Felietony Ludwika Stommy

Zaufanie

Jesienią rozpoczną się we Francji prawybory prezydenckie. O ile na prawicy jedynym poważnym kandydatem jest de facto urzędujący prezydent Nicolas Sarkozy (co nie znaczy, że nie może mu znacznie zaszkodzić rozproszenie głosów pomiędzy innych mniej czy bardziej anegdotycznych prawicowych pretendentów), a na skrajnej prawicy Marine Le Pen, o tyle w partii socjalistycznej rzecz przedstawia się zupełnie inaczej.

Tutaj do walki o oficjalną i wspólną nominację staje co najmniej trzech poważnych rywali: François Holland, Martine Aubry i Ségolène Royal, a nie można też wykluczyć powrotu do walki oczyszczonego od zarzutów Dominique’a Strauss-Kahna. Czyli prawybory będą miały decydujący charakter, tym bardziej że wspólny kandydat socjalistów ma w ewentualnym starciu z tracącym wciąż popularność Sarkozym bardzo realne szanse. Jak odbywać się będą owe prawybory?

Udział w nich nie jest ograniczony do członków partii. Wystarczy udać się do siedziby socjalistów, a nawet niekiedy do merostwa, oświadczyć, że jest się sympatykiem, wpłacić jedno euro i dostać kartę wyborczą. Oczywiście stwierdzenie, czy jest się faktycznie zwolennikiem lewicy, jest trudne, a przeważnie zgoła niemożliwe do sprawdzenia. Teoretycznie prawica mogłaby nasłać do socjalistycznych lokali prawyborczych tysiące swoich ludzi, którzy optując za jakimś pionkiem spoza wielkiej trójki (czwórki?) ułatwialiby późniejszy wybór swojemu.

Rzecz interesująca – nic takiego zgoła nie przychodzi tu nikomu do głowy. Dlaczego? Oto z tego prostego powodu, że panuje zaufanie do obywateli. Setki dokumentów, które w Rzeczpospolitej uzupełniać muszę tysiącami innych papierków, we Francji poświadczam tylko słowem honoru. Z deklaracją podatkową włącznie. Rzecz jasna do czasu dzban wodę nosi. Jeśli przyłapią mnie na oszustwie, ucho się może urwać. Ale wtedy cóż: sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

Dziecko moje nie poszło do szkoły albo w zasadzie poszło, ale się w niej nie pojawiło. W ciągu godziny od początku lekcji dostaję wiadomość: „Czy pan wie, że pańskiego syna nie ma w szkole?”. Cóż mam odpowiedzieć: „Tak, wiem, dziękuję za telefon”. Sprawa jest skończona. Nie potrzeba żadnych zaświadczeń lekarskich czy usprawiedliwień na piśmie. Oni oczywiście wcale nie są przekonani, czy ja coś w istocie wiem. Rozumieją jednak, że jeśli wysyłam dziecko do liceum, co nie jest obowiązkowe, to dlatego, że mi zależy, żeby zrobiło maturę, poszło na studia etc. Mają więc zaufanie, że jestem w najlepszej pozycji, żeby poważnie pogadać z wagarowiczem i nie trzeba do tego wciągać machiny biurokratycznej. Jeśli zaś odmówi mi, a jest już na tym poziomie, na którym skolaryzacja nie jest obowiązkowa: sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. To już sprawa rodzinna, a nie republikańska.

Podczas tegorocznego Tour de France auto telewizji francuskiej wywróciło, ba, odpowiedniejszym słowem byłoby – skosiło dwóch cudzoziemskich kolarzy. Tak się złożyło, że jechali oni w ucieczce, w której byli też Francuzi. Ich wypadek zwiększał więc wydatnie szanse nienaruszonych swojaków. Nieszczęsny samochód został wycofany z wyścigu, a kierowca poniesie surowe konsekwencje za nieostrożną jazdę i przekroczenie szybkości.

Nikt jednak nie zasugerował ani przez chwilę, że miałby to zrobić naumyślnie, z kibolsko-szowinistycznych powodów. A przecież już poprzedniego dnia francuski motocyklista potrącił hiszpańskiego cyklistę. Jakże łatwo można by połączyć te dwa fakty! Nic z tych rzeczy. To by wykraczało poza granicę zaufania, które musimy mieć do obywateli, gdyż inaczej państwo przerodziłoby się w gniazdo os, czyli naszą kochaną Rzeczpospolitą, w której za każdym wydarzeniem musi stać spisek, układ, czyjeś złe chęci, protekcja, korupcja lub przynajmniej naganne niedopatrzenie.

Nie jestem i nie byłem (wprost przeciwnie) zwolennikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jeżeli jednak kogoś tam ułaskawił, czemu nie przyjąć, dopóki jakieś skandaliczne fakty nie wyjdą na jaw, że zrobił to w dobrej wierze albo zmylony przez współpracowników? Jeżeli Bronisław Komorowski wyznacza datę wyborów na ten czy inny dzień, dlaczego węszyć w tym od razu złośliwą strategię, partyjniactwo i spisek? A może i im należy się w końcu jakiś kredyt zaufania?

Usłyszałem kiedyś w telewizji polskiej historię, która przyprawiła mnie o dreszcze. Oto jakiś domorosły poszukiwacz skarbów miał tyle szczęścia (a może kompetencji), że odnalazł szereg cennych przedmiotów z różnych epok. Zachwycony, że może przysłużyć się państwu, zaniósł je jak najszybciej do muzeum okręgowego. Myślał naiwnie, że spotka się tam z zasłużoną wdzięcznością. Skądże. Dyrektor placówki przeliczył wartość darowizny (za którą nie dawał żadnego odstępnego) i zamiast podziękować darczyńcy, doniósł na niego do najbliższego komisariatu policji, co ściągnęło na owego odpowiednią liczbę przykrości, śledztwo etc.

Przed reporterem telewizyjnym dyrektor tłumaczył się następująco: „Jeżeli nieznana osoba przynosi wam skarby takiej wartości, to musi być w tym coś niezdrowego i podejrzanego”. Jest w tym cała logika polskiej perwersji podejrzliwości i gonienia za spiskiem. Jak świat światem nikt nie słyszał bowiem o tym, żeby złodziej dobrowolnie i bezinteresownie oddawał państwu swoje łupy.

Dyrektor jednak musiał myśleć inaczej. Skoro dostaję taki prezent, choć nie dla mnie, tylko mojej instytucji, to musi ktoś za tym stać. Jeśli przyjmę i nie oskarżę dobroczyńcy, to być może będą mieli na mnie haka. Kto i po co, jaki układ, tego oczywiście dyrektor nie wiedział. Może kochanek żony? Zawsze ma się przecież nieprzyjaciół na tym padole. Lepiej się strzec i na wszelki wypadek donieść, gdzie można. Od tej chwili nasz poszukiwacz skarbów, jeśli ma odrobinę oleju w głowie, niczego już państwu nie przekaże, tylko spienięży, a co za to użyje, to jego. Takie są skutki polskiej nieufności do każdego i wszystkich naraz. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

Polityka 30.2011 (2817) z dnia 19.07.2011; Felietony; s. 97
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną