Felietony Ludwika Stommy

Komu przeszkadza kawior

Ministrem sprawiedliwości w nowym rządzie Donalda Tuska został Jarosław Gowin. Przeczytałem komentarze, że nie jest prawnikiem, nie może więc kierować skomplikowanym systemem sądowniczo-ławniczym. Mówiono też, że zabrał miejsce najlepszego (w czym w pełni się zgadzam) ministra poprzedniego gabinetu. Są to jednak sprawy w jakiejś mierze drugorzędne. Polityka polega podług powszechnego mniemania na pogardzie dla kompetencji i uśmiechu do obiektywu. W obu tych przypadkach Gowin jest mistrzem. Nie można negować oczywistości.

Polska jest podobno państwem prawa. Pomimo wszelkich, codziennych sprzeniewierzeń tej zasadzie chciałbym w nią wierzyć, nawet pozwalając sobie na potępiany przez Kościół subiektywizm moralny. Świat jednak się zmienia. Pojawiają się zjawiska i problemy, których nie przewidziały stare kodeksy, a nie marzyło się o nich, bez odpowiedniej prestidigitatorskiej interpretacji, największym biblijnym prorokom. Powstają wtedy pytania nowe, o których trzeba dyskutować.

Są między nimi, coraz częściej, kwestie rozstrzygalne przede wszystkim w wymiarze filozoficznym, za którymi dopiero podąża prawo. W tej mierze skłonny jestem oddalić zarzuty, że nie ma Jarosław Gowin prawniczego wykształcenia. Rezygnując z tej ścieżki, wchodzimy jednak na inną, o wiele bardziej stromą i niebezpieczną.

Jarosław Gowin jest otóż przedstawicielem ściśle określonej opcji filozoficznej, której osobiście nie podzielam, a jeśli spojrzeć na wynik wyborów, to nie zgadza się z nią ogromna część obywateli Rzeczpospolitej. Są to rzeczy najwyższej wagi. Nie wspomnę już o aborcji czy też o pokrętnym, hipokryzyjnym i w gruncie rzeczy ograniczającym do minimum możliwości stosowania projekcie ustawy o in vitro.

Rzecz jest dużo poważniejsza. Stając się ministrem sprawiedliwości świeckiego rządu winien Jarosław Gowin reprezentować zasady porządku i bezpieczeństwa publicznego i jednostkowego, ewentualnie – co nie jest już takie oczywiste, gdyż zajmują się tym inne resorty – zdrowia lub harmonijnego wychowania. Tymczasem obecny minister jakiś czas temu oświadczył w telewizyjnym wywiadzie, i stwierdzenia tego nigdy nie odwołał, iż NIGDY (podkreślenie – L.S.) nie zgodzi się na małżeństwa homoseksualne. Przyznaję, że budzi to mój najbardziej stanowczy opór.

Zostawmy na boku kwestię adopcji – to sprawa na odrębną dyskusję. W czymże jednak zagraża ładowi społecznemu, że kochają się dwie kobiety albo dwóch mężczyzn i tym swoim najbliższym chcieliby przekazać po śmierci swoje dobra, czy za życia dzielić się z nimi podatkami, a może nawet nazwiskiem, co administracyjnie możliwe jest tylko przy odpowiednim zaświadczeniu urzędu stanu cywilnego.

O co chodzi? Tutaj nie ma przecież żadnych argumentów racjonalnych. Wręcz przeciwnie, podług statystyk europejskich poziom przestępczości (przemocy, gwałtów, bicia) jest 10-krotnie niższy wśród par homoseksualnych niż hetero. Skąd więc to weto, skąd ta nienawiść? Wydaje się, że jest tylko jedno wytłumaczenie.

W starym (sowieckim jeszcze) rosyjskim dowcipie sędziwy dziadek oprowadza turystów po Moskwie. Staje przed szerokim gmachem i tłumaczy zwiedzającym: – Widzą państwo, w tym oknie po lewej stronie, gdzie są teraz zdjęcia przodowników pracy, przed 1917 r. stał wielki garnek czerwonego kawioru. A w tym po prawej nie było fotoreportażu o sukcesach hutników z Magnitogorska, tylko jeszcze większy gar czarnego kawioru. A przed oboma leżały łyżki, które subiekci ciągle zmieniali. Tak że każdy mógł spróbować jednego i drugiego, a potem zdecydować, co chce kupić. I powiedzcie mi państwo – komu to przeszkadzało?

Być może Jarosław Gowin w ogóle nie lubi kawioru. Czy jest to jednak racja, żeby go odmawiać współmieszkańcom kraju? W naszej trudnej i cierpkiej ojczyźnie przeżyliśmy już wiele surrealistycznych zakazów, niemających nic wspólnego z dobrem ojczyzny i społeczeństwa. Za „niesłuszne” wypowiedzenie się o marszałku Piłsudskim wybito oko profesorowi z Wilna.

Przez dziesiątki lat istniał w naszej połowie Europy zakaz dla sztuki abstrakcyjnej. Nie gdzie indziej, ale u nas właśnie ksiądz Pirożyński układał listy książek zakazanych dla młodzieży, na której znajdowali się luminarze literatury i myśli polskiej. Wraca więc wciąż to samo natrętne pytanie: komu przeszkadza, żeby dwoje dorosłych żyjących w miłości i zgodzie z prawem miało mieć mniej praw niż ja z Basią? Komu potrzebne jest ich wytykanie wskazującym palcem Jarosława Gowina? Na jakiekolwiek wskaźniki popatrzeć, nie jest to kwestia dobra państwa czy narodu. To wyłącznie rzecz indywidualnego widzimisię nowego ministra.

Mogę zrozumieć, że w ramach tchórzliwej taktyki politycznej premier Tusk ubezpiecza się na prawo i chroni przed krytyką Kościoła nieskazitelną twarzą Jarosława Gowina. Jest to jednak działanie obliczone na bardzo krótką metę. Tak jak Kościół, tak i Gowin nie dorastają do postępów w nauce i medycynie. W którymś momencie, a myślę, że już w nie za długim czasie, trzeba będzie powiedzieć dość. Nie, takich ministrów Rzeczpospolita Polska na szczęście nie potrzebuje.

Panie premierze Donaldzie Tusku! Wraz z tą ministerialną nominacją stracił pan mój głos, a sądzę, że nie mój tylko. Jest takie pojęcie istniejące nawet w świecie politycznym, jak „imponderabilia”. Nominując Jarosława Gowina na ministra sprawiedliwości znacznie pan je naruszył. Jak pisał Czesław Miłosz: „O czarna zdrado, czarna zdrado – grom”.

Polityka 49.2011 (2836) z dnia 30.11.2011; Felietony; s. 104
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną