Felietony Ludwika Stommy

Nie radość

W ideologicznej nadgorliwości szatkowania dziejów, wymazywania z nich niewygodnych albo niewłaściwych lat i dziesięcioleci, tracimy nieopatrznie tę perspektywę, którą daje tylko rozumienie ciągłości historii. Umyka nam na przykład z oczu zdarzenie niezwykłe, że oto po raz pierwszy w ponadtysiącletnich dziejach Polski jej 65-letni mieszkaniec nie zaznał okropności wojny. Jeżeli przyjmiemy tradycyjną cezurę 30 lat na pokolenie, okaże się, że mamy już dwa pokolenia, które szczęśliwie nie oglądały trupów leżących w nieładzie w polnych rowach czy na ulicach. Co więcej – jedno najnowsze pokolenie, którego rodzice nawet byli wolni od wojennej traumy i nie zbierali w piwnicy, jak moja babcia, starych szmat, słoików, sucharów, najdziwniejszego złomu, woreczków z mąką pełnych moli, jednym słowem wszystkich rzeczy, które w razie wojny mogą się przydać.

Jest to fakt mający ogromne konsekwencje, wielokroć ważniejsze niż ulotne zmiany mód, tak bardzo nas zaprzątające, a nawet, ośmieliłbym się powiedzieć, przełomy ustrojowe. Owszem, przeżywaliśmy chwile tragiczne, były ofiary, bywały żałoby, ale śmierć oddalała się od nas dzięki zamierającej z roku na rok pamięci.

W genialnej powieści Wiesława Myśliwskiego „Kamień na kamieniu”, która powinna być w kanonie lektur szkolnych, przewodniczący Maślanka perswaduje Szymkowi Pietrusze, który chce budować sobie grób: „W każdym razie to jedno ci powiem, umrzeć też trzeba wiedzieć kiedy. A ty zły czas sobie wybrałeś. Dajmy na to w okupację czas był odpowiedni. Historyczny, żeby tak powiedzieć. Umierało się za coś, nawet gdyby cię zwyczajnie drzewo przywaliło. Czy zaraz po wojnie, tak samo nie najgorszy. Ma się rozumieć, po właściwej stronie. Ale dzisiaj, czyś ty się, bracie, dobrze zastanowił? O, siedź na dupie i nie spiesz się”. Maślanka nie myśli tylko o bohaterszczyźnie czy też bohaterszczyźnie domniemanej, rozumie, a może przeczuwa, co sformułował Stéphane Mallarmé: „Nie straszne jest odejść, straszne, że inni zostają”. W obliczu wojny, kiedy miecz wisi nad wszystkimi, jest się uczestnikiem śmierci powszechnej, a przez to zrozumiałej, społecznej i w końcu dopuszczalnej.

Po 65 latach pokoju wszystko już przedstawia się radykalnie inaczej. „O, siedź na dupie i nie spiesz się”. Wysłuchujemy, i pewnie słusznie, tylko tego przesłania. Mamy zresztą do tego najbardziej racjonalne przesłanki. Średnia statystycznej długości życia wydłuża się z roku na rok. Osiemdziesiątka, nawet dziewięćdziesiątka nikogo już dzisiaj nie dziwią. Zaczynamy myśleć, że i my, a dlaczego właściwie nie. Stąd całe zamieszanie wokół emerytur. Rządy – tak polskie, jak i francuskie czy brytyjskie – grubo za późno zajęły się tą tak wrażliwą domeną. Napotkały histeryczny opór przeciw nowym regulacjom, jakiekolwiek by były. Nie zrozumiały bowiem tej kwestii elementarnej i zasadniczej, że tu tak naprawdę nie chodzi o parę groszy więcej czy mniej. Po prostu, czego nie było w minionych wiekach, pojawia się starość jako kategoria dotycząca coraz większej populacji, którą białe kołnierzyki dotychczas lekceważyły i na którą nie znalazły, bo też i nie szukały, żadnej, choćby prowizorycznej recepty.

To tutaj właśnie, jak nigdzie indziej, obnaża się nędza wolnorynkowego liberalizmu. Już XX w. stanął w obliczu rozbuchanej demografii. W odpowiedzi na nią stworzono dzieciństwo. Przesunięto lata zdolności szkrabów do pracy i wypełniono przerwę laleczkami, przedszkolami, zabawkami i wierszykami, nur für kochanych naszych pociech. Wiek dojrzałości obywatelskiej, który przez kilkanaście stuleci zawierał się w przedziale od 12 do 14 lat, podniesiono do lat 18, w niektórych przypadkach nawet do 20 i 21. Potem zaczęto przedłużać dzieciństwo, pojawiła się kategoria „młodości” dla wchodzących w rytm produkcyjny dopiero w wieku, kiedy ich średniowieczni protoplaści uznawani byli za ludzi w pełni dojrzałych, bardziej już z górki niż pod.

Ta niesłychana rewolucja społeczna nieobecna jest w szkolnych podręcznikach historii, gdyż trzeba byłoby wytłumaczyć, dlaczego wielcy, europejscy jak najbardziej królowie poślubiali małoletnie dziewczynki i wpędzali je w ciążę. To się zaś nie zgadza z naszymi przekonaniami i prawem. Że wszystko się demograficznie przesunęło? Ależ wtedy staje przed nami kwestia starości właśnie. Z małolatami sobie historia poradziła, bo oni są przecież przyszłością narodu. Ale z ponad 70-latkami, którzy nie chcą do piachu i „siedzą na dupie”? Na nich nie ma żadnego pomysłu i właściwie nikt się nawet nie stara go znaleźć.

Problem w tym, że pogłowie ludzi starych (starszych dla grzeczności) będzie – w tym wszyscy uczeni w piśmie są nieprzyzwoicie zgodni – rosło w geometrycznym niemal postępie. Jaką mamy dla nich propozycję? Pierwsza zawiera się w pojęciu „zdziecinniały starzec”. Dać im klocki, parę rzewnych, wspomnieniowych programów w telewizji i nie przejmować się, co mają do powiedzenia, wiedząc z góry, iż nic do zaoferowania nie mają. Druga to „domy spokojnej starości” – getta dla staruchów. Między sobą się najlepiej dogadają, a latoroślom kłopot z głowy.

Rzecz w tym, że ten problem już nie tylko moralnie (na moralność zawsze znajdzie się sposób, wystarczy pójść do spowiednika), ale liczebnie i ekonomicznie wysuwa się na pierwszy plan. Jak zagospodarować starość? Jak wykorzystać jej dorobek i doświadczenie? Jak zapewnić jej udział w życiu społecznym, nie wypychając w sferę upokarzających świątecznych odwiedzin?

Nie widzę żadnej „woli politycznej”, żeby się nad tym chociaż zastanowić. Mamy rzecznika praw dziecka, mamy tysiąc fundacji poświęconych prawom milusińskich, orkiestra Owsiaka rżnie (skądinąd podziwiam inicjatywę i popieram) ku pomocy małych chorych… Czy ktoś słyszał o rzeczniku praw ludzi starych? Tych, którzy siedzą na dupie i nie chcą witać się ze świętym Piotrem, bo mieliby jeszcze coś do powiedzenia? Jak ktoś jest dzisiaj stary, to oznacza, że 45 lat przeżył w czasach niestosownych i może mieć jeszcze rzewne wspomnienia. Nie wszyscy starcy są zgorzkniali, są więc potencjalnym rozsadnikiem postkomunizmu. A kysz! Nie lepiej to było umrzeć w odpowiednich czasach, jak radził wójt Maślanka? Nie, bo oto starość też żąda swoich praw.

Polityka 04.2011 (2791) z dnia 21.01.2011; Felietony; s. 95
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną