Felietony Ludwika Stommy

Gębą w gębę

Pani prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz doradzała z radosną dezynwolturą mieszkańcom stolicy, żeby wyjechali z miasta na zieloną trawkę, bo na swoich śmieciach tego dnia sobie nie pożyją. Główne arterie zamknięte, od Krakowskiego Przedmieścia trzymaj się z daleka, Okęcie omijaj szerokim łukiem, w dawnym getcie nawet Żydom przebywać verboten.

Wszystko to z powodu wizyty prezydenta Obamy. Oprócz paraliżu metropolii przyniosła ona dwie tylko nowości. Po pierwsze, wszyscy rodacy zaproszeni zostali do wykonania bieżących zakupów na nowojorskiej Fajfaveni (podaję w pisowni z Jackowa w Chicago), po drugie, Jarosław Kaczyński mógł oszczędzić na znaczkach pocztowych i wręczyć donos na Rosjan i rząd państwa, którego jest obywatelem, do rąk własnych prezydenta USA. Znaczenie tego drugiego uszło jakby uwagi naszych mediów. Tymczasem po akcie tak niesłychanej nielojalności wobec własnych władz w demokracjach zachodnich każdy polityk byłby dożywotnio zdyskwalifikowany.

Skądinąd prezes PiS strzelił sobie samobójczego gola, pisząc, że jeśli dojdzie do władzy, będzie prosił prezydenta Obamę o pomoc w umiędzynarodowieniu smoleńskiego śledztwa. Rzecz jest bowiem prosta niezwykle. USA mają swoją politykę wobec Rosji i gdyby chciały konfliktu, toby go sprowokowały bez względu na rady świętej trójcy Kaczyński-Fotyga-Macierewicz. Skoro tego nie robią, widać im nie na rękę. Doprawdy nie kocha się tam krzykaczy, którzy staraliby się wpływać na zamierzenia Białego Domu, Kongresu i Pentagonu na dodatek. Wróćmy jednak do istoty rzeczy, czyli tego, co nas w wizycie prezydenta Obamy naprawdę interesuje.

Czy świat idzie naprzód, nie jest to wcale takie pewne. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w dziedzinach nauki czy też techniki wspinamy się na coraz to nowe piętra. Nie jest to postęp jednorodny. W porównaniu z astrofizyką psychologia znajduje się jeszcze w epoce kamienia łupanego. Roboty tańczą twista, a medycyna nie może sobie poradzić z głupią niewydolnością nerek…

Jeżeli jest jednak domena, w której ludzkość wspięła się na wyżyny czy wręcz pod niebiosa, to jest nią bez wątpienia łączność. Moi synkowie gadają z kolegami mieszkającymi na nieprawdopodobnych antypodach, jakby siedzieli na jednej kanapie. I nie chodzi tylko o głos. Rozmówcy widzą się wzajemnie, wymieniają uśmiechy i gesty. Wyciągnęły z tego nieubłagane wnioski przedsiębiorstwa wszelkiego rodzaju. W wielu bankach nie ma już mowy o osobistym spotkaniu np. z doradcą podatkowym. Szkoda czasu i atłasu. Klikniesz, a on już przed tobą i co mieliście państwu ukraść, uzgodnicie bez tracenia pieniędzy na dojazdową benzynę. Nie powiem, żeby mnie, człowieka starej daty, przesadnie to zachwycało. Muszę jednak przyznać, że tak jest szybciej i taniej. Zresztą beznadziejne jest atakowanie motyką Księżyca. Takie są standardy, którym każą się nam podporządkować.

Od tej reguły są na szczytach cywilizacji dwa tylko właściwie wyjątki. Pierwszy to fakultatywne kongressusy naukowców, kolekcjonerów, pszczelarzy, fanów Elvisa Presleya itp. Bardzo są to miłe imprezy. Brałem udział w kilkudziesięciu i dzięki nim poznałem kraje, do których bym inaczej na pewno nie dojechał. Nauki nie wzniosło to na wyższy poziom, ale – jak mawiał nieodżałowany profesor Aleksander Jackiewicz – cośmy popili, tośmy popili i tego nam nikt nie odbierze.

Rzecz w tym, że jeśli pasożytowaliśmy w hotelach i autokarach, które zawoziły nas na krajobrazowe wycieczki, nie były to w końcu tak wielkie koszta, a nawet można by powiedzieć, że swoista rekompensata dla ludzi, którzy wnieśli cokolwiek do dorobku intelektualnego będąc wynagradzani nieporównywalnie gorzej niż przeciętny kopacz piłki. Co ważne: z powodu takich kongressusów nie zamyka się ulic, nie sprowadza tysięcy agentów, nie remontuje hoteli, nie mobilizuje floty nawodnej, naziemnej i podziemnej… Przyjechali, pojechali, podatnik tego nawet nie odczuje.

Zupełnie inaczej jest w przypadku głów państwa. Tutaj dopiero zaczyna się cyrk. Aczkolwiek porównanie jest może nieadekwatne. Płacę za bilet do cyrku, jeśli mam ochotę. Tutaj za cyrk muszę płacić czy chcę, czy nie chcę; czy lubię takie widowiska, czy chciałbym nie stać w korku. Nikt mnie o zdanie nie pyta. Mogliby się serdecznie spotkać w Internecie, ale nie: muszą być kompanie reprezentacyjne, bale, przyjęcia i w trzech smakach drób.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski uzasadniając ongiś ten babilonizm mówił, że prywatne sympatie, rodzące się na osobistych spotkaniach, mogą być potem użyteczne w pertraktacjach politycznych czy ekonomicznych.

Przy całym moim dozgonnym szacunku dla Aleksandra Kwaśniewskiego, kupy się to nie trzyma. Wie każdy z własnego doświadczenia, że skonfrontowany gęba w gębę z innym przedstawicielem gatunku homo sapiens poczuć może równie dobrze sympatię, jak i antypatię. A jeżeli na przykład prezydentowi X brzydko pachnie z ust albo ma głos świszczący, którego nienawidzimy od czasów naszego profesora matematyki w szkole podstawowej? Jeśli jedno ma wpływać na światową geopolitykę, to niby dlaczego nie drugie? Wzajemne odwiedzanie się głów państw otoczonych tysiącami goryli, zasypywanych confetti i karmionych przysmakami to śmieszny i niemający nic wspólnego ze współczesnością przeżytek czasów, w których nie było jeszcze telefonu, faksu, o komputerach nie wspominając.

Powie ktoś – a królowa angielska? Czy nie jest to też feudalizm przeniesiony w czasy, w których nie ma już dla niego miejsca? Odpowiedź prosta: to jest wspaniały i otoczony tradycją spektakl. Gwardia w wysokich czapach i mundurach kapiących od złota, pałace, kapelusze. A u nas? Jeden i drugi w garniturach, może wykwintnych, ale w końcu garnitur do garnituru podobny, zaś dokoła setki panów w czarnych okularach, które już oglądałem do znudzenia na gangsterskich filmach. Co za nuda. Dlaczego ja mam płacić za to, żeby Kaczyński mógł złożyć donos?

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Felietony; s. 104
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną