numer telefonu, należącego do osoby podejrzewanej o popełnienie przestępstwa i kwalifikację karną czynu, jakiego figurant miał się dopuścić. Sądowi nie wystarczy dowolna kwalifikacja. Zbrodnia zabójstwa, korupcja, obrót narkotykami i bronią, udział w przestępczej grupie zorganizowanej – podejrzenie o takie, i podobnej wagi inne czyny, uzasadnia założenie podsłuchu. Żaden sąd nie sprawdza dowodów, wystarczy mu podać odpowiedni artykuł z kodeksu i ... hulaj dusza – słuchamy!

Żaden sąd po zakończeniu takiej operacji nie sprawdza też, czy funkcjonariusze i prokurator nie nagięli rzeczywistości, na przykład czy faktycznie istniało prawdopodobieństwo, że osoba podsłuchiwana popełniła czyn, o jaki ją podejrzewano. Znanego detektywa z Trójmiasta, Rafała R., podsłuchiwano - dzisiaj to już wiemy - pod wymyślonym pretekstem. Telefonowali do niego dziennikarze. Ich telefony także obejmowano „techniką operacyjną”. Zgodnie z prawem? Jak najbardziej. Korzystano z przepisu umożliwiającego stosowanie podsłuchu operacyjnego, trwającego nie dłużej niż pięć dni, bez zgody sądu. Tak było za czasów PiS.

Teraz ABW tłumaczy się, że nie podsłuchiwała dziennikarzy Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego, a jedynie Wojciecha Sumlińskiego, podejrzanego w sprawie korupcyjnej. Pewnie tak było. Dlaczego jednak nie zniszczono – do czego ABW i prokuratura były zobowiązane – nagrań nie mających wartości dowodowej w prowadzonej sprawie? Po co je przekazano prokuratorowi, i dlaczego ten też nie zarządził likwidacji nagrań? Gmyz i Rymanowski mają prawo czuć się pokrzywdzeni. Wbrew swojej woli zostali wciągnięci w krąg podejrzeń, chociaż rozmawiali z podejrzanym nie o popełnianiu przestępstw, ale chcieli go powstrzymać przed samobójstwem. Przypomnijmy, Sumliński wysłał do przyjaciół list, z którego wynikało, że odbierze sobie życie. Dokonał zresztą takiej próby w kościele na Żoliborzu.

Tej sprawy nie należy lekceważyć. Dowodzi bowiem, że służby specjalne pozbawione kontroli hasają po łączach jak po własnym polu, a potem zdarza się, że prywatnie korzystają z dokonanych nagrań. W tym przypadku powodem ujawnienia taśm prawdy (nieprawdy?) był cywilny proces wytoczony przez wiceszefa ABW dziennikarzowi Cezaremu Gmyzowi. To kolejny, po historii z CBA, powód do poważnej debaty nad przyszłością służb w Polsce. W najbliższym numerze „Polityki” poświęcamy służbom specjalnym raport. Mamy takich formacji za wiele, wymagają reformy. Dwanaście służb, biur i agencji zwanych specjalnymi, z tego dziewięć z uprawnieniami do stosowania podsłuchów i posiadania agentury. Jak tak dalej pójdzie, będą podsłuchiwać nie tylko dziennikarzy, biznesmenów i polityków (tzw. afery hazardowa i stoczniowa), ale i same siebie. Z ciekawości.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną