Felietony Ludwika Stommy

Nędza dopalaczy

Słowa „dopalacze” używa się w liczbie mnogiej. Nie bez kozery. Dopalaczy jest bowiem ile gwiazd na niebie. Definicji brak. Najogólniej rzecz biorąc, są to najróżnorodniejsze substancje, po które sięgają ludzie w przekonaniu, że to ich wyluzuje i ubarwi im szare dni. Mogą oczywiście być one szkodliwe, równie dobrze neutralne czy zgoła placeboidalne, ale wykluczyć też nie można, że niektóre przez przypadek leczą astmę, hemoroidy albo syfilisa. Krótko mówiąc, chodzi w gruncie rzeczy o wytwory, które należałoby przebadać każdy z osobna, co jest jednak niemal niemożliwe wobec ich mnogości i nieustannej zmienności. Pojęcie „dopalacze” określa więc byt nieznany, miazmatyczny i wieloraki. Oto pierwsza niewiadoma równania.

Podobno parę osób umarło z powodu użycia jednych spośród mnogości dopalaczy. Jest to możliwe, ale w żadnej mierze nieudowodnione. Jeśli opuszczę ten świat zaraz po wypiciu ostatniej butelki Chablis, nie oznacza to jeszcze, że zabili mnie producenci wina z okolic Auxerre, gdyż przedtem mogłem zjeść zgniły befsztyk tatarski, przesadzić z viagrą, zlekceważyć migotanie serca albo po prostu Behemot powołał mnie do siebie z jemu tylko znanych powodów. Powtarzam, nie lekceważę możliwości związku między dopalaczami i tragicznym losem denatów, czytając jednak uważnie oświadczenia kompetentnych lekarzy, nie znalazłem nigdzie przesłanek, by sądzić, że został on naukowo, badawczo potwierdzony. Mamy więc do czynienia z drugą niewiadomą równania.

Owszem, skłonny jestem uważać, że dopalacze to świństwo nikomu naprawdę do szczęścia niepotrzebne. Skoro jest zaś ryzyko powodowania przez nie uszczerbku na zdrowiu zażywających, popierałbym ich najsurowszą kontrolę, a nawet, w uzasadnionych przypadkach, zakaz sprzedaży i sankcje dla sprzedających. Nie ma to jednak nic wspólnego z proponowanym przez rząd, obrażającym nie tylko poczucie moralne, ale przede wszystkim kartezjański rozsądek, równaniem:

NIEWIADOMA + NIEWIADOMA = WIĘZIENIE

Do tej chwili mógłby być to żart. Tolerując ten rząd, gdyż ocalił nas przed Kaczyńskim, możemy przymknąć oczy na to, że z braku laku, czyli zdolności podjęcia rzeczywistych problemów, mobilizując wszelkie masowe środki przekazu, chce nam udowodnić, że góra jest w stanie wreszcie porodzić mysz. Tylko jakimi środkami!? W tym momencie kończy się pobłażliwa sympatia. Kiedy słyszę premiera Donalda Tuska głoszącego z trybuny sejmowej, że jakiś tam łódzki potentat dopalaczowy „będzie siedział”, i kiedy daje nam on słowo, że tak się właśnie stanie, zimne dreszcze przechodzą mi po karku. Jeżeli bowiem pan premier wyprzedza decyzję władzy sądowniczej, równa się to de facto podważaniu najistotniejszego fundamentu demokracji, którym jest niezawisłość sądów.

Niech mi nikt tego nie tłumaczy zaangażowaniem czy emocją. Niesławnej pamięci minister Ziobro, zanim sądy cokolwiek orzekły, oświadczył pewnemu znamienitemu chirurgowi, że nikomu już nie zaszkodzi, czyli zostanie skazany i unicestwiony. Zniszczył człowieka, skazał na śmierć cywilną, jak się okazało całkowicie bezpodstawnie. I oczywiście nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Ani przez chwilę nie porównuję handlarza dopalaczy z wielkim lekarzem. Ale proceder jest dokładnie ten sam: najprymitywniejszy, porażający ziobryzm.

A potem? Potem było jeszcze gorzej. Telewizja pokazała manifestację uczniów trzymających koślawo napisane tabliczki i transparenty wybazgrane w „Precz z dopalaczami”, „Dopalacze to śmierć” i podobnymi. Możecie mnie powiesić, ale jeszcze ze stryczkiem na grdyce nie przestanę charczeć, że nie uwierzę nigdy w spontaniczność takich pokazów. Przymilni władzy nauczyciele zamiast lekcji matematyki i historii zapędzili uczniów (którzy w trosce o dobry stopień nigdy się do tego nie przyznają) pod sklep z dopalaczami i zorganizowali pikietę. Młodzież dostała wspaniałą lekcję lizusostwa i oportunizmu. Tak powtarza się to, co było dla mnie bodaj najobrzydliwsze w czasach PRL. Nie zapomnę nigdy tych szarych, zmęczonych tłumów, które maszerowały przez Krakowskie Przedmieście w Warszawie dźwigając laickie feretrony z odpowiednimi portretami i napisy: „Potępiamy rewizjonistów i syjonistów”, „Studenci do pracy – literaci do pióra”. Nad wszystkim górował transparent: „Odcinamy się od szkodników i wichrzycieli”. Byliśmy młodzi, więc reagowaliśmy jeszcze śmiechem. W parę godzin później śpiewano już piosenkę:

Tokarz Buła się odcina:
Syjonistów wina. (bis)
Gdy na haku zawiśniemy,
Też się odetniemy (bis)
Tak jak on!

Wydawało się, że to formy zapomniane i odrzucone. Okazuje się, że wręcz przeciwnie. Dzisiaj: „Młodzież popiera rząd w walce z dopalaczami”. Zamiast popierać, lepiej żeby przestała używać. Gdybym miał władzę, nauczycielom, którzy „przeciw dopalaczom” wyprowadzili uczniów na ulicę, udzieliłbym najsurowszej nagany. Oczywiście, próżne gadanie. Przeciwna partia przypomniała sobie jeszcze milsze czasy paradując z zapalonymi pochodniami. Jeśli miało to być w obronie krzyża, to dla tych wszystkich, którzy zachowali pamięć, o którą tak podobno dba IPN, ten krzyż miał połamane ramiona. Szlag trafia!

Pozostaje, powtórzmy, kwestia zasadnicza. Mamy w Polsce wysokie bezrobocie, miliony ludzi z coraz większym trudem wiążących koniec z końcem, zalew chamstwa i pogłębiające się z dnia na dzień przepaście nienawiści. Kaczyński ma na to panaceum w postaci dzielenia Polaków na dobrych i złych, którzy strącają samoloty. Mogło się wydawać, że rząd Donalda Tuska znajdzie sobie tematy i zadania rzeczywiście istotne dla Rzeczpospolitej. I doczekaliśmy się...dopalaczy.

Panie prezydencie, do stóp Pańskich składam apel, żeby nie podpisywał Pan ustawy o dopalaczach. I nie dlatego, że jest ona sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, a przypuszczalnie i z porządkiem konstytucyjnym. Dlatego, żeby przywrócić hierarchię wagi spraw, zapobiec stawianiu Polski na głowie i urządzaniu w niej szopki w najgorszym ziobrowskim stylu. Czekając na Pańską decyzję, na razie się odcinam.

Ludwik Stomma

Polityka 43.2010 (2779) z dnia 23.10.2010; Felietony; s. 121
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną