„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kultura

Chopiniści, czyli kto tak pięknie gra

Chopiniści Chopiniści Wikipedia
Czeka nas prawdziwa uczta – w 2010 r. do Polski przyjedzie większość pianistów, dla których Chopin coś znaczy.
Evgeny KissinYuyu/Wikipedia Evgeny Kissin
Lang LangWikipedia Lang Lang

Czy w obrazie samego Chopina, a zwłaszcza jego muzyki, dokonały się w ostatnich czasach jakieś zmiany? Z pewnością. Na ile są one głębokie, dowiemy się być może podczas Konkursu Chopinowskiego w 2010 r. Jego zasady zostały zmienione, a jury odświeżone i wzmocnione o tak wybitne postaci jak Martha Argerich (powrót po latach), Nelson Freire, Fou Ts’ong, Bella Davidovich czy Philippe Entremont. Okaże się, czy enigmatyczny tradycyjny wizerunek Chopina, którego zwykle jury broniło, odrzucając co bardziej wyraziste indywidualności, jest jeszcze żywy, czy dopuszczony zostanie jakiś jego lifting. A jeśli tak, to jaki.

Jedno jest pewne. Już od dłuższego czasu zanikają tzw. narodowe szkoły grania Chopina. Dziś ceniona jest nawet nie tyle indywidualność, co medialność. Trzeba się odróżniać, być widocznym, no i umieć się sprzedać.

W 1980 r. jury odrzuciło Ivo Pogorelicia m.in. dlatego, że jego mazurki nie przypominały mazurków. Ale z czasem okazało się, że wygranym jest właśnie Pogorelić, który zrobił o wiele większą karierę niż zwycięzca ówczesnego konkursu, subtelny i skromny Wietnamczyk Dang Thai Son. Dziś publiczność światowa szaleje za grającym efekciarsko, acz niepozbawionym wdzięku, zdecydowanie medialnym Lang Langiem. Jak skrajnie inna to osobowość od Fou Ts’onga, pierwszego nagrodzonego na Konkursie Chopinowskim Chińczyka, który dzięki intuicji tak doskonale rozumiał polskość Chopina, że aż otrzymał nagrodę za najlepsze wykonanie mazurków. Fou Ts’ong nie był na pewno medialny, był po prostu wybitnym artystą.

Czy jesteśmy w stanie dziś docenić indywidualności, które nie myślą o kreowaniu własnego wizerunku, tylko po prostu są sobą? Z pewnością. Przekonamy się o tym i w tym roku, kiedy pojawią się tu dziesiątki najprzeróżniejszych pianistów, z różnych pokoleń, krajów, kręgów. O niektórych poniżej.

Martha Argerich

Pierwsza dlatego, że nie ma sobie równych. Dla niej łamiemy chronologię, bo to ona ze zwycięzców Konkursu Chopinowskiego zdobyła sławę największą.

Rozpoczęła naukę jako trzylatka; zadebiutowała mając 8 lat w rodzinnym Buenos Aires. W 1955 r. przeniosła się z rodzicami dyplomatami do Europy, gdzie studiowała u sław europejskiej pianistyki: Friedricha Guldy, Artura Benedettiego Michelangelego, Stefana Askenazego. Jako zaledwie siedemnastolatka wygrała (w odstępie trzech tygodni!) cenione konkursy w Genewie i Bolzano. Po 7 latach wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Chopinowski (w 1965 r. – otrzymując też nagrodę za najlepsze wykonanie mazurków), podbijając wszystkich swoją płomienną, a przy tym wręcz olśniewającą pod względem technicznym grą, w połączeniu z fascynującą urodą i bezpośrednim stylem bycia. Martha i jako artystka, i jako człowiek emanuje szczerością i prawdą.

Dlatego wybacza się jej, że bywa kapryśna, że odwołuje koncerty, że w ostatnich latach unika recitali, bo nie chce czuć się na scenie samotna. Nie lubi w ogóle stylu życia koncertującej artystki, nie znosi kapłańskiego stosunku do sztuki, nie jest nigdy do końca zadowolona ze swojej gry. Za to wspaniale promuje młodych muzyków, zwłaszcza na kierowanym przez siebie Martha Argerich Project (część letniego festiwalu w Lugano), składającym się z licznych koncertów z udziałem przyjaciół artystki.

 

Bella Davidovich

Pierwszy powojenny Konkurs Chopinowski w 1949 r. wygrały ex aequo dwie kobiety: Halina Czerny-Stefańska i urodzona w Azerbejdżanie, w muzycznej rodzinie, Bella Dawidowicz (tak wówczas pisano w Polsce jej nazwisko), różne jak dzień i noc. Dzień to polska pianistka, silna i zdecydowana, grająca po męsku. Noc – to Bella Davidovich, subtelna i delikatna, nokturnowa, dziewczęca (miała wówczas 21 lat, Czerny-Stefańska była o 6 lat starsza). W oczach warszawskiej publiczności nie miało znaczenia, że reprezentowała ZSRR, nie uważano, że dało jej to fory – po prostu bardzo ją lubiano. To był pierwszy i największy jej sukces.

Późniejsze jej losy były dramatyczne. Mąż, wybitny skrzypek Julian Sitkowiecki, laureat Konkursu im. Wieniawskiego (II nagroda w 1952 r.), zginął w wypadku w 1958 r. Ich syn Dmitri również został skrzypkiem, a w 1977 r. uciekł z ZSRR; Bella Davidovich, która po raz pierwszy w życiu zagrała na Zachodzie dopiero w 1967 r., dostała zakaz występów zagranicznych. Udało się jej w końcu dołączyć do syna w Stanach Zjednoczonych, których po kilku latach stała się obywatelką. Koncertowała, wykładała w słynnej nowojorskiej Juilliard School of Music; w Carnegie Hall zadebiutowała mając 51 lat! Gdy nadeszła pierestrojka, Davidovich z synem byli jednymi z pierwszych artystów emigrantów zaproszonych na występy do ojczyzny. I w Polsce wówczas wystąpili po dłuższej przerwie – razem. W tym roku, już 80-letnia, ale wciąż czynna, będzie członkiem konkursowego jury w Warszawie; wystąpi też, jak dawniej, sama i pokaże, jak dziś widzi Chopina.

 

Fou Ts’ong

Urodził się w Szanghaju, w inteligenckiej rodzinie; jego ojciec był tłumaczem. Za rewolucji kulturalnej rodzinę jego miał spotkać straszny los, którego on sam uniknął – w 1953 r., jako dziewiętnastolatek, przyjechał do Europy Wschodniej i został. Najpierw zdobył III nagrodę na konkursie w Bukareszcie, a dwa lata później, na warszawskim Konkursie Chopinowskim, także III nagrodę oraz nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków, jako pierwszy w historii Chińczyk. Potem odbył studia u prof. Zbigniewa Drzewieckiego, ale właściwie niczego już nie musiał się uczyć; po czterech latach, wypełnionych występami, ukończył studia z najwyższym wyróżnieniem i wyemigrował do Londynu, skąd wyjeżdżał na tournée po całym świecie. „Time” nazwał go wówczas największym żyjącym muzykiem chińskim; pisarz Hermann Hesse okrzyknął go jedynym chopinistą. Pianiści tacy jak Martha Argerich, Leon Fleischer czy Radu Lupu uważają go za mentora i przyjaciela.

Dziś Fou Ts’ong miewa kłopoty z techniką i nie gra już tak jak kiedyś, ale gdy wykonuje mazurki, wciąż pokazuje, jak zaskakująco głęboko rozumie Chopina. To czysta poezja.

 

Murray Perahia

Nigdy nie uczestniczył w warszawskim Konkursie Chopinowskim, za to jako osiemnastolatek wygrał Kosciusko Chopin Competition – organizowany w USA konkurs dla młodych pianistów. Chopin jest mu zawsze bliski; na konferencji prasowej w Warszawie podkreślał, że „każda jego nuta ma znaczenie”.

Nowojorczyk, syn krawca z Bronksu, urodził się w 1947 r., 12 lat po tym, jak jego rodzina (Żydzi sefardyjscy) przybyła tu z Salonik; część zginęła podczas II wojny światowej. Naukę gry rozpoczął jako czterolatek, ale postępowano z nim rozsądnie, nie eksploatując go jako cudowne dziecko. Zadebiutował dopiero mając lat 17. Studiował też kompozycję i dyrygenturę, a w grze na fortepianie jego mentorem był Mieczysław Horszowski. Po wygraniu konkursu w Leeds zamieszkał w Wielkiej Brytanii, gdzie z Benjaminem Brittenem i Peterem Pearsem pracował przy założonym przez nich festiwalu w Aldeburgh; przez pewien czas był współdyrektorem artystycznym tej imprezy.

Perahia gra w sposób wyważony, stateczny, ale nie wyłącznie intelektualny; przemawia do słuchacza niezwykle bezpośrednio. Wszystko jest w jego muzykowaniu na swoim miejscu i nie ma co do tego wątpliwości.

W 1990 r. w wyniku skaleczenia doznał zapalenia kciuka. Musiał na kilka lat przerwać grę. Wykorzystał ten czas na studiowanie dzieł Bacha, by potem nagrać znakomitą serię płyt z jego utworami. Nagrał też późne sonaty Schuberta i etiudy Chopina (za tę ostatnią płytę otrzymał nagrodę Grammy), ale w 2004 r. kontuzja się odnowiła. Znów musiał przerwać występy – i znów wrócił triumfalnie. W zeszłym roku jednak też musiał odwoływać koncerty. Trzymajmy więc kciuki za jego kciuk.

 

Garrick Ohlsson

To był prawdziwy coup de foudre. Gdy tylko na Konkursie Chopinowskim w 1970 r. zasiadł za klawiaturą wysoki, tęgawy młodzieniec o ogromnych dłoniach i zagrał dwie pierwsze etiudy z op. 10, już chyba wszyscy na sali wiedzieli: to będzie pierwsza nagroda. Choć przyjechała wówczas bardzo silna ekipa amerykańska, z kilkoma wyrazistymi osobowościami, to właśnie Garrick Ohlsson został pierwszym (i dotąd jedynym) reprezentantem Stanów Zjednoczonych, który wygrał Konkurs Chopinowski, a na dodatek otrzymał nagrodę za najlepsze wykonanie mazurków.

Przed warszawskim konkursem wygrał jeszcze w Bolzano (1966) i Montrealu (1968). Był w tych czasach wręcz rozchwytywany i noszony na rękach, koncertował na całym świecie. Ale nic w jego karierze nie jest do końca proste, bo Ohlsson nie jest artystą przewidywalnym i obliczalnym – gra za każdym razem inaczej, kierując się nastrojem chwili. Bywa też więc nierówny. Bezsprzecznie jednak jest wielką osobowością.

Chopin jest dla niego niezwykle ważny. Ohlsson jest chyba jedynym pianistą, który rejestrował stopniowo na płytach wszystkie jego utwory. Pieśni nagrał z Ewą Podleś; jej małżonek, pianista Jerzy Marchwiński powiedział kiedyś o nim: „W jego grze jest wolność. Cieszy się graniem jak dziecko. Trochę jest takim dużym dzieckiem”.

 

Ivo Pogorelić

Cokolwiek powiedzieć o werdykcie jury Konkursu Chopinowskiego z 1980 r., które odrzuciło młodego chorwackiego pianistę po II etapie (przyznając mu jednak wyróżnienie), trzeba powiedzieć, że właśnie to wydarzenie stało się zapłonem dla jego efektownej kariery. Gdyby dostał którąś z nagród, byłoby zapewne inaczej. Jako wielki przegrany był już wygrany. Legenda pisała się sama. A przecież, choć wystylizowany chłopiec o bujnej czuprynie i w koszulach ze stójką, z palcami zakrzywionymi jak szpony, naprawdę momentami porywał (pamiętna była zwłaszcza jego Sonata b-moll, choć grana w sposób nieporządny i rozwichrzony, za to z wielką charyzmą), to mazurków na przykład nie rozumiał w ogóle i trudno się dziwić jury, że nie było w stanie zaakceptować tak przeinaczonego Chopina. Zbyt wiele było też usterek technicznych. Ale dla jego przyszłej famy nie miało to znaczenia.

Bo też talent jego rozwijał się znakomicie. Pogorelić dał się poznać jako fantastyczny wykonawca różnych rodzajów muzyki, od Scarlattiego po Ravela. Trudno tu przecenić wpływ jego pedagoga (a zarazem żony) Alizy Kezeradze, która w dużym stopniu ukształtowała go jako artystę.

Po jej śmierci przeżył załamanie, po którym wyjawił w jednym z wywiadów, że musi teraz „wymyślić siebie na nowo”. Wymyślił totalną przekorę. Teraz gra wszystko dokładnie na odwrót do tego, co jest w nutach. Jego fani, którzy przyjmowali dotąd od niego wszystko, przyjęli i to. Ale wielu słuchaczy ocenia, że pianista zapędził się w ślepą uliczkę.

 

Evgeny Kissin

Rok przed konkursem, na którym zwyciężył Bunin, pokazało się światu cudowne dziecko grające Chopina: 13-letni Żenia Kissin nagrał jego koncerty z Orkiestrą Filharmonii Moskiewskiej pod batutą Dymitra Kitajenki. W sześć lat później tymi samymi koncertami zadebiutował w Stanach Zjednoczonych z Filharmonikami Nowojorskimi pod dyrekcją Zubina Mehty; dał wówczas także recital w Carnegie Hall na stulecie sali. Z Filharmonikami Berlińskimi kierowanymi przez Herberta von Karajana grał Czajkowskiego na koncercie noworocznym 1988 r. w Berlinie, w tym samym roku zadebiutował też z London Symphony Orchestra pod batutą Valerego Gergieva. Nagroda za najlepsze wykonanie w sali koncertowej w Osace (które było jego debiutem japońskim), tytuł Muzyka Roku nadany przez Accademia Chigiana w Sienie, najmłodszy Instrumentalista Roku pisma „Musical America” – wszystkie te zaszczyty spadły nań jeszcze przed ukończeniem 25 lat. Potem przyszły kolejne, których nie sposób zliczyć.

Rzadko się zdarza, że cudowne dziecko przechodzi tak gładko w okres dojrzały. Kissinowi się to udało, w czym pomogli mu rodzice oraz jedyna jego nauczycielka Anna Kantor.

Wśród bogatej jego dyskografii jest wiele rejestracji chopinowskich (najnowsza z 2006 r.), jako część recitali nagrywanych na żywo i jako płyty monograficzne. Kissin gra Chopina poetycko i porywczo, w stylu romantyzmu namiętnego, od skrajności do skrajności.

Jego miłość do poezji spełnia się nie tylko w muzyce, ale i w niecodziennym hobby: recytacji. Na stronie jego fanów można obejrzeć rejestrację jego odczytań poezji Anny Achmatowej, Niki Turbinej oraz poetek żydowskich Any Margolin, Racheli Korn czy Kadii Mołodowskiej; te ostatnie pianista recytuje w ich oryginalnym języku – jidysz.

 

Nelson Goerner

Wielcy przegrani konkursów chopinowskich – to temat wart osobnego artykułu. Od samego początku publiczność miała swoich ulubieńców i nie zawsze jej gust był zbieżny z werdyktem jurorów. O niektórych z tych pianistów słuch prawie zaginął (kto pamięta Michela Blocka z Meksyku, na którego punkcie warszawiacy oszaleli w 1960 r., gdy konkurs wygrał Maurizio Pollini, albo Kanadyjczyka Johna Hendricksona, faworyta publiczności z 1975 r.?), choć większość otrzymała wyróżnienia.

Podobny los spotkał w 1995 r. Argentyńczyka Nelsona Goernera. Różnica jest taka, że Goerner już wówczas był pianistą dojrzałym i wybitnym (pięć lat wcześniej wygrał konkurs w Genewie), a w następnych latach potwierdził tę reputację. Dziś jest jednym z najbardziej cenionych artystów swego pokolenia, a werdykt jury, które wówczas nie miało komu dać pierwszej nagrody, a drugą podzieliło między sztywnego Philippe’a Giusiano i narwanego Aleksieja Sułtanowa, do dziś brzmi jak kompromitacja. Co więcej, podczas recitalu, który pianista dał zaraz po konkursie w radiowym Studiu Koncertowym, ujrzeliśmy go jako artystę wszechstronnego, pełnego głębokiego zrozumienia dla muzyki różnych epok. A jego interpretacje Chopina przyniosły mu niedawno nagrodę Diapason d’Or za dwie płyty z tzw. Czarnej Serii NIFC (na instrumentach z epoki).

 

Rafał Blechacz

Kiedy na ostatnim Konkursie Chopinowskim główną nagrodę otrzymał – wreszcie po latach – Polak, cieszyliśmy się wszyscy. Skromny, delikatny chłopiec z Nakła, który wygrał poza główną nagrodą także wszystkie specjalne – podbił publiczność, choć nie całą; byli i tacy, co zarzucali mu pewien akademizm. Ale bezsprzecznie był on jedynym chyba uczestnikiem tego konkursu naprawdę gruntownie przygotowanym i skupionym. Reputacja konkursu bardzo od paru edycji się obniżyła i młodzi ambitni pianiści przestali do Warszawy przyjeżdżać. Większość z tych, co przybyła, prezentowała produkcje nienadające się do słuchania.

Trzeba podkreślić, że Blechacz wszystkie swoje atuty wykorzystuje znakomicie. Wypełnienie przezeń kontraktu na trzy płyty w Deutsche Grammophon firma uznała za na tyle dobre, że podpisała z nim kolejny. Jednocześnie Blechacz daje się poznać publiczności różnych krajów świata. Szczególnie lubiany jest w Niemczech i Holandii, a w Japonii ma nawet swój fan club. W Roku Chopinowskim polski pianista będzie bardzo zapracowany.

 

Lang Lang

Mamy w Chinach dwóch młodych ambasadorów. Jednym jest Yundi Li, zwycięzca Konkursu Chopinowskiego z 2000 r. Drugi, o wiele bardziej znany, nie uczestniczył w żadnym konkursie, bo nie musiał. Ma 27 lat, jest idolem Chin i jednym z najbardziej znanych Chińczyków w ogóle. W 2009 r. został uznany przez „Time” za jednego ze stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. I to właśnie jemu powierzono oficjalną inaugurację chińskiego Roku Chopinowskiego 7 grudnia 2009 r. w Pekinie oraz polskiego 7 stycznia w Filharmonii Narodowej, a 10 stycznia w Filharmonii Łódzkiej. Jego grę będziemy mogli też usłyszeć jako podkład szykowanego właśnie w technice 3D filmu animowanego „Projekt Chopin” (premiera jesienią).

Inauguracje to jego specjalność: w 2008 r. grał na otwarciu igrzysk olimpijskich w Pekinie. Mówi się dziś, że tym sprawił, iż ponad 40 mln chińskich dzieci zaczęło się uczyć gry na fortepianie, co nazwano „efektem Lang Langa”. Zapewne go cieszy, że spełnił w stosunku do nich rolę podobną do tej, jaką wobec niego, gdy był mały, odegrał animowany kocur Tom. W amerykańskiej kreskówce „Tom and Jerry” w odcinku „Cat Concerto” Tom grał II Rapsodię węgierską Liszta. Na swój sposób Lang Lang pozostaje dużym dzieckiem, a szczerość i wdzięk młodości są cechami najbardziej uderzającymi w jego grze. Owszem, jest nierówny, czasem zbyt cyrkowy, ale wciąż się rozwija. Kto wie, czym nas jeszcze zaskoczy?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną