Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Felietony Ludwika Stommy

Słowo o hańbie

Stało się to na tej ziemi, gdzie kochałem dziewczyny, zbierałem grzyby, chodziłem z lornetką obserwować ptaki, kończyłem studia uniwersyteckie, bawiłem się i piłem. Miałem do tego swoiste prawo przedawnienia. Toż urodziłem się już po wszystkim. Niemniej jednak nie mogę się wyrzec pamięci, że na tej ziemi dokonały się zbrodnie, których horror winien mnie paraliżować. Zamordowano naród. I jeżeli nawet, na pewno, nie należy uogólniać wszelkich Jedwabnych czy Szczebrzeszynów, skądinąd liczebnie (ale tylko liczebnie) marginalnych w demonicznej buchalterii śmierci, to gdzieś ciąży nad naszą historią kainowe piętno obojętności i zaniechania ogromnej większości owego „heroicznego”, okupacyjnego społeczeństwa, którego jesteśmy spadkobiercami i z którym nie wolno się kolejnym pokoleniom pogodzić.

Francuzi nie są w tym względzie na jotę od Polaków lepsi, gdyż może wydali na śmierć mniej Żydów, ale też nikt im za ich ukrywanie nie groził zamordowaniem całej rodziny. Nie mnie dokonywać oceny ostatecznych wyborów, przed którymi na szczęście nie stanąłem i nigdy się nie dowiem, czy wystarczyłoby mi w ich obliczu charakteru i odwagi. Nie mam też prawa do końca przesądzać, jak to było na Łotwie, w Rumunii, na Ukrainie…

Jestem jednak przekonany, że po tym, co się stało, umniejszanie tragedii, a tym bardziej kultywowanie antysemickich przesądów jest urąganiem moralności i człowieczeństwu. Dlatego skłonny jestem nawet uznać, iż zapisy prawne chroniące nas przed zarazą powracającego antysemityzmu są słuszne i niezbędne, chociaż wolałbym, żeby zastępowało je sumienie i potępienie społeczne. Tylko te ostatnie świadczą bowiem o tym, że umiemy i chcemy rozliczyć się z hańbą.

Polityka 19.2014 (2957) z dnia 06.05.2014; Felietony; s. 112
Reklama