Felietony Ludwika Stommy

Rzym, ślub i trup

Przełom kwietnia i maja 2011 nie pożałował nam igrzysk. Cały świat, a przynajmniej jego chrześcijańska część, miał okazję do trzech wielkich uciech: ze ślubu, z beatyfikacji i z trupa. Świadczy to pięknie, jak otwarta i optymistyczna jest nasza cywilizacja – potrafimy radować się ze wszystkiego. Wystarczy tylko rzecz odpowiednio podmalować, podać w odpowiednim sosie, a już gotowiśmy tańczyć po ulicach i całować się z dubeltówki. Trup, ślub, prawie święty. Hulaj dusza!

Na początku był ślub. Przedstawiono nam wzruszającą historię, jak to pan młody, który w sprzyjających okolicznościach może zostać królem Albionu (nie zapominajmy wszakże, że po panowaniu Ludwika XIV dopiero prawnuk doczekał się korony), bierze za żonę kopciuszka. Pięćset milionów panienek w całym chrześcijańskim świecie śniło po nocach ten sen błogi, że mogłoby paść i na nie. Niestety, nieścisłość drobna. Kate ma tatusia milionera i dlatego tylko uczyć się mogła w szkołach, w których spotyka się błękitnokrwistych.

Prawdziwego kocmołucha książę młody małżonek nie widział w życiu, bo gdyby takowy zbliżył się na odległość mniejszą niż dwieście metrów, zatrzymałaby go obstawa chroniąc jaśnie urodzonego przed potencjalnym świerzbem, wszawicą czy innymi podobnymi chorobami, które powoduje spoufalanie się z proletariatem. Nawet zgubionego pantofelka nie pozwolono by mu dotknąć, po pierwsze, z powodów jak wyżej, po drugie dlatego, że w obuwiu umieszczają terroryści tajną broń, o czym wie każdy strażnik na lotnisku każący nam wkładać buty do prześwietlonego koszyka i maszerować boso bez względu na to, czy lato, czy zima i jak nas żenują dziurawe skarpetki.

Turyści (zwani oficjalnie pielgrzymami) przybyli do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II powtarzali niczym mantrę, że takie wydarzenie zdarza się raz na wiek, a może na całą historię Polski. Znowu pomyłka. Gdyby zamiast słuchać medialnego jazgotu, wgłębili się nieco w historię Kościoła polskiego, do czego skądinąd nawoływał zmarły papież, dowiedzieliby się, że błogosławionych ci u nas dostatek.

Ot choćby tacy: cysterka Benigna, norbertanka Bronisława, dominikanin Czesław, rekluza Dorota z Mątowów, Jan z Dukli, jezuita Melchior Grodziecki, Jan Sarkander, Szymon z Lipnicy etc., etc. Powtarzał z dumą Stefan kardynał Wyszyński, że mówiono o Polsce „ziemia świętych”. A tu się nagle okazuje, że Wojtyła z jedynych jedyny.

Gorzej, kiedy kardynał Stanisław Dziwisz oświadcza solennie, że teraz zaczyna się w Polsce oficjalny kult Karola Wojtyły. Chryste Panie (że użyję wykrzyknika z branży)! – te tysiące pomników, ulic, szkół imienia, szpitali imienia – to nie był jeszcze kult oficjalny? To co nas teraz czeka? Zupełnie inna jest sprawą, iż Jego Eminencja mija się z prawem kanonicznym. Kult błogosławionego, a jeszcze nie świętego, dozwolony jest na terenie jednej diecezji (krakowskiej, jak można się domyślać, w tym przypadku), a więc nie na terenie całej Rzeczpospolitej. Kogo by jednak przejmowały takie praworządniackie detale. Poza tym beatyfikacja wieści rychłą kanonizację i wtedy te terytorialne zastrzeżenia nie będą już miały żadnego znaczenia.

Do kanonizacji potrzebny jest tylko kolejny cud. Doprawdy, o pierwszy postarała się zeświecczona podobno Francja. Jakże nie wstyd Polsce, ojczyźnie Ojca Świętego, że jeszcze nie było na jej ziemiach odpowiednich cudów co najmniej piętnastu. Każdy zaś rok bez cudu opóźnia kanonizację. Myślę, że w tym względzie winien ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz zareagować surowo, kategorycznie i skutecznie. Byle Piłsudski mógł zrobić cud nad Wisłą, to cóż dopiero Kościół polski mocny poparciem 30 mln Polaków katolików, bo przecież innych nie ma, a jeśli nawet są, to schowali się do mysich dziur i oponować się nie ośmielą.

Trup ibn Ladena nasuwa także, niestety, parę niewygodnych refleksji. Po pierwsze, jest owocem (jeśli można tak nazwać zwłoki) dziwacznej hipokryzji chrześcijańskiego świata w sprawie kary śmierci. Gdyby Amerykanie wzięli go żywcem, co mogłoby dać interesujące wyniki śledztwa, musieliby się liczyć z tym, że na całym świecie odezwą się protesty pięknoduchów przeciw późniejszej egzekucji. Woleli więc strzelać od razu i mieć kłopot z głowy.

Logika ta nie jest obca siłom specjalnym i policji wielu krajów, w których zatriumfowała abolicja. Nie jest też obca politykom, którzy omalże jednogłośnie stwierdzali, że „sprawiedliwości stało się zadość”. Jest w tym swoiste contradictio in adiecto. Jeżeli bowiem sprawiedliwość wyrzeka się kary śmierci, to czemu stało się zadość? Nie jestem, rzecz jasna, skłonny uronić najmniejszej łzy nad truchłem ibn Ladena.

Dobrze się stało i mam akurat pewne moralne prawo do powiedzenia tego, gdyż byłem i jestem, pisałem o tym też na łamach POLITYKI, przeciwnikiem zniesienia kary śmierci. A jednak te tłumy, które wyległy w Nowym Jorku na ulice, żeby pić, śpiewać i wiwatować z okazji zamordowania człowieka, jakoś mnie poraziły. I z wielkim szacunkiem wysłuchałem enuncjacji premiera Donalda Tuska w tej sprawie. Był on bodaj jedynym z europejskich przywódców politycznych (a skakałem po wielu stacjach telewizyjnych), który miał tyle godności, by przed słowami, że dobrze się stało, oświadczyć, że śmierć człowieka, jakakolwiek ludzka śmierć, nie jest materią do śmiechu. Urósł w moich oczach.

Niestety, te dni wspaniałych igrzysk nie nastroiły mnie nazbyt przyjaźnie do świata. Nie bardzo mnie rajcują śluby skłamanych kopciuszków. Boję się, że kolejnych tysiąc nabożnych statui zaśmieci miejsca, które kiedyś lubiłem. Już mi powiedziano, że trup nie odgrywał większej roli i moje bezpieczeństwo po jego unicestwieniu nie wzrosło ani na jotę. Więc z czego się cieszyć? A taki miał być przyjemny nastrój.

Polityka 20.2011 (2807) z dnia 10.05.2011; Felietony; s. 88
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną