Felietony Ludwika Stommy

Kopciuszek odwrócony

Zapewne nie dowiemy się nigdy, jaki był rzeczywisty przebieg wydarzeń w luksusowej suicie nr 2806 nowojorskiego hotelu Sofitel. Będziemy mieli zawsze do czynienia ze słowem przeciw słowu, a prokurator, adwokaci i wynajęci przez nich prywatni detektywi ostatecznie i skutecznie rzecz zakłamią i zmanipulują. Przy czym nieprawdopodobność historii aż się prosi o spiskową interpretację. Trudno sobie przecież wyobrazić, żeby uwielbiany przez kobiety szarmancki milioner, do tego jeden z najbardziej wpływowych ludzi na świecie, rzucał się w amoku na pierwszą z brzegu sprzątaczkę, która do tego nie miała prawa znajdować się w tym momencie na jego pokojach.

Między bajki włożyć trzeba, iż nie wiedziała ona, z kim ma do czynienia, bo jeśli nawet nie znała konkretnego stanowiska (a w hotelach wie się wszystko), to w każdym razie rozumiała, że jest w obliczu kogoś, kto wynajmuje apartament, w którym jeden dzień kosztuje tyle, co jej paromiesięczna pensja. Z drugiej strony, ileż trzeba odwagi i determinacji, żeby tak potężną, a więc potencjalnie niebezpieczną osobę, oskarżyć. Potem on ucieka do samolotu, na który bilet miał zarezerwowany od paru tygodni, i dzwoni z lotniska do hotelu, żeby poinformować, gdzie się właśnie znajduje i gdzie go można aresztować. Jeżeli jednak nie uciekał, to jak się stać mogło, że zostawił w pośpiechu telefon komórkowy, który jest jego podstawowym narzędziem pracy? Nic tutaj nie gra. Tylko spisek szczerzy się w uśmiechu i proponuje swoje natychmiastowe usługi. Jeśli jednak spisek, to czyj?

Tutaj mamy, jak zawsze w takich przypadkach, możliwości jak ziarnek w makówce. Mogą to być rygorystyczni finansiści niezgadzający się na politykę Dominika Strauss-Kahna wspierania Grecji, Irlandii i Portugalii; może być francuska prawica, której kandydat, urzędujący prezydent Sarkozy, podług sondaży przegrać miał z DSK przyszłoroczne wybory prezydenckie miażdżącym stosunkiem głosów 32:68; mogą być zazdrośni socjaliści, chcący stanąć do finałowej rozgrywki prezydenckiej, których jak dotąd bohater skandalu dystansował o parę długości… I tak dalej, i tak dalej.

Amerykańskie władze potraktowały DSK z całym wyrafinowanym okrucieństwem. Nie oszczędzono mu parszywej celi, kajdanek w światłach jupiterów, eksponowania nieogolonej i boleśnie przemęczonej twarzy. Uzasadnieniem tej obrzydliwości była formuła, iż „wszyscy podejrzani traktowani są tak samo, czy to postać z pierwszych stron dzienników, czy najpospolitszy chuligan, morderca, handlarz narkotykami lub rzezimieszek”.

Otóż jest to, przy wszystkich swoich demokratycznych pozorach poprawności, formuła cynicznie kłamliwa. Na byle rzezimieszka nie polują bowiem tysiące kameramanów, którym policja podała informację, gdzie i kiedy można będzie oglądać spektakl upokorzenia. Na byle rzezimieszku nie dokonują natychmiastowego linczu wielkie tytuły w najpoczytniejszych periodykach. Przed byle rzezimieszkiem i jego adwokatami nie ukrywa się oskarżycielki tak, by w sytuacji, kiedy jest na razie zeznanie przeciw zeznaniu, jedna strona miała zapewnioną intymność, druga zaś wydana została na łup paparazzich, nienawiści i niezdrowej ciekawości.

Prasa francuska (w przeciwieństwie do amerykańskiej) i ogromna większość tutejszej klasy politycznej zachowała się w pierwszych dniach przyzwoicie. A l’ordre du jour było domniemanie niewinności i apelowanie o wstrzemięźliwość w ocenach, dopóki wiadomości są mętne, sprzeczne i często podejrzane. Przyznać trzeba, że przestrzegali tego najbardziej ci właśnie, którzy z dramatu DSK wynosili obiektywne korzyści. Ta niepisana dżentelmeńska umowa nie potrwała jednak długo. Coraz częściej odzywać się zaczęły głosy, w tym ludzi z zachowujących pozory jasności świeczników, iż w gruncie rzeczy DSK to był playboy prawie, widziano go, jak jeździł luksusowym Porsche kolegi, zarabiał krocie, ma żonę posiadaczkę płócien największych mistrzów, rozpieszczenie i zgnilizna, po takim wszystkiego właściwie można się spodziewać. Wygłaszający te enuncjacje wiedzieli przy tym doskonale, iż jest to manna dla amerykańskiego prokuratora, który nie omieszka użyć argumentu, iż nawet w libertyńskiej i zdemoralizowanej Francji opinia o podejrzanym jest dwuznaczna, skąd już tylko mały krok do jednoznacznej.

Za czasów, kiedy honor był jeszcze w cenie, mówiło się o rozpowszechniających takie wiadomości: donosiciel, i nie był to wcale epitet bez znaczenia. Dlaczego dzisiaj takie donosy jakby przestały oburzać, a niekiedy wręcz spotykają się z aklamacją?

Myślę, że mamy tu do czynienia z przewrotnie odwróconą legendą Kopciuszka. Sensacyjne (nie tylko zresztą) media uwielbiają opowieści o Kate – żonie księcia Williama, lady Dianie, rzekomych prostaczkach, które wspinają się na wspaniałe trony, wchodzą w świat pałaców, perfum Diora, kabrioletów, złota i diamentów. Na tym zasadza się też amerykański mit awansu. Publiczność to lubi i czerpie z tego nadzieję. Ale Kopciuszek poślubiający królewicza to jedna tylko, sympatyczna zresztą, strona medalu. Skądinąd raz już w komnatach przestaje nas Kopciuszek interesować, a nawet budzi lekką irytację, chyba że zginie tragicznie jak Lady Diana.

Co innego natomiast, jeśli królewicz spadnie w błoto. To dopiero daje nam pełną satysfakcję. Taki był ważny, taki bogaty, takie miał dworki, takie pił wina, takie palił cygara… I co? – Sami widzicie, teraz już nie lepszy od nas, a jak Bóg da, to i nam będzie mógł jeszcze pozazdrościć. Boję się, że dramat DSK z dnia na dzień pokazuje nam coraz bardziej to drugie oblicze naszych upodobań. Coraz ciszej brzmią głosy o domniemaniu niewinności. A nawet na twarzach tych, którzy je jeszcze powtarzają, odgadnąć można ledwo zamaskowany obleśny uśmieszek. Nie podskakuj za wysoko. Wracaj do szeregu.

Nie wiadomo, jak skończy się afera DSK. Sądy rozstrzygną. Ale już teraz obywatele mieli uciechę. Okropność.

Polityka 23.2011 (2810) z dnia 30.05.2011; Felietony; s. 95
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną