Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Felietony Ludwika Stommy

Sejmowy krzyż

Cóż, tak widać stać się musiało. Jak mówią słowa piosenki: „Wszystko ma swój kres”. Po raz pierwszy nie zgadzam się z profesorem Bronisławem Łagowskim. Napisał on w „Przeglądzie” (30.10.2011 r.), że krzyż zawieszony (nielegalnie) w Sejmie nie ma większego znaczenia: „W istocie w epoce postmodernistycznej, ponowoczesnej, jednym słowem Baumanowskiej, spieranie się o to, czy krzyż ma w Sejmie wisieć, czy nie wisieć, jest śmiechu warte. (…) Moim zdaniem może zostać tak, jak jest. Gdybym był klubem SLD, w głosowaniu nad krzyżem wstrzymałbym się od głosu; sprawa nie jest warta ani »tak«, ani »nie«”.

Krzyż w Sejmie jest symbolem sprzecznym z obiecywanym nam modelem rozdziału państwa i Kościoła. W przeciwieństwie do Łagowskiego nie martwiłbym się o lekcje religii w szkołach. Tam, przynajmniej teoretycznie, rodzice mogą zadecydować o obecności lub absencji swoich dzieci. Świadom jestem oczywiście wszelkich kruchcianych nacisków, złej woli wielu nauczycieli, ale prawo, choćby nierealne w praktyce, gwarantuje im jednak wybór. Fakt, że jestem zbyt tchórzliwy, żeby z niego skorzystać, to w końcu moja osobista sprawa. Zupełnie inaczej z krzyżem w Sejmie. Tutaj bowiem mamy do czynienia z zamachem na moje elementarne prawa człowieka i obywatela.

Na czym polega bowiem w swojej najgłębszej istocie demokracja i rozdział Kościoła od państwa? Na tym otóż, że wchodząc do urzędu państwowego, instytucji państwowej, biorąc udział w państwowych uroczystościach, wchodzę w przestrzeń, prócz państwowej, pozaideologiczną. Urzędnik rozpatrujący moją petycję sprawdza jej zgodność z prawem, ze swoimi kompetencjami i koszmarnym plikiem okólników piętrzących się na biurku. Tyle. Jeżeli tego wymaga prawo, urzędnik weryfikuje też, czy byłem karany, płacę alimenty i podatki. Urzędnika nie ma prawa obchodzić moje pochodzenie etniczne, wyznanie, gusta seksualne, strój i tatuaż na prawym bicepsie. Mnie również nie zaprzątają i zaprzątać nie mają odpowiednie właściwości urzędnika. Kiedy sprawa zostanie załatwiona i zegar wybije fajrant, może sobie urzędnik iść na procesję albo, wręcz odwrotnie, na zebranie kółka złowieszczych antyklerykałów. Dokładnie to samo powinno dotyczyć i mnie.

Krzyż zawieszony w urzędzie łamie te wszystkie, zdawałoby się, elementarne zasady. Wchodząc, wiem już, że w tym biurze liczy się nie tylko obywatelstwo i prawo państwowe, ale również wyznanie i jak nie jestem spod tego znaku, to mam na wstępie mniejsze szanse. A to już jest i układ, i korupcja. Organa baczące na korupcję w Rzeczpospolitej zlekceważyły jakoś zupełnie wezwanie biskupa Michalika, by katolik głosował na katolika, Żyd na Żyda, mason na masona etc.

Czyż było w Polsce, po 1989 r., jawniejsze wezwanie do klanowości i korupcji? Nieważne, kto się lepiej nadaje, kto jest bardziej kompetentny, kto lepiej służy ojczyźnie. Głosować trzeba w ramach układu. Mafia wołomińska na mafię wołomińską, dewot na dewota, sutener na sutenera, tatuowany na tatuowanego. I co? – I nic. Owszem, były protesty. Nikt jednak nie odważył się dopowiedzieć rzeczy do końca i pociągnąć ekscelencji do obywatelskiej odpowiedzialności. A może byłaby to dobra lekcja cynizmu.

Krzyż w Sejmie to malutki kawałek wierzchołka góry lodowej. Jeszcze, na szczęście, niektórych razi. Nie słychać już jednak sprzeciwów, kiedy święta państwowe mienią się czerwieniami i fioletami. I znowu stajemy wobec problemu rzekomo ideologicznego, ale prawnie prostego, mogącego być zrozumiałym nawet w cieniu kruchty. Żołnierze mają prawo być wierzącymi i pełniąc trudną służbę potrzebować pociechy duchowej. Stąd miejsce w armii kapelanów wojskowych (był taki i w oddziałach wymaszerowujących z Sielc nad Oką) nie podlega dyskusji. W całej Europie noszą oni mundury i wyróżniają się wśród towarzyszy broni tylko odpowiednim oznakowaniem na rękawie, ewentualnie koloratką. Nie ma to nic wspólnego z obecnością uhabitowanych na trybunach podczas defilad wojskowych w dniach świeckich świąt. I odwrotnie.

Święta religijne winny się obejść bez udziału dostojników państwowych. Owszem, Bolesław Bierut brał udział w procesjach Bożego Ciała, nie jest to chyba jednak przykład wolności światopoglądowej, do której chcielibyśmy wracać. Nie będę podawał za przykład Francji okrzyczanej z góry jako państwo bezbożne, jakobińskie i antyklerykalne. Proszę mi jednak wskazać kraje, gdzie święci się samochody służbowe, a jakiś oszołom, który chce mianować Chrystusa królem Polski (degradując przy tym Maryję do nic nieznaczącej w tradycji królowej matki), znajduje poparcie pokaźnej liczby obywateli.

Oczywiście, to znowu tylko jakiś ułamek górnej partii lodowego olbrzyma. Co komu jednak strzeli do głowy tam, gdzie świeckości Sejmu nie da się nawet obronić, to już nie jest do przewidzenia. Zdajemy się na łaskę fanatyków nierozumiejących tego nawet, że zdjęcie krzyża w Sejmie nie jest w żadnym przypadku aktem antyreligijnym, a tylko przywróceniem porządku konstytucyjnego (o jego obecności na sali obrad nie ma mowy nawet w serwilistycznym i kapitulanckim konkordacie).

I tutaj, przepraszam mistrza, myli się najgłębiej Bronisław Łagowski, kiedy tytułuje: „Krzyż nie głosuje”. Rozumie przecież równie dobrze jak ja, że polski krzyż dzisiejszy przestał od dawna być symbolem męki pańskiej, miłosierdzia, zbawienia czy jakby go teologia zakwalifikowała. Stał się zbitką dwóch zamocowanych pod kątem 90 stopni drewienek, którymi macha się w zależności od potrzeb na lewo lub prawo, szantażując przy tym wielkimi słowami. I owszem, krzyż głosuje! Co w niczym nie zmienia faktu, że znam klękających przed nim, wierzących i modlących się żarliwie, że ludzi tych kocham i najgłębiej poważam. Rzecz w tym, że im właśnie krzyż w Sejmie nie jest do niczego potrzebny.

Polityka 45.2011 (2832) z dnia 01.11.2011; Felietony; s. 96
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną