Felietony Ludwika Stommy

Wycieranie ust narodem

W „Gazecie Wyborczej” z 6 maja ukazała się polemika między Ewą Siedlecką, która twierdzi, że państwowe święto 3 Maja przerobione zostało na katolickie święto wyznaniowe, i Rafałem Zakrzewskim, uważającym, że wszystko jest w porządku i zasada rozdziału Kościoła od państwa nic na tym nie cierpi. Nie chodzi o to, że całkowicie zgadzam się z Ewą Siedlecką. To akurat nie ma większego znaczenia. Ważna jest natomiast kwestia argumentacji Zakrzewskiego, gdyż stanowi ona kliniczny wręcz przykład robienia nam codziennie wody z mózgu. Jego enuncjacje są przy tym tylko przykładem.

Trudno właściwie mieć pretensje. Być może nawet nie pomyślał, kiedy pisał, gdyż kalka pojęciowa tak mu się wydawała łatwa i oczywista. Pisze więc Zakrzewski: „W 1923 roku na prośbę narodu polskiego Pius XI ustanowił nowe święto – Matki Bożej Królowej Polski. Na dzień jego obchodów wybrano 3 maja – dzień uchwalenia konstytucji – jako moment ważny dla polskiej państwowości. A zatem to święto tradycyjnie łączyło w sobie myślenie państwowo-patriotyczne i religijne”.

Pozwólmy sobie na elementarną analizę logiczną tych zdań. Czym innym jest naród, czym innym państwo. Rozumieć więc należy, że o wadze dla „państwowości polskiej” decydować winni obywatele Rzeczpospolitej. Powstaje wtedy oczywiste pytanie: Czy o ustanowienie święta Matki Bożej Królowej Polski zwracali się do Piusa XI zamieszkali w ojczyźnie Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, masoni, socjaliści, radykałowie, ateiści, agnostycy? Z rodzinnych pamiętników moich ultrakatolickich przodków też nie wynika, żeby ktokolwiek prosił papieża. Czymże jest więc ów proszący „naród polski”? Może środowiskiem klerykałów, a może sejmowych wyjadaczy ubijających jakiś polityczny interes?

Na dzień obchodów Matki Bożej Królowej Polski wybrano (wytłuszczenie moje) 3 maja. Tutaj już nie ma wzmianki o narodzie, gdyż suponowałoby to jakieś referendum, społeczne konsultacje, których dalibóg nie było. WYBRANO! Czyli kto wybrał, z jakiego upoważnienia, mocą jakiej większości? To oczywiście nieważne. Pozwala natomiast przejść do autorytatywnego stwierdzenia, że „A zatem od początku to święto tradycyjnie łączyło w sobie myślenie państwowo-patriotyczne i religijne”. Innymi słowy, tradycje można zadekretować. Jest w tym śmieszność dodatkowa. Okazuje się bowiem, że coś było od początku tradycyjne, co jest swoistym contradictio in adiecto. Tradycja się staje, tradycji się nie mianuje. I jeszcze rzecz jedna: co to jest „myślenie państwowo-patriotyczne i religijne”. Zaiste dosyć niebezpieczny koktajl. Taki na przykład św. Stanisław ze Szczepanowa – jak go pogodzić państwowo i religijnie?

Oczywiście jedno i drugie nie stanowi sprzeczności. Na tym jednak polega sedno oddzielenia Kościoła i państwa, żeby właśnie z myślenia państwowo-patriotycznego i religijnego nie robić bigosu. Nie mogę odpuścić Zakrzewskiemu, gdyż jest piewcą tego zakłamania, którym karmieni jesteśmy niczym chlebem powszednim i które całkowicie uchodzić zaczyna naszej uwagi.

Pierwszym tego elementem jest ustawiczne wycieranie sobie gąb pojęciem „naród”. Samo już określenie Rzeczpospolita Obojga Narodów pokazuje, jak złożone były stosunki w przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Można było czuć się jej obywatelem, a nie czuć się Polakiem w dzisiejszych tego pojęcia wymogach. Mickiewicza „Litwo, ojczyzno moja...” to nie jest wszak przejęzyczenie. Czuł się Polakiem w sensie wspólnoty języka i kultury, a jednocześnie Litwinem z tradycji i ojcowizny. Podobnie Miłosz, którego odwołania do Litwy i Żmudzi nie są w żadnej mierze wynikiem antypolskości, ale polskości obok tych drugich korzeni. Żeby było trudniej, nie było tylko obojga narodów. Byli choćby Rusini i Kozacy, byli Żydzi i Tatarzy nawet.

Wróćmy jednak do Polaków katolików. W Rzeczpospolitej i później na jej podzielonych ziemiach wyrzucone poza obieg kultury narodowej zniewolone chłopstwo stanowiło około 80 proc. populacji. Nie poparło ono w swojej masie, i trudno się dziwić, ani powstania listopadowego, ani styczniowego. Zresztą bynajmniej nie cała szlachto-inteligencja wzięła w nich udział. Gdzież tu więc naród?

Można uznać, choć jest to temat do wielkiej i nieskończonej jeszcze historycznej dyskusji, że listopadowi podchorążowie mieli dziejową rację. Teza, że reprezentowali naród polski, nie da się jednak utrzymać statystycznie ani demograficznie. Gdzie był naród w maju 1926 r.? Po obu stronach barykad? Już w parę lat później okazało się, że tylko po jednej. Sanacja bez skrępowania uczyniła Piłsudskiego „ojcem NARODU”, a nawet wprowadziła do kodeksu karnego zapis bicz na tych wszystkich, którzy odważyliby się w to powątpiewać.

Polacy zerwali się do powstania w Warszawie w sierpniu 1944 r. A gdzie są ci Polacy, którzy złorzeczyli niszczącym im domy i dorobek życia? Czy był Polakiem Stefan Kisielewski, kiedy pytał generała Pełczyńskiego „Grzegorza”: „A gdzie jest mój fortepian, smoking, biblioteka po ojcu (...) przepadły w Powstaniu i chcę wiedzieć dlaczego...”.

W czasach środkowego Gierka liczba członków PZPR osiągnęła trzy miliony. Wliczając żony, dzieci i część ciotek, było to milionów dwanaście. To nie byli Polacy? To nie był naród? W tym samym czasie wspaniałych, ofiarnych opozycjonistów z KOR czy Ruchu była może setka. Oni ostatecznie wygrali i cześć im za to. Ale gdzie był wtedy naród, któremu skreślono 45-letnią historię?

Dzisiaj też, popatrzcie na wyborczą frekwencję, ponad połowa obywateli ma gdzieś kogutów z Wiejskiej, pragnie tylko, żeby im nie narzucali swoich objawionych prawd. Tak jest, panie Zakrzewski. Żaden naród polski nie prosił papieża Piusa XI o cokolwiek prócz świętego spokoju.

Polityka 22.2011 (2809) z dnia 24.05.2011; Felietony; s. 112
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną