Felietony Ludwika Stommy

Wybory

We Francji rozpoczyna się prezydencka kampania wyborcza, w Polsce finiszuje parlamentarna. Daje to okazję do porównań i są one niekiedy całkiem ciekawe. O podobieństwach najpierw. Jest ich wiele.

Po pierwsze: ani tu, ani tam nikt nie szczędzi obietnic. W ogródku, kiedy się przeniosłem i musiałem pożegnać z ukochaną czereśnią, która tak drażniła młodego i podobno zdolnego Janusza Andermana, rośnie okazała wierzba. Gruszki na niej więdną z wściekłości, że tyle się w ich imieniu przyrzeka. Nie mają racji. Odpowiedzią na zapewnienie, że będę płacił dwa razy mniej podatków, będę szczęśliwy, a żona nie spojrzy nawet na przystojnego bruneta zza drugiej przecznicy, któremu spodnie od Armaniego deformuje portfel tak wypchany, że czasami niedociśnięte banknoty z dostojnymi obliczami prezydentów USA wypadają z kieszeni i ścielą się po ziemi niczym płatki kwiatków rzucane przez dziewczątka podczas procesji ku czci świętego Kleofasa jałmużnika… Otóż odpowiedzią na nie są tylko budżetowe zapewnienia spowite w miazmaty cyfr i algorytmy, których, poza przeczącymi sobie wzajemnie specjalistami, i tak nikt nigdy nie zrozumie.

Oczywiście, wiemy, że wszyscy mijają się z prawdą. Wolimy jednak, taka już nasza ludzka słabość, jeśli kłamią, że jesteśmy piękni i bogaci, niż kiedy mówią, że nam, menelom, została tylko walizka i marsz do najbliższego przytułku dla bezrobotnych i bezdomnych. Punkt dla obiecywaczy.

Po drugie: występuje w okresie wyborczym wysyp afer wszelkiego rodzaju. Złodziejstwo i korupcja szczerzą zęby zza każdego rogu. Różnica ta jedynie, że we Francji żaden szanujący się polityk nie będzie zwoływał własnych komisji, jak Antoni Macierewicz, i oskarżał innych o wszystkie grzechy tego świata, których wachlarz jest niemały. Każdy spuści skromnie oczy i powie, że łapanie winnych jest zadaniem aparatu sprawiedliwości, do którego ma całkowite zaufanie.

Jest to oczywiście niuans. W obu przypadkach strzelają sobie kandydaci samobójczego gola. Jeżeli bowiem jedni, drudzy i trzeci oskarżają się nawzajem, oznacza to dla zwykłego wyborcy rzecz prostą jak drut, że wszyscy na górze kradną i nie ma na kogo głosować. No, może z wyjątkiem Palikota, który, mniejsza o sondaże, ale przynajmniej w procentach swoich wódek nie naciąga obywateli. Zgadnij więc koteczku (jak pisał Kisiel), na kogo zalecałbym głosować?

Po trzecie: kandydat z sytuacyjnego obowiązku obmawia kontrkandydata. Tutaj już jednak podobieństwa krzyżują się z różnicami. Z tego, co mówił Jarosław Kaczyński o Donaldzie Tusku, można by stworzyć antologię zdań, których żaden polityk francuski nigdy by nie wypowiedział. Może on rzucić słówko zabójcze, ale do odczytania na trzecim lub czwartym poziomie, a nawet na najwyższym piętrze drapacza chmur. Stwierdzenie szefa PJN, że Kaczyński uprawia politykę zagraniczną skacząc po stole, bezwolny Tusk pod stołem, a tylko on siadłby przy stole i rozmawiał jak równy z równymi – jest równie głupie, co prostackie. We Francji miałby za coś takiego parę punktów do tyłu. W Polsce – sam Bóg nie wie. I tak od podobieństw przechodzimy do przeciwieństw.

Każdy francuski kandydat, czy jest to prawda, czy nie, zadaje sobie ten niebywały wysiłek, żeby wiedzieć, jaka jest codzienność jego ewentualnego wyborcy. Potrafi więc powiedzieć, ile kosztuje kilogram buraków i o ile podrożał w ciągu ostatnich paru miesięcy, wyjaśnić nawet bez pomocy przerażonych ekspertów, co można w supermarkecie włożyć do koszyka za na przykład 50 euro. Wynika to, oprócz poważnego traktowania swoich obowiązków politycznych, z tego zdumiewającego zjawiska, że ubiegający się o stanowiska nad Sekwaną zastanawiają się niekiedy nad budżetem rodzinnym, gdyż mają żony (mężów), dzieci, rodziców etc.

Przyznają się do nich ci nawet, którzy osobiście nie muszą dokładnie liczyć pieniędzy, ale wiedzą, ile kosztują choćby alimenty. Spośród realnych kandydatów do francuskiej prezydentury Nicolas Sarkozy jest dwukrotnym rozwodnikiem i jeżeli nawet obecna żona, supergwiazda Carla Bruni nie sprawia mu większych kłopotów, a nawet w niedługim czasie przysporzy potomka, to już synek z innego małżeństwa wmieszał się w niepewne interesy. Wyspecjalizowane pisma nie pozostawiają na nim suchej nitki.

François Holland żyje z kochanką po rozstaniu się z Ségolène Royale, będącą obecnie jego najbardziej agresywną przeciwniczką w nadchodzących prawyborach socjalistów. Martine Aubry nie ukrywa ani przez chwilę, ile zawdzięcza w karierze wielkiemu ojcu Jacques’owi Delors. Marine Le Pen żyje „na kocią łapę” ze swoim przystojnym szefem kampanii wyborczej. Tak po prostu toczą się dzieje i takie są społeczne biografie. Nikt w tym akurat nie ma nikomu nic za złe, a przeciwnie – może się nareszcie z kimś utożsamić i pozbyć smętnych, nudnych i przygnębiających kompleksów.

W Polsce na odwrót: kandydaci z drewnianymi twarzami mają wyłącznie urzędowe curriculum vitae. Jeśli się na chwilę pojawi gdzieś żona Tuska, to tylko żeby powiedzieć kobietom w „błogosławionym stanie”, ile życzy im radości podczas porodu. Kot Jarosława Kaczyńskiego leży podobno w szpitalu, a wcielająca się w jego rolę Zyta Gilowska miauczy nie tam, gdzie powinna, podług reguł prawa i przyzwoitości. Żony Pawlaka nie widzieli najbardziej wścibscy detektywi. Marek Jurek ma podobno (niezłomnie ślubnych) pociech kilkanaście, ale i ich na ekranach nie ma, więc się nie da policzyć jego zasług.

Sztab francuskiego kandydata spędza długie godziny, żeby wymyślić dla niego celny bon mot, który zapadnie narodowi w pamięć i oszczędzi mu ośmieszającej paplaniny. U nas wprost przeciwnie. Promujemy słowotok. Cóż więc powiedzieć przed październikowymi wyborami? Mając do wyboru między rozpaplanymi starymi kawalerami i starymi pannami, którzy umieją tylko przygadywać innym i obiecywać koty w workach, biorę swoje zabawki i idę nie do urn, ale na swoje podwórko. Jeszcze Palikot mógłby mnie może przekonać. Chociaż obietnice obietnicami. Niech chociaż najpierw przyśle skrzynkę.

Polityka 41.2011 (2828) z dnia 04.10.2011; Felietony; s. 94
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną