Kultura

RAPORT: Czarny rynek sztuki

Rabusie, fałszerze, przemytnicy

Przypisywane  Albrechtowi Dürerowi dzieło Przypisywane Albrechtowi Dürerowi dzieło "Łaźnia kobieca". Skradzione i odzyskane. materiały prasowe
Dzieła sztuki można tworzyć, kontemplować, kolekcjonować. Ale też można je kraść, przemycać czy podrabiać. Są one świadectwem wzlotów ducha, ale też wyzwalają uczucia najniższe: chciwość czy zazdrość. Zaś obok narkotyków i broni stanowią trzecie co do skali źródło największych na świecie nielegalnych dochodów. Coraz częściej jest to także polski problem.

Tekst archiwalny.  Polityka - nr 47 (2428) z dnia 2003-11-22; s. 3-9

***

W Polsce każdego roku popełnia się około tysiąca przestępstw, których wyłącznym celem jest zabór dóbr kultury. Przestępców wypada podzielić na kilka kategorii. Pierwsza, to zwykli złodzieje domowi, zabierający dzieła sztuki niejako przy okazji, wraz z futrem, telewizorem i pieniędzmi. Co ciekawe, dawniej na ogół lekceważyli antyki, dziś grabią je bardzo skwapliwie. Droga wiedzie później z reguły do pasera lub na bazar.

Poszukiwanie tak utraconych obrazów czy sreber jest jednak bardzo trudne, a to głównie za sprawą braku odpowiedniej dokumentacji. Tylko czasami udaje się na zdjęciach z rodzinnych uroczystości wypatrzyć w drugim tle, na ścianie, utracony obraz. To trochę za mało, by próbować odszukać go na rynku sztuki. Tym bardziej że przeciętny rodak okradziony z rodzinnych pamiątek wykazuje wyjątkową ignorancję; zazwyczaj nie wie, czyjego autorstwa był skradziony obraz, a bywa, że nawet nie potrafi dokładnie opisać policjantom, co przedstawiał.

Osobna grupa to złodzieje kościelni. Przez całe dziesięciolecia polowali przede wszystkim na przedmioty z metali szlachetnych po to, by je przetopić i sprzedać na złom. Można przypuszczać, że swój los zakończyła smutnie w piecu także ważąca 7,5 kg przepiękna i unikalna złota monstrancja skradziona w 1981 r. z kościoła w Świętej Lipce.

Ponieważ jednak w kościołach przechowuje się coraz mniej srebrnych kielichów i lichtarzy, to i złodzieje zmieniają zainteresowania. W ostatnich latach nastała moda na dekorowanie mieszkań rzeźbami aniołków i świętych. Efekt? Złodzieje masowo ograbiają z nich polskie kościoły. O ile jeszcze w 2001 r. zginęło ich 127, to rok później już 259. Wiele z nich nie ma wielkiej wartości artystycznej i żal tylko ogołoconego ołtarza lub ambony. Ale zdarzają się także straty dotkliwe, jak kradzież dziewięciu XVIII-wiecznych figurek z kościoła w Rogalinku (wartych ok. 136 tys. zł) czy trzech rzeźb z XVI i XVII w. z kościoła w Grzebsku (135 tys.).

Kategoria kolejna to złodzieje-zawodowcy. Są świetnie przygotowani, bywa, że działają na konkretne zamówienie, ich łupem padają najcenniejsze dobra kultury i najczęściej błyskawicznie wędrują za granicę. Biblię weimarską, wyniesioną w nocy z 26 na 27 listopada 1991 r. z pałacu w Pszczynie, zarekwirowano na granicy czesko-niemieckiej zaledwie kilkanaście godzin później, a wartościowe obrazy zrabowane ze Śmielowa w 1989 r. odnajdywano w następnych latach kolejno w Berlinie, Hadze i Wiedniu. Do Niemiec trafiły starodruki skradzione w 1999 r. z Biblioteki Jagiellońskiej.

Zawodowcy kradną zewsząd. Z kościołów wynoszą obrazy. To na ich konto należy zapewne zapisać zniknięcie przypisywanego Rubensowi „Zdjęcia z krzyża” z Kalisza (1973 r.) czy przypisywanej Cranachowi „Matki Boskiej z Dzieciątkiem” z Sulmierzyc (1995 r.). Obu nie odnaleziono. Coraz częściej ograbiają też prywatnych kolekcjonerów. Przez wiele lat najgłośniejsza była sprawa kradzieży „Portretu kobiety”, przypisywanego Dürerowi, i zamordowania właściciela obrazu (1965 r.). Tamto wydarzenie przyćmiła jednak seria włamań do mieszkań krakowskich kolekcjonerów w latach 1997–1998. W dwudziestu rabunkach zginęło ponad 150 cennych eksponatów. Zmasowane działania policji sprawiły, że większość z nich odzyskano, a złodziei złapano.

Ale hydra się odradza, o czym świadczą kolejne spektakularne skoki z 2002 r. W kwietniu z mieszkania w Krakowie wyniesiono wycenioną na 6–8 mln zł kolekcję miniatur z kości słoniowej. Trzy miesiące później w Warszawie dokonano rabunku wielkiego zbioru obrazów (100 sztuk), sreber i biżuterii, oszacowanego przez właściciela na 20 mln zł. Duże kradzieże zdarzyły się ostatnio także w Lublinie i Koszalinie.

Stosunkowo najrzadziej złodzieje atakują muzea. Ale jeżeli już się decydują, straty są dla narodowej kultury bardzo bolesne. Przypomnieć więc należy „Ukrzyżowanie” van Dycka i „Kobietę przenoszącą żar” Breughla, z którymi rozstało się Muzeum Narodowe w Gdańsku (1974 r.), czy 14 cennych dzieł z Muzeum Sztuki w Łodzi (nie odzyskano tylko rzeźby Rodina). Po raz ostatni opinię publiczną zelektryzowała grabież „Plaży w Pourville” Moneta z Muzeum Narodowego w Poznaniu (2000 r.). – Skradzione dzieło sztuki, które trafia na rynek sztuki, wcześniej czy później można namierzyć – zapewnia Piotr Ogrodzki, dyrektor Ośrodka Ochrony Zbiorów Publicznych. – Jeżeli jednak ktoś kradnie na własny użytek, szanse na ujęcie znacznie maleją. Podobnie – trzeba by dodać – gdy odbiorca jest już złodziejowi z góry znany.

Śpiąca woźna i skobelek

Jak ograniczać plagę kradzieży? Przede wszystkim zabezpieczać. Najgorzej jest z kolekcjami prywatnymi. W przypadku wspomnianych obu wielkich kradzieży z ubiegłego roku zbiory nie były ubezpieczone, w domach brakowało alarmów i podstawowych choćby zabezpieczeń. Tak jest zazwyczaj. Kolekcjonerzy, szczególnie ci starej daty, wykazują obezwładniającą wręcz beztroskę w tej sprawie. Jeden z nich (oczywiście prosił o zachowanie anonimowości) przyznaje: – Dość spokojnie zniosłem kradzieże krakowskie. Jako warszawiak myślałem sobie, że mnie to nie dotyczy. Ale ubiegłoroczna grabież w stolicy uzmysłowiła mi, że mogę przecież być następny. Część drobiazgów zdeponowałem w banku, założyłem nowy system alarmowy, rozpocząłem oznakowywanie swoich zbiorów. Ale wiem, że jak mnie wybiorą, to i tak nic nie wskóram. Z drugiej jednak strony aż dziw bierze, że tylko kilku kolekcjonerów w Polsce zdecydowało się zarejestrować swe kolekcje, choć korzyści z tego sporo (fachowe i bezpłatne doradztwo przy zabezpieczaniu, finansowe wsparcie przy konserwacji i skatalogowaniu zbiorów).

Nieco lepiej jest ze zbiorami archiwalnymi, choć dopiero kilka spektakularnych kradzieży z lat 1998–2000 nauczyło bibliotekarzy czujności. Natomiast znacznie poprawia się sytuacja w kościołach i innych obiektach kultu. Przez długie lata uchodziły one za wzór łatwego łupu. Dziś niefrasobliwi proboszczowie zamykający cenne zbiory na symboliczny skobelek należą już do wyjątków. Ta zmiana w myśleniu to efekt wielu przykrych doświadczeń. Ale też podwyższonej czujności kościelnych władz; na przykład biskup płocki wręcz zmusił podległych mu księży do właściwego zabezpieczenia świątyń. Ponadto służby konserwatorskie wytypowały 2,5 tys. spośród 17 tys. obiektów sakralnych, które zasługują na szczególną ochronę i w porozumieniu z władzami kościelnymi je właśnie wzięto pod szczególną opiekę.

Oczywiście najlepiej zabezpieczone są muzea, a niektóre posiadają systemy monitorowania na światowym poziomie.



Rejestrem w złodzieja


Gdy jednak złodzieje zrobią już swoje, pozostaje tylko nadzieja na ich uchwycenie. W Polsce nie jest najgorzej; wykrywa się średnio co trzeciego sprawcę kradzieży. Ale też dotyczy to z reguły złodziejskiej drobnicy, prawdziwi zawodowcy często pozostają nieuchwytni, a najcenniejsze obiekty – bezpowrotnie utracone. W odzyskiwaniu skradzionych dzieł sztuki szczególnie ważną rolę odgrywa właściwa informacja. W Polsce jej podstawowym źródłem jest „Katalog utraconych dzieł sztuki”. Założony w 1987 r., dziś gromadzi dane o 7 tys. obiektów. Co ciekawe, powstał i utrzymywany jest nie przez policję, ale... Ministerstwo Kultury.

Na razie domy aukcyjne czy antykwariusze otrzymują informacje o kradzieżach w specjalnych biuletynach. Ale zawiadujący bazą danych wspomniany już Piotr Ogrodzki ma nadzieję, że uda mu się przekształcić ją w otwartą platformę internetową, dzięki czemu każdy uczestnik rynku sztuki będzie mógł błyskawicznie sprawdzić każdy obraz czy kielich, nawet łącząc się przez telefon komórkowy z dowolnego targu staroci. To byłaby prawdziwa rewolucja w poszukiwaniu skradzionych dzieł sztuki. Już teraz dzięki „Katalogowi” udaje się co roku namierzyć kilkadziesiąt skradzionych obiektów.

Podobne narodowe bazy danych istnieją zresztą w większości cywilizowanych krajów. Zazwyczaj zawiaduje nimi policja. Jest też odrębny, świetnie skonstruowany katalog Interpolu, w którym jest także kilkaset zgłoszeń z Polski. Ale największy na świecie pozostaje prywatny Rejestr Zaginionych Dzieł Sztuki (Art Loss Register). Powstał w 1991 r. i gromadzi dane o 150 tys. skradzionych na całym świecie obiektów. Dzięki niemu udało się już odzyskać ponad tysiąc dzieł sztuki wartych 100 mln dol. Wpisanie do Rejestru nie jest drogie (ok. 10 euro), ale uwaga: jeśli agenci na jego podstawie znajdą zaginiony obraz, do kasy wpłacić trzeba 10 proc. wartości dzieła. Może dlatego brakuje w tej bazie danych informacji o polskich stratach.

Rzecz jasna informacje to jeszcze nie wszystko. W wielu krajach powołano specjalne oddziały policji zajmujące się wyłącznie przestępstwami związanymi z dziełami sztuki. We Włoszech działa najstarsza (od 1969 r.) tego typu formacja; liczące 40 funkcjonariuszy Comando Carabinieri Tutela Patrimonio Artistico. Podobnie jest we Francji, Czechach, Holandii, Austrii i wielu innych krajach. W Polsce natomiast ściganiem złodziei rzeźb czy obrazów zajmują się policjanci z wydziałów kryminalnych, ci sami, którzy kiedy indziej tropią morderców, gwałcicieli czy złodziei samochodów. Bodaj tylko w Krakowie zdecydowano się utworzyć wyspecjalizowaną komórkę.

Coś się jednak może zmienić. W lipcu stworzono zespół międzyresortowy (policja, służby celne, resort kultury), który ma koordynować współpracę w zwalczaniu tego typu przestępstw. Podinspektor Mirosław Karpiński, który nim kieruje, jest chyba najbardziej podróżującym polskim policjantem. Kursuje po kraju tworząc nową sieć powiązań, kontaktów, kanałów przepływu informacji. A ponieważ stanowi rzadki przykład prawdziwego pasjonata, dodatkowo po praktyce we Francji i w Belgii, jest więc szansa, że coś z tego będzie. Choć oczywiście przydałyby się u nas nie tylko dobre służby analityczne, ale i wyspecjalizowane oddziały operacyjne, które korzystałyby na przykład na większą skalę z instytucji zakupu kontrolowanego.

Tym bardziej że trudno oczekiwać nagłego zahamowania kradzieży dóbr kultury. Wprawdzie szacuje się, że ilość przestępstw nie będzie gwałtownie rosnąć. Zmieni się natomiast ich charakter. Specjaliści spodziewają się zwiększenia liczby rabunków z kolekcji prywatnych. Tych naprawdę znaczących jest w Polsce około tysiąca. Najbardziej narażone są zbiory rodzinne gromadzone od pokoleń. Kolekcje powstałe w ostatnim dziesięcioleciu na bazie nowych kapitalistycznych fortun są z reguły strzeżone bardzo dobrze. Na pewno zwiększać się będzie zainteresowanie złodziei malarstwem polskim i obcym oraz dawną rzeźbą religijną. Wydaje się, że na niejedną ciężką próbę wystawione też zostaną biblioteki; popyt na starodruki jest za granicą wielki, a ceny – bardzo wysokie.

Namaluj mi Matejkę

Fałszerstwo to w Polsce najbardziej bezkarne przestępstwo przeciw dziełom sztuki. Pokusa jest niemała. Sprzedaż dobrej podróbki może oznaczać jednorazowy zarobek kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy. Fałszerze mają ułatwione zadanie. Ich klienci, czyli polscy nowobogaccy, słabo znają się na sztuce, a szefowie galerii nie zawsze idą im z pomocą. Działają w kraju antykwariaty, w których ilość falsyfikatów na ścianach jest tak wielka, że trudno uwierzyć, by ich właściciele nie byli wspólnikami w niecnym procederze naciągania klientów. Ośmiela nawet policja, która wykazuje całkowity brak zainteresowania zwalczaniem fałszerstw, a ich wykrywalność jest zerowa. Trwa więc masowe i bezkarne naciąganie bogatych klientów na duże pieniądze, a falsyfikaty rozlewają się po kraju coraz większą falą.

W Polsce fałszuje się przede wszystkim obrazy. I czyni się to na dwa sposoby. Pierwszy polega na malowaniu od zera obrazu mającego uchodzić za oryginalną pracę znanego twórcy. Fałszerz stara się więc naśladować tematykę, kolorystykę czy kompozycję typową dla danego malarza. Zadanie ma ułatwione, gdy twórca za życia wiele razy powtarzał ten sam temat: wystarczy wówczas skopiować jedną z jego prac. W ten sposób na rynek trafiają kolejni „Ułani” Kossaka, „Dziewczynki z ptaszkiem” Hofmana czy „Hucułki” Axentowicza.

Fałszerzy zawsze korciła przede wszystkim twórczość mistrzów. Udana próba oznacza w takim przypadku zysk nawet kilkuset tysięcy złotych. Wiosną tego roku policjanci z Wrocławia zatrzymali fałszerza usiłującego sprzedać za 11 mln dol. rzekomy obraz Rembrandta. Na rynku pojawiają się więc falsyfikaty artystów tej miary co Jacek Malczewski, Olga Boznańska czy Józef Pankiewicz. Ale też próby podrabiania wybitnych mistrzów pędzla są z reguły dość nieudolne, a dobry ekspert łatwo je wykryje.

Podrabia się przede wszystkim tych, których prace łatwo sprzedać. A więc artystów ze szkoły paryskiej (Zygmunt Menkes, Mela Muter, Eugeniusz Zak) i szkoły monachijskiej (Alfred Wierusz-Kowalski, Józef Brandt). A także Witkacego, Rubczaka, Berlewiego. Większość trafiających na rynek akwareli Nikifora i rysunków Mai Berezowskiej to falsyfikaty. Tę listę można by mnożyć.

Drugi, kto wie czy nie bardziej rozpowszechniony, sposób oszukiwania polega na przerobieniu lub dopisaniu sygnatury do obrazu już istniejącego, tak by uznany został za dzieło kogoś innego. Taka właśnie sytuacja stała się powodem precedensowego procesu, jaki rozpoczął się niedawno przed warszawskim Sądem Okręgowym. Otóż znany biznesmen Witold Zaraska skarży dom aukcyjny Agra Art o to, że za 155 tys. zł sprzedał mu zafałszowany „Pejzaż z oddziałem powstańczym” Władysława Maleckiego. Obie strony mają swoich ekspertów twierdzących raz, że jest to Malecki, to znów, że to nie Malecki. Sprawa zapowiada się więc nadzwyczaj ciekawie.

Przy fałszowaniu anonimowych obrazów sztuka polega na dopasowaniu ich do prac znanego artysty malującego w podobnym stylu. Jeżeli więc niepodpisany obraz przedstawia nocną paryską kawiarnię, to rychło pojawia się na nim sygnatura Ludwika de Laveaux; nieco zamglone kwiaty w wazonie dopisuje się do dorobku Alfonsa Karpińskiego; polskie dworki – Bronisławy Rychter-Janowskiej. Innym sposobem jest zamalowywanie istniejącej sygnatury i umieszczanie na jej miejscu sygnatury malarza bardziej znanego. Tak wymazuje się z pamięci wielu twórców, skądinąd sprzedawanych także pod własnym nazwiskiem (choć oczywiście za mniejsze pieniądze). I tak na przykład Stanisława Górskiego przerabia się na Teodora Axentowicza, Teodora Grotta na Leona Wyczółkowskiego, a Antoniego Waśkowskiego na Stanisława Wyspiańskiego.

Na rynku sztuki trwa nieustanna zabawa w kotka i myszkę fałszerzy z antykwariuszami, domami aukcyjnymi i kolekcjonerami w myśl zasady, że raz się uda, raz nie. Zdaniem Adama Konopackiego, szefa jedynej (!) na polskim rynku profesjonalnej firmy zajmującej się wyceną i ekspertyzą dzieł sztuki, w ostatnich latach fałszerze znacznie udoskonalili techniczne sposoby postarzania świeżo namalowanych obrazów i świeżo dopisanych sygnatur. Są też coraz bardziej przebiegli we wprowadzaniu sfałszowanych dzieł na rynek; wykorzystują w tym celu na przykład małe domy aukcyjne w Europie. Wszak Malczewski zakupiony na aukcji w Szwajcarii wydaje się poza podejrzeniami. Tymczasem powinien budzić podwójną czujność. Oszuści działają przy tym w poczuciu bezkarności, albowiem najgorsze, co ich może spotkać, to kłopot ze sprzedaniem falsyfikatu. Każdy sklep, urząd pocztowy czy bank ma obowiązek skonfiskować fałszywy banknot, ale żaden antykwariusz lub dom aukcyjny nie ma prawa zaaresztować fałszywego obrazu. W tych podchodach, w których stawką są miliony złotych, górą na razie są fałszerze.

Wątpliwym pocieszeniem może być fakt, że gdzie indziej nie dzieje się lepiej. Eksperci alarmują na przykład, że w ostatnich latach pojawiły się ogromne ilości falsyfikatów dawnej sztuki chińskiej – począwszy od mebli, przez porcelanę, na brązach skończywszy – produkowanych głównie w Hongkongu. W cywilizowanych krajach z fałszerstwami walczy się jednak bardziej skutecznie. We Francji rzeczoznawca ma prawo zarekwirować i zniszczyć każde dzieło sztuki, które okaże się falsyfikatem. We Włoszech specjalny oddział karabinierów w ciągu 30 lat skonfiskował ponad 60 tys. takich podróbek, a w rekordowym 1997 r. – aż 6651.



Rzeka ikon

Z przemytem dzieł sztuki jest w Polsce podobnie jak z ich fałszerstwami. Wiadomo, że kwitnie, choć nikt nie potrafi podać choćby przybliżonych danych. I podobnie jak z podrabianiem – proceder jest niemal bezkarny. Choć może niezupełnie, bo wszystko zależy od tego, na którą granicę popatrzymy. Na flance zachodniej zdajemy się już od dawna żyć w zjednoczonej Europie bez granic. Ani razu nie udało się bowiem celnikom przechwycić cennego dzieła sztuki, które po kradzieży przemycano by na Zachód. Powszechnie też wiadomo, że do Niemiec masowo wywożone są z Polski dzieła sztuki, w tym duże ilości potężnych gabarytowo mebli kupowanych na targach staroci głównie we Wrocławiu. Jednak statystyki wykroczeń celnych w ogóle nie odnotowują tego faktu. Można powiedzieć, że z wieloletnim opóźnieniem Niemcy w trybie indywidualnym dokonują rewindykacji tego, co niegdyś do nich należało. A jak opłacalny jest to proceder, niech świadczy tylko jeden z wielu przykładów: kupione w 2000 r. w Polsce za 5 tys. zł trzy posągi z Wierzchowic, w berlińskiej galerii wystawione zostały już za 126 tys. marek.

Dobra kultury zdecydowanie nie znajdują się na listach priorytetów służb celnych. Zresztą zabytkowych monet, obrazów czy porcelany nie trzeba wcale chować głęboko w bagażach. Otóż w ostatnich latach kwitnie w Polsce przemyt... przez Internet. Dzieła sztuki wystawia się na międzynarodowych aukcjach, a po znalezieniu klienta w USA czy Francji po prostu wysyła pocztą. Podobno przesyłka dochodzi do odbiorcy.

Co innego na Wschodzie. Tu w ilościach wręcz hurtowych celnicy wymiatają z bagaży Rosjan i Ukraińców przede wszystkim ikony. O skali procederu niech świadczy fakt, że nieduże muzeum w Szamotułach w latach 1992–1999 otrzymało w darze od służb celnych ponad tysiąc ikon, zaś każdego roku konfiskuje się ich po kilka tysięcy. To niejako efekt uboczny dość dokładnego polowania na szmuglowany alkohol i papierosy. A właśnie między kartonami Westów i Marlboro trafiają się święte obrazki prawosławne.

Według szacunków rosyjskiej policji, w latach 1970–1990 z terenów byłego ZSRR nielegalnie wywieziono za granicę 250 tys. ikon. W samym tylko 2000 r. z bagaży podróżnych wyjeżdżających z Rosji za granicę wysupłano 20 tys. dzieł sztuki. Chyba i my sami mamy już tych ikon dość, o czym świadczy decyzja sędziego Sądu Rejonowego w Jarosławiu, który w maju tego roku nakazał spalić 23 zarekwirowane na granicy prawosławne obrazy. Czy je rzeczywiście spalono, czy zwyczajnie ukradziono, ustali dochodzenie. Trudno jednak oczekiwać poważnego traktowania przestępstw przeciw dobrom kultury, skoro sędzia, w majestacie prawa, zachowuje się jak najgorszy wandal.

W Polsce ma siedzibę jedno z 11 działających na świecie biur łącznikowych wywiadu celnego. I to właśnie jego szef Maciej Lubik jest autorem systemu obiegu informacji, mającego przeciwdziałać przemytowi dzieł sztuki i służyć identyfikowaniu skradzionych obiektów. Program nazywa się Obeliks, został przyjęty przez Światową Organizację ceł i zalecony do zastosowania na całym świecie. Natomiast na Dolnym Śląsku powstał oryginalny program ochrony dóbr kultury „Thesaurus”, którym zainteresowali się już Francuzi i Włosi.

Po wejściu do Unii Europejskiej nasza granica otworzy się na Zachód. Co z tego wynika? Maciej Lubik zapewnia, że wbrew pozorom nic dramatycznego. A to dlatego, że dzieła sztuki i tak przenikały dotychczas z Polski bez problemu. Zresztą ceny powolutku się wyrównują i coraz częściej dobra kultury wędrują w odwrotną stronę. Swego czasu celnicy w Kołbaskowie udaremnili przemyt z Niemiec do Polski 14 cennych obrazów i 9 wyrobów chińskiej porcelany. Zasada jest taka: z Polski wypływają głównie zabytki niemieckie, zaś napływają dzieła naszych twórców, na przykład masowo malarstwo szkoły paryskiej i monachijskiej. Natomiast otwarcie granic zdecydowanie ułatwi rewindykację dzieł sztuki skradzionych w Polsce i wywiezionych za granicę. Dotychczas sprowadzenie ich do kraju trwało latami i wymagało skomplikowanych procedur. We wspólnocie będzie to podobno dużo prostsze.

Kolekcjonerzy-gangsterzy

Sztuką coraz bardziej interesują się gangsterzy. Podobno podczas fali aresztowań bossów polskiego podziemia, jaka przetoczyła się przez kraj przed paru laty, w ich mieszkaniach znaleziono wiele cennych obrazów i rzeźb. I bynajmniej nie pochodziły one z kradzieży, ale z mniej lub bardziej oficjalnych zakupów. Niekiedy dzieła sztuki wręcz stają się walutą zastępczą przy przeróżnych rozliczeniach. Ale też dzieła sztuki doskonale nadają się do klasycznego prania pieniędzy.

W kwietniu amerykańskie media poinformowały, że służby federalne aresztowały grupę marszandów z Connecticut i Nowego Jorku pod zarzutem prania brudnych pieniędzy za pomocą fikcyjnych transakcji na rynku sztuki. Tego typu komunikaty to jednak na świecie ciągle rzadkość, a w Polsce, kompletna abstrakcja. Udowodnienie czegokolwiek jest tu dużo trudniejsze niż w przypadku czyszczenia dochodów za pomocą nieruchomości czy operacji bankowych.

Przestępczość związana z dziełami sztuki coraz bardziej się profesjonalizuje. Samotnych włamywaczy zastępują dobrze zorganizowane szajki, przemytnicy działają jak biznesmeni, a fałszerze – jak zawodowi konserwatorzy. Nie ma przypadkowości i improwizacji, jest planowanie. I tylko ciągle jeszcze po drugiej stronie trwają niezmierzone pokłady beztroski, ignorancji i lekceważenia.

 

Zaginione bezpowrotnie?

Obraz Lucasa Cranacha St. „Matka Boska z Dzieciątkiem”
skradziony z kościoła w Sulmierzycach w październiku 1995 r.

Obraz Najświętszej Panny Marii z Dzieciątkiem, gotyckie malowidło z XVI w., skradziony w październiku 2002 r. z kościoła w Daniszewie.

Monstrancja z 1723 r., dzieło złotnika Samuela Grove’a, skradziona w październiku 1980 r. z klasztoru w Świętej Lipce (woj. warmińsko-mazurskie).

Dzieło Mikołaja Kopernika „De Revolutionibus Orbium Coelestium...”, starodruk z 1543 r., skradziony z Biblioteki PAN w Krakowie w 1998 r. „Matka Boska z Dzieciątkiem”, skradziona z kościoła w Rogalinku w 2002 r. „Plaża w Pourville”, dzieło Claude’a Moneta [odnalezione 13.01.2010 r.], skradzione z muzeum Narodowego w Poznaniu 19 września 2000 r. „Portret Władysława Gruberskiego” Stanisława Ignacego Witkiewicza skradziony ze zbiorów prywatnych w 1997 r.
Solniczka za tysiąc Mercedesów, czyli największe kradzieże w Europie

Mamy w Polsce niewiele dóbr kultury, więc ich kradzieże są szczególnie bolesne. Pocieszmy się więc, że inni mają dużo gorzej. W ciągu zaledwie sześciu miesięcy tego roku dokonano w Europie kilku zupełnie niewiarygodnych kradzieży. Z Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu – srebrnej, ale wartej 50 mln euro, solniczki (zwanej Mona Lisą rzeźby) autorstwa Benvenutto Celliniego (na fot.). Wartej co najmniej 50 mln dol. „Madonny z kołowrotkiem” Leonarda da Vinci z kolekcji księcia Buccleuch w zamku Drumlanrig w Szkocji. Dwóch obrazów Vincenta van Gogha z muzeum jego imienia w Amsterdamie. Kradzieży dokonano na kilka tygodni przed uroczystymi obchodami 150-lecia urodzin artysty. A nawet dwóch pochodzących z I wieku n.e. fresków z Pompei.

W tym samym czasie dokonano w Rosji 956 kradzieży z samych tylko kolekcji prywatnych. Wartość starodruków, które zniknęły w ostatnich latach ze zbiorów w Petersburgu, szacuje się nawet na 250 mln dol., zaś w całym kraju poszukuje się już ponad 40 tys. eksponatów.

We Włoszech każdego roku dokonuje się 1500 kradzieży. Przez ostatnie 20 lat znikło 470 tys. obiektów, z czego odnaleziono 140 tys. Szczególnie źle dzieje się w Wielkiej Brytanii. Każdego roku z tytułu odszkodowań za skradzione antyki ubezpieczyciele wypłacają 500 mln funtów. Tylko w 2002 r. blisko 4 tys. razy ograbiano na wyspach zabytkowe kościoły. W rejestrach zaginionych w Wielkiej Brytanii dzieł znajduje się m.in. 479 prac Picassa, 290 Chagalla, 190 Renoira i 150 Warhola. Szanse ich odnalezienia są jednak niewielkie, bowiem odzyskuje się zaledwie 4 proc. utraconych obiektów.
Źli i dobrzy złodzieje

Złodzieje, którzy w 1994 r. skradli w Oslo słynny „Krzyk” Muncha, zażądali 7,5 mln euro okupu. Później obniżyli żądania do 22 tys., a w końcu skapitulowali. Rabusie, którzy w 1986 r. wynieśli cenne płótna z Russborough House (m.in. Vermeera, Goi i Rubensa), zażądali za ich zwrot uwolnienia przetrzymywanych w więzieniu działaczy IRA. Coraz częściej zdarzają się kradzieże sfingowane; obraz pozostaje w sejfie, a firma ubezpieczeniowa wypłaca niemałe odszkodowanie.

Ale bywają też kradzieże wręcz szlachetne. W Manchesterze zniknęły wspaniałe obrazy van Gogha (patrz wyżej), Gauguina i Picassa. Sprawcy poinformowali następnie muzeum, gdzie ukryli płótna i dołączyli list, w którym tłumaczyli, że chcieli swą akcją zwrócić jedynie uwagę na luki w systemie zabezpieczeń. Swego czasu z Luwru zginęło dzieło Watteau „Obojętny”. Okazało się, że sprawcą był pewien konserwator sztuki oburzony sposobem, w jaki odnowiono to dzieło. Oczyścił obraz w swej pracowni, usuwając niepotrzebne przemalowania i zwrócił go policji. Podobnie rzecz się miała z „Wenus” Cranacha. Jej wielbiciel sporządził sobie wierną kopię obrazu, po czym pieczołowicie zabezpieczony oryginał przekazał policji.
Lepszy niż oryginał

W Polsce fałszerze pozostają nieuchwytni i niewiele o nich wiadomo. Natomiast na świecie miano najsłynniejszego fałszerza w historii malarstwa zyskał Han van Meegeren, którego falsyfikaty Vermeera były tak doskonałe, że bez mrugnięcia kupowały je wielkie muzea, zaś eksperci oceniali jako „boskie osiągnięcia sztuki”. Z kolei angielski malarz pokojowy Tom Keating przez ponad dwadzieścia lat fałszował i z powodzeniem sprzedawał dzieła Rembrandta, Renoira i wielu innych. Sprawa wyszła na jaw, gdy fałszerz zwołał konferencję prasową, na której przyznał się do wszystkiego. Co ciekawe, Keating na każdym obrazie pozostawiał swoją wizytówkę; były nią widoczne w promieniach X nieprzyzwoite wyrazy lub jego nazwisko. W historii fałszerstw trwale zapisał się także Hiszpan Manuel Pujol Baladas, który wyprodukował ponad 700 prac Salvadora Dali, francuska malarka Claude Latour, której udowodniono masową produkcję obrazów Picassa i Utrilla, czy francuski malarz Caseau, który wyspecjalizował się w malarstwie François Milleta, a którego obrazy rozprowadzał po antykwariatach... wnuk mistrza Jean Millet.
Państwa też grabią

Systematycznie i na dużą skalę narody ogołacały się nawzajem z dzieł sztuki już w starożytności. Właściwie każdemu podbojowi w historii nieuchronnie towarzyszyło plądrowanie i wywożenie. Ale pierwszym, który grabił nie dla zalet kruszców i cennych kamieni, ale dla walorów samej sztuki, był Napoleon Bonaparte, który kosztem Włoch, Niderlandów, Niemiec, a nawet swych sojuszników Polski i Hiszpanii tworzył podwaliny pod wielkość Luwru. Z samej tylko Belgii i Holandii wywiózł 63 obrazy Rubensa i 28 van Dycka. W podobny sposób, kosztem państw pozaeuropejskich, potęgę swych muzeów budowali swego czasu także Niemcy i Brytyjczycy.

Polacy mieli tego pecha, że sami niemal nie grabili, wielokrotnie będąc ograbianymi: przez Szwedów, Prusaków i Rosjan. Ale najbardziej dały się naszej kulturze we znaki straty z II wojny światowej. W „Katalogu utraconych dzieł sztuki” z 2000 r. Monika Kuhnke pisze: „Wydaje się, że wielokrotnie przywoływana liczba 516 000 pojedynczych utraconych dzieł sztuki powinna zostać znacznie powiększona”. W zamieszczonym w lutym w „New York Timesie” artykule Ralph Blumenthal szacuje, że na skutek II wojny światowej utracono w Europie 600 tys. „znaczących dzieł sztuki”, z czego los 100 tys. jest do dziś nieznany.

Ostatnim spektakularnym przypadkiem masowej grabieży jest Irak.

 

 

Rabusie, fałszerze, przemytnicy

Dzieła sztuki można tworzyć, kontemplować, kolekcjonować. Ale też można je kraść, przemycać czy podrabiać. Są one świadectwem wzlotów ducha, ale też wyzwalają uczucia najniższe: chciwość czy zazdrość. Zaś obok narkotyków i broni stanowią trzecie co do skali źródło największych na świecie nielegalnych dochodów. Coraz częściej jest to także polski problem.

W Polsce każdego roku popełnia się około tysiąca przestępstw, których wyłącznym celem jest zabór dóbr kultury. Przestępców wypada podzielić na kilka kategorii. Pierwsza, to zwykli złodzieje domowi, zabierający dzieła sztuki niejako przy okazji, wraz z futrem, telewizorem i pieniędzmi. Co ciekawe, dawniej na ogół lekceważyli antyki, dziś grabią je bardzo skwapliwie. Droga wiedzie później z reguły do pasera lub na bazar.

Poszukiwanie tak utraconych obrazów czy sreber jest jednak bardzo trudne, a to głównie za sprawą braku odpowiedniej dokumentacji. Tylko czasami udaje się na zdjęciach z rodzinnych uroczystości wypatrzyć w drugim tle, na ścianie, utracony obraz. To trochę za mało, by próbować odszukać go na rynku sztuki. Tym bardziej że przeciętny rodak okradziony z rodzinnych pamiątek wykazuje wyjątkową ignorancję; zazwyczaj nie wie, czyjego autorstwa był skradziony obraz, a bywa, że nawet nie potrafi dokładnie opisać policjantom, co przedstawiał.

Osobna grupa to złodzieje kościelni. Przez całe dziesięciolecia polowali przede wszystkim na przedmioty z metali szlachetnych po to, by je przetopić i sprzedać na złom. Można przypuszczać, że swój los zakończyła smutnie w piecu także ważąca 7,5 kg przepiękna i unikalna złota monstrancja skradziona w 1981 r. z kościoła w Świętej Lipce.

Ponieważ jednak w kościołach przechowuje się coraz mniej srebrnych kielichów i lichtarzy, to i złodzieje zmieniają zainteresowania. W ostatnich latach nastała moda na dekorowanie mieszkań rzeźbami aniołków i świętych. Efekt? Złodzieje masowo ograbiają z nich polskie kościoły. O ile jeszcze w 2001 r. zginęło ich 127, to rok później już 259. Wiele z nich nie ma wielkiej wartości artystycznej i żal tylko ogołoconego ołtarza lub ambony. Ale zdarzają się także straty dotkliwe, jak kradzież dziewięciu XVIII-wiecznych figurek z kościoła w Rogalinku (wartych ok. 136 tys. zł) czy trzech rzeźb z XVI i XVII w. z kościoła w Grzebsku (135 tys.).

Kategoria kolejna to złodzieje-zawodowcy. Są świetnie przygotowani, bywa, że działają na konkretne zamówienie, ich łupem padają najcenniejsze dobra kultury i najczęściej błyskawicznie wędrują za granicę. Biblię weimarską, wyniesioną w nocy z 26 na 27 listopada 1991 r. z pałacu w Pszczynie, zarekwirowano na granicy czesko-niemieckiej zaledwie kilkanaście godzin później, a wartościowe obrazy zrabowane ze Śmielowa w 1989 r. odnajdywano w następnych latach kolejno w Berlinie, Hadze i Wiedniu. Do Niemiec trafiły starodruki skradzione w 1999 r. z Biblioteki Jagiellońskiej.

Zawodowcy kradną zewsząd. Z kościołów wynoszą obrazy. To na ich konto należy zapewne zapisać zniknięcie przypisywanego Rubensowi „Zdjęcia z krzyża” z Kalisza (1973 r.) czy przypisywanej Cranachowi „Matki Boskiej z Dzieciątkiem” z Sulmierzyc (1995 r.). Obu nie odnaleziono. Coraz częściej ograbiają też prywatnych kolekcjonerów. Przez wiele lat najgłośniejsza była sprawa kradzieży „Portretu kobiety”, przypisywanego Dürerowi, i zamordowania właściciela obrazu (1965 r.). Tamto wydarzenie przyćmiła jednak seria włamań do mieszkań krakowskich kolekcjonerów w latach 1997–1998. W dwudziestu rabunkach zginęło ponad 150 cennych eksponatów. Zmasowane działania policji sprawiły, że większość z nich odzyskano, a złodziei złapano.

Ale hydra się odradza, o czym świadczą kolejne spektakularne skoki z 2002 r. W kwietniu z mieszkania w Krakowie wyniesiono wycenioną na 6–8 mln zł kolekcję miniatur z kości słoniowej. Trzy miesiące później w Warszawie dokonano rabunku wielkiego zbioru obrazów (100 sztuk), sreber i biżuterii, oszacowanego przez właściciela na 20 mln zł. Duże kradzieże zdarzyły się ostatnio także w Lublinie i Koszalinie.

Stosunkowo najrzadziej złodzieje atakują muzea. Ale jeżeli już się decydują, straty są dla narodowej kultury bardzo bolesne. Przypomnieć więc należy „Ukrzyżowanie” van Dycka i „Kobietę przenoszącą żar” Breughla, z którymi rozstało się Muzeum Narodowe w Gdańsku (1974 r.), czy 14 cennych dzieł z Muzeum Sztuki w Łodzi (nie odzyskano tylko rzeźby Rodina). Po raz ostatni opinię publiczną zelektryzowała grabież „Plaży w Pourville” Moneta z Muzeum Narodowego w Poznaniu (2000 r.). – Skradzione dzieło sztuki, które trafia na rynek sztuki, wcześniej czy później można namierzyć – zapewnia Piotr Ogrodzki, dyrektor Ośrodka Ochrony Zbiorów Publicznych. – Jeżeli jednak ktoś kradnie na własny użytek, szanse na ujęcie znacznie maleją. Podobnie – trzeba by dodać – gdy odbiorca jest już złodziejowi z góry znany.

Śpiąca woźna i skobelek

Jak ograniczać plagę kradzieży? Przede wszystkim zabezpieczać. Najgorzej jest z kolekcjami prywatnymi. W przypadku wspomnianych obu wielkich kradzieży z ubiegłego roku zbiory nie były ubezpieczone, w domach brakowało alarmów i podstawowych choćby zabezpieczeń. Tak jest zazwyczaj. Kolekcjonerzy, szczególnie ci starej daty, wykazują obezwładniającą wręcz beztroskę w tej sprawie. Jeden z nich (oczywiście prosił o zachowanie anonimowości) przyznaje: – Dość spokojnie zniosłem kradzieże krakowskie. Jako warszawiak myślałem sobie, że mnie to nie dotyczy. Ale ubiegłoroczna grabież w stolicy uzmysłowiła mi, że mogę przecież być następny. Część drobiazgów zdeponowałem w banku, założyłem nowy system alarmowy, rozpocząłem oznakowywanie swoich zbiorów. Ale wiem, że jak mnie wybiorą, to i tak nic nie wskóram. Z drugiej jednak strony aż dziw bierze, że tylko kilku kolekcjonerów w Polsce zdecydowało się zarejestrować swe kolekcje, choć korzyści z tego sporo (fachowe i bezpłatne doradztwo przy zabezpieczaniu, finansowe wsparcie przy konserwacji i skatalogowaniu zbiorów).

Nieco lepiej jest ze zbiorami archiwalnymi, choć dopiero kilka spektakularnych kradzieży z lat 1998–2000 nauczyło bibliotekarzy czujności. Natomiast znacznie poprawia się sytuacja w kościołach i innych obiektach kultu. Przez długie lata uchodziły one za wzór łatwego łupu. Dziś niefrasobliwi proboszczowie zamykający cenne zbiory na symboliczny skobelek należą już do wyjątków. Ta zmiana w myśleniu to efekt wielu przykrych doświadczeń. Ale też podwyższonej czujności kościelnych władz; na przykład biskup płocki wręcz zmusił podległych mu księży do właściwego zabezpieczenia świątyń. Ponadto służby konserwatorskie wytypowały 2,5 tys. spośród 17 tys. obiektów sakralnych, które zasługują na szczególną ochronę i w porozumieniu z władzami kościelnymi je właśnie wzięto pod szczególną opiekę.

Oczywiście najlepiej zabezpieczone są muzea, a niektóre posiadają systemy monitorowania na światowym poziomie.

Rejestrem w złodzieja

Gdy jednak złodzieje zrobią już swoje, pozostaje tylko nadzieja na ich uchwycenie. W Polsce nie jest najgorzej; wykrywa się średnio co trzeciego sprawcę kradzieży. Ale też dotyczy to z reguły złodziejskiej drobnicy, prawdziwi zawodowcy często pozostają nieuchwytni, a najcenniejsze obiekty – bezpowrotnie utracone. W odzyskiwaniu skradzionych dzieł sztuki szczególnie ważną rolę odgrywa właściwa informacja. W Polsce jej podstawowym źródłem jest „Katalog utraconych dzieł sztuki”. Założony w 1987 r., dziś gromadzi dane o 7 tys. obiektów. Co ciekawe, powstał i utrzymywany jest nie przez policję, ale... Ministerstwo Kultury.

Na razie domy aukcyjne czy antykwariusze otrzymują informacje o kradzieżach w specjalnych biuletynach. Ale zawiadujący bazą danych wspomniany już Piotr Ogrodzki ma nadzieję, że uda mu się przekształcić ją w otwartą platformę internetową, dzięki czemu każdy uczestnik rynku sztuki będzie mógł błyskawicznie sprawdzić każdy obraz czy kielich, nawet łącząc się przez telefon komórkowy z dowolnego targu staroci. To byłaby prawdziwa rewolucja w poszukiwaniu skradzionych dzieł sztuki. Już teraz dzięki „Katalogowi” udaje się co roku namierzyć kilkadziesiąt skradzionych obiektów.

Podobne narodowe bazy danych istnieją zresztą w większości cywilizowanych krajów. Zazwyczaj zawiaduje nimi policja. Jest też odrębny, świetnie skonstruowany katalog Interpolu, w którym jest także kilkaset zgłoszeń z Polski. Ale największy na świecie pozostaje prywatny Rejestr Zaginionych Dzieł Sztuki (Art Loss Register). Powstał w 1991 r. i gromadzi dane o 150 tys. skradzionych na całym świecie obiektów. Dzięki niemu udało się już odzyskać ponad tysiąc dzieł sztuki wartych 100 mln dol. Wpisanie do Rejestru nie jest drogie (ok. 10 euro), ale uwaga: jeśli agenci na jego podstawie znajdą zaginiony obraz, do kasy wpłacić trzeba 10 proc. wartości dzieła. Może dlatego brakuje w tej bazie danych informacji o polskich stratach.

Rzecz jasna informacje to jeszcze nie wszystko. W wielu krajach powołano specjalne oddziały policji zajmujące się wyłącznie przestępstwami związanymi z dziełami sztuki. We Włoszech działa najstarsza (od 1969 r.) tego typu formacja; liczące 40 funkcjonariuszy Comando Carabinieri Tutela Patrimonio Artistico. Podobnie jest we Francji, Czechach, Holandii, Austrii i wielu innych krajach. W Polsce natomiast ściganiem złodziei rzeźb czy obrazów zajmują się policjanci z wydziałów kryminalnych, ci sami, którzy kiedy indziej tropią morderców, gwałcicieli czy złodziei samochodów. Bodaj tylko w Krakowie zdecydowano się utworzyć wyspecjalizowaną komórkę.

Coś się jednak może zmienić. W lipcu stworzono zespół międzyresortowy (policja, służby celne, resort kultury), który ma koordynować współpracę w zwalczaniu tego typu przestępstw. Podinspektor Mirosław Karpiński, który nim kieruje, jest chyba najbardziej podróżującym polskim policjantem. Kursuje po kraju tworząc nową sieć powiązań, kontaktów, kanałów przepływu informacji. A ponieważ stanowi rzadki przykład prawdziwego pasjonata, dodatkowo po praktyce we Francji i w Belgii, jest więc szansa, że coś z tego będzie. Choć oczywiście przydałyby się u nas nie tylko dobre służby analityczne, ale i wyspecjalizowane oddziały operacyjne, które korzystałyby na przykład na większą skalę z instytucji zakupu kontrolowanego.

Tym bardziej że trudno oczekiwać nagłego zahamowania kradzieży dóbr kultury. Wprawdzie szacuje się, że ilość przestępstw nie będzie gwałtownie rosnąć. Zmieni się natomiast ich charakter. Specjaliści spodziewają się zwiększenia liczby rabunków z kolekcji prywatnych. Tych naprawdę znaczących jest w Polsce około tysiąca. Najbardziej narażone są zbiory rodzinne gromadzone od pokoleń. Kolekcje powstałe w ostatnim dziesięcioleciu na bazie nowych kapitalistycznych fortun są z reguły strzeżone bardzo dobrze. Na pewno zwiększać się będzie zainteresowanie złodziei malarstwem polskim i obcym oraz dawną rzeźbą religijną. Wydaje się, że na niejedną ciężką próbę wystawione też zostaną biblioteki; popyt na starodruki jest za granicą wielki, a ceny – bardzo wysokie.

Namaluj mi Matejkę

Fałszerstwo to w Polsce najbardziej bezkarne przestępstwo przeciw dziełom sztuki. Pokusa jest niemała. Sprzedaż dobrej podróbki może oznaczać jednorazowy zarobek kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy. Fałszerze mają ułatwione zadanie. Ich klienci, czyli polscy nowobogaccy, słabo znają się na sztuce, a szefowie galerii nie zawsze idą im z pomocą. Działają w kraju antykwariaty, w których ilość falsyfikatów na ścianach jest tak wielka, że trudno uwierzyć, by ich właściciele nie byli wspólnikami w niecnym procederze naciągania klientów. Ośmiela nawet policja, która wykazuje całkowity brak zainteresowania zwalczaniem fałszerstw, a ich wykrywalność jest zerowa. Trwa więc masowe i bezkarne naciąganie bogatych klientów na duże pieniądze, a falsyfikaty rozlewają się po kraju coraz większą falą.

W Polsce fałszuje się przede wszystkim obrazy. I czyni się to na dwa sposoby. Pierwszy polega na malowaniu od zera obrazu mającego uchodzić za oryginalną pracę znanego twórcy. Fałszerz stara się więc naśladować tematykę, kolorystykę czy kompozycję typową dla danego malarza. Zadanie ma ułatwione, gdy twórca za życia wiele razy powtarzał ten sam temat: wystarczy wówczas skopiować jedną z jego prac. W ten sposób na rynek trafiają kolejni „Ułani” Kossaka, „Dziewczynki z ptaszkiem” Hofmana czy „Hucułki” Axentowicza.

Fałszerzy zawsze korciła przede wszystkim twórczość mistrzów. Udana próba oznacza w takim przypadku zysk nawet kilkuset tysięcy złotych. Wiosną tego roku policjanci z Wrocławia zatrzymali fałszerza usiłującego sprzedać za 11 mln dol. rzekomy obraz Rembrandta. Na rynku pojawiają się więc falsyfikaty artystów tej miary co Jacek Malczewski, Olga Boznańska czy Józef Pankiewicz. Ale też próby podrabiania wybitnych mistrzów pędzla są z reguły dość nieudolne, a dobry ekspert łatwo je wykryje.

Podrabia się przede wszystkim tych, których prace łatwo sprzedać. A więc artystów ze szkoły paryskiej (Zygmunt Menkes, Mela Muter, Eugeniusz Zak) i szkoły monachijskiej (Alfred Wierusz-Kowalski, Józef Brandt). A także Witkacego, Rubczaka, Berlewiego. Większość trafiających na rynek akwareli Nikifora i rysunków Mai Berezowskiej to falsyfikaty. Tę listę można by mnożyć.

Drugi, kto wie czy nie bardziej rozpowszechniony, sposób oszukiwania polega na przerobieniu lub dopisaniu sygnatury do obrazu już istniejącego, tak by uznany został za dzieło kogoś innego. Taka właśnie sytuacja stała się powodem precedensowego procesu, jaki rozpoczął się niedawno przed warszawskim Sądem Okręgowym. Otóż znany biznesmen Witold Zaraska skarży dom aukcyjny Agra Art o to, że za 155 tys. zł sprzedał mu zafałszowany „Pejzaż z oddziałem powstańczym” Władysława Maleckiego. Obie strony mają swoich ekspertów twierdzących raz, że jest to Malecki, to znów, że to nie Malecki. Sprawa zapowiada się więc nadzwyczaj ciekawie.

Przy fałszowaniu anonimowych obrazów sztuka polega na dopasowaniu ich do prac znanego artysty malującego w podobnym stylu. Jeżeli więc niepodpisany obraz przedstawia nocną paryską kawiarnię, to rychło pojawia się na nim sygnatura Ludwika de Laveaux; nieco zamglone kwiaty w wazonie dopisuje się do dorobku Alfonsa Karpińskiego; polskie dworki – Bronisławy Rychter-Janowskiej. Innym sposobem jest zamalowywanie istniejącej sygnatury i umieszczanie na jej miejscu sygnatury malarza bardziej znanego. Tak wymazuje się z pamięci wielu twórców, skądinąd sprzedawanych także pod własnym nazwiskiem (choć oczywiście za mniejsze pieniądze). I tak na przykład Stanisława Górskiego przerabia się na Teodora Axentowicza, Teodora Grotta na Leona Wyczółkowskiego, a Antoniego Waśkowskiego na Stanisława Wyspiańskiego.

Na rynku sztuki trwa nieustanna zabawa w kotka i myszkę fałszerzy z antykwariuszami, domami aukcyjnymi i kolekcjonerami w myśl zasady, że raz się uda, raz nie. Zdaniem Adama Konopackiego, szefa jedynej (!) na polskim rynku profesjonalnej firmy zajmującej się wyceną i ekspertyzą dzieł sztuki, w ostatnich latach fałszerze znacznie udoskonalili techniczne sposoby postarzania świeżo namalowanych obrazów i świeżo dopisanych sygnatur. Są też coraz bardziej przebiegli we wprowadzaniu sfałszowanych dzieł na rynek; wykorzystują w tym celu na przykład małe domy aukcyjne w Europie. Wszak Malczewski zakupiony na aukcji w Szwajcarii wydaje się poza podejrzeniami. Tymczasem powinien budzić podwójną czujność. Oszuści działają przy tym w poczuciu bezkarności, albowiem najgorsze, co ich może spotkać, to kłopot ze sprzedaniem falsyfikatu. Każdy sklep, urząd pocztowy czy bank ma obowiązek skonfiskować fałszywy banknot, ale żaden antykwariusz lub dom aukcyjny nie ma prawa zaaresztować fałszywego obrazu. W tych podchodach, w których stawką są miliony złotych, górą na razie są fałszerze.

Wątpliwym pocieszeniem może być fakt, że gdzie indziej nie dzieje się lepiej. Eksperci alarmują na przykład, że w ostatnich latach pojawiły się ogromne ilości falsyfikatów dawnej sztuki chińskiej – począwszy od mebli, przez porcelanę, na brązach skończywszy – produkowanych głównie w Hongkongu. W cywilizowanych krajach z fałszerstwami walczy się jednak bardziej skutecznie. We Francji rzeczoznawca ma prawo zarekwirować i zniszczyć każde dzieło sztuki, które okaże się falsyfikatem. We Włoszech specjalny oddział karabinierów w ciągu 30 lat skonfiskował ponad 60 tys. takich podróbek, a w rekordowym 1997 r. – aż 6651.

Rzeka ikon

Z przemytem dzieł sztuki jest w Polsce podobnie jak z ich fałszerstwami. Wiadomo, że kwitnie, choć nikt nie potrafi podać choćby przybliżonych danych. I podobnie jak z podrabianiem – proceder jest niemal bezkarny. Choć może niezupełnie, bo wszystko zależy od tego, na którą granicę popatrzymy. Na flance zachodniej zdajemy się już od dawna żyć w zjednoczonej Europie bez granic. Ani razu nie udało się bowiem celnikom przechwycić cennego dzieła sztuki, które po kradzieży przemycano by na Zachód. Powszechnie też wiadomo, że do Niemiec masowo wywożone są z Polski dzieła sztuki, w tym duże ilości potężnych gabarytowo mebli kupowanych na targach staroci głównie we Wrocławiu. Jednak statystyki wykroczeń celnych w ogóle nie odnotowują tego faktu. Można powiedzieć, że z wieloletnim opóźnieniem Niemcy w trybie indywidualnym dokonują rewindykacji tego, co niegdyś do nich należało. A jak opłacalny jest to proceder, niech świadczy tylko jeden z wielu przykładów: kupione w 2000 r. w Polsce za 5 tys. zł trzy posągi z Wierzchowic, w berlińskiej galerii wystawione zostały już za 126 tys. marek.

Dobra kultury zdecydowanie nie znajdują się na listach priorytetów służb celnych. Zresztą zabytkowych monet, obrazów czy porcelany nie trzeba wcale chować głęboko w bagażach. Otóż w ostatnich latach kwitnie w Polsce przemyt... przez Internet. Dzieła sztuki wystawia się na międzynarodowych aukcjach, a po znalezieniu klienta w USA czy Francji po prostu wysyła pocztą. Podobno przesyłka dochodzi do odbiorcy.

Co innego na Wschodzie. Tu w ilościach wręcz hurtowych celnicy wymiatają z bagaży Rosjan i Ukraińców przede wszystkim ikony. O skali procederu niech świadczy fakt, że nieduże muzeum w Szamotułach w latach 1992–1999 otrzymało w darze od służb celnych ponad tysiąc ikon, zaś każdego roku konfiskuje się ich po kilka tysięcy. To niejako efekt uboczny dość dokładnego polowania na szmuglowany alkohol i papierosy. A właśnie między kartonami Westów i Marlboro trafiają się święte obrazki prawosławne.

Według szacunków rosyjskiej policji, w latach 1970–1990 z terenów byłego ZSRR nielegalnie wywieziono za granicę 250 tys. ikon. W samym tylko 2000 r. z bagaży podróżnych wyjeżdżających z Rosji za granicę wysupłano 20 tys. dzieł sztuki. Chyba i my sami mamy już tych ikon dość, o czym świadczy decyzja sędziego Sądu Rejonowego w Jarosławiu, który w maju tego roku nakazał spalić 23 zarekwirowane na granicy prawosławne obrazy. Czy je rzeczywiście spalono, czy zwyczajnie ukradziono, ustali dochodzenie. Trudno jednak oczekiwać poważnego traktowania przestępstw przeciw dobrom kultury, skoro sędzia, w majestacie prawa, zachowuje się jak najgorszy wandal.

W Polsce ma siedzibę jedno z 11 działających na świecie biur łącznikowych wywiadu celnego. I to właśnie jego szef Maciej Lubik jest autorem systemu obiegu informacji, mającego przeciwdziałać przemytowi dzieł sztuki i służyć identyfikowaniu skradzionych obiektów. Program nazywa się Obeliks, został przyjęty przez Światową Organizację ceł i zalecony do zastosowania na całym świecie. Natomiast na Dolnym Śląsku powstał oryginalny program ochrony dóbr kultury „Thesaurus”, którym zainteresowali się już Francuzi i Włosi.

Po wejściu do Unii Europejskiej nasza granica otworzy się na Zachód. Co z tego wynika? Maciej Lubik zapewnia, że wbrew pozorom nic dramatycznego. A to dlatego, że dzieła sztuki i tak przenikały dotychczas z Polski bez problemu. Zresztą ceny powolutku się wyrównują i coraz częściej dobra kultury wędrują w odwrotną stronę. Swego czasu celnicy w Kołbaskowie udaremnili przemyt z Niemiec do Polski 14 cennych obrazów i 9 wyrobów chińskiej porcelany. Zasada jest taka: z Polski wypływają głównie zabytki niemieckie, zaś napływają dzieła naszych twórców, na przykład masowo malarstwo szkoły paryskiej i monachijskiej. Natomiast otwarcie granic zdecydowanie ułatwi rewindykację dzieł sztuki skradzionych w Polsce i wywiezionych za granicę. Dotychczas sprowadzenie ich do kraju trwało latami i wymagało skomplikowanych procedur. We wspólnocie będzie to podobno dużo prostsze.

Kolekcjonerzy-gangsterzy

Sztuką coraz bardziej interesują się gangsterzy. Podobno podczas fali aresztowań bossów polskiego podziemia, jaka przetoczyła się przez kraj przed paru laty, w ich mieszkaniach znaleziono wiele cennych obrazów i rzeźb. I bynajmniej nie pochodziły one z kradzieży, ale z mniej lub bardziej oficjalnych zakupów. Niekiedy dzieła sztuki wręcz stają się walutą zastępczą przy przeróżnych rozliczeniach. Ale też dzieła sztuki doskonale nadają się do klasycznego prania pieniędzy.

W kwietniu amerykańskie media poinformowały, że służby federalne aresztowały grupę marszandów z Connecticut i Nowego Jorku pod zarzutem prania brudnych pieniędzy za pomocą fikcyjnych transakcji na rynku sztuki. Tego typu komunikaty to jednak na świecie ciągle rzadkość, a w Polsce, kompletna abstrakcja. Udowodnienie czegokolwiek jest tu dużo trudniejsze niż w przypadku czyszczenia dochodów za pomocą nieruchomości czy operacji bankowych.

Przestępczość związana z dziełami sztuki coraz bardziej się profesjonalizuje. Samotnych włamywaczy zastępują dobrze zorganizowane szajki, przemytnicy działają jak biznesmeni, a fałszerze – jak zawodowi konserwatorzy. Nie ma przypadkowości i improwizacji, jest planowanie. I tylko ciągle jeszcze po drugiej stronie trwają niezmierzone pokłady beztroski, ignorancji i lekceważenia.

Piotr Sarzyński
fotografie: Art&Business, AFP, Muzeum Narodowe, Grzegorz Press, Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych, Paweł Ulatowski/AG, PAP/Adam Urbanek, AP/PAP

Zaginione bezpowrotnie?

Obraz Lucasa Cranacha St. „Matka Boska z Dzieciątkiem” skradziony z kościoła w Sulmierzycach w październiku 1995 r.

Obraz Najświętszej Panny Marii z Dzieciątkiem, gotyckie malowidło z XVI w., skradziony w październiku 2002 r. z kościoła w Daniszewie.

Monstrancja z 1723 r., dzieło złotnika Samuela Grove’a, skradziona w październiku 1980 r. z klasztoru w Świętej Lipce (woj. warmińsko-mazurskie).

Dzieło Mikołaja Kopernika „De Revolutionibus Orbium Coelestium...”, starodruk z 1543 r., skradziony z Biblioteki PAN w Krakowie w 1998 r. „Matka Boska z Dzieciątkiem”, skradziona z kościoła w Rogalinku w 2002 r. „Plaża w Pourville”, dzieło Claude’a Moneta, skradzione z muzeum Narodowego w Poznaniu 19 września 2000 r. „Portret Władysława Gruberskiego” Stanisława Ignacego Witkiewicza skradziony ze zbiorów prywatnych w 1997 r.

Solniczka za tysiąc Mercedesów, czyli największe kradzieże w Europie

Mamy w Polsce niewiele dóbr kultury, więc ich kradzieże są szczególnie bolesne. Pocieszmy się więc, że inni mają dużo gorzej. W ciągu zaledwie sześciu miesięcy tego roku dokonano w Europie kilku zupełnie niewiarygodnych kradzieży. Z Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu – srebrnej, ale wartej 50 mln euro, solniczki (zwanej Mona Lisą rzeźby) autorstwa Benvenutto Celliniego (na fot.). Wartej co najmniej 50 mln dol. „Madonny z kołowrotkiem” Leonarda da Vinci z kolekcji księcia Buccleuch w zamku Drumlanrig w Szkocji. Dwóch obrazów Vincenta van Gogha z muzeum jego imienia w Amsterdamie. Kradzieży dokonano na kilka tygodni przed uroczystymi obchodami 150-lecia urodzin artysty. A nawet dwóch pochodzących z I wieku n.e. fresków z Pompei.

W tym samym czasie dokonano w Rosji 956 kradzieży z samych tylko kolekcji prywatnych. Wartość starodruków, które zniknęły w ostatnich latach ze zbiorów w Petersburgu, szacuje się nawet na 250 mln dol., zaś w całym kraju poszukuje się już ponad 40 tys. eksponatów.

We Włoszech każdego roku dokonuje się 1500 kradzieży. Przez ostatnie 20 lat znikło 470 tys. obiektów, z czego odnaleziono 140 tys. Szczególnie źle dzieje się w Wielkiej Brytanii. Każdego roku z tytułu odszkodowań za skradzione antyki ubezpieczyciele wypłacają 500 mln funtów. Tylko w 2002 r. blisko 4 tys. razy ograbiano na wyspach zabytkowe kościoły. W rejestrach zaginionych w Wielkiej Brytanii dzieł znajduje się m.in. 479 prac Picassa, 290 Chagalla, 190 Renoira i 150 Warhola. Szanse ich odnalezienia są jednak niewielkie, bowiem odzyskuje się zaledwie 4 proc. utraconych obiektów.

Źli i dobrzy złodzieje

Złodzieje, którzy w 1994 r. skradli w Oslo słynny „Krzyk” Muncha, zażądali 7,5 mln euro okupu. Później obniżyli żądania do 22 tys., a w końcu skapitulowali. Rabusie, którzy w 1986 r. wynieśli cenne płótna z Russborough House (m.in. Vermeera, Goi i Rubensa), zażądali za ich zwrot uwolnienia przetrzymywanych w więzieniu działaczy IRA. Coraz częściej zdarzają się kradzieże sfingowane; obraz pozostaje w sejfie, a firma ubezpieczeniowa wypłaca niemałe odszkodowanie.

Ale bywają też kradzieże wręcz szlachetne. W Manchesterze zniknęły wspaniałe obrazy van Gogha (patrz wyżej), Gauguina i Picassa. Sprawcy poinformowali następnie muzeum, gdzie ukryli płótna i dołączyli list, w którym tłumaczyli, że chcieli swą akcją zwrócić jedynie uwagę na luki w systemie zabezpieczeń. Swego czasu z Luwru zginęło dzieło Watteau „Obojętny”. Okazało się, że sprawcą był pewien konserwator sztuki oburzony sposobem, w jaki odnowiono to dzieło. Oczyścił obraz w swej pracowni, usuwając niepotrzebne przemalowania i zwrócił go policji. Podobnie rzecz się miała z „Wenus” Cranacha. Jej wielbiciel sporządził sobie wierną kopię obrazu, po czym pieczołowicie zabezpieczony oryginał przekazał policji.

Lepszy niż oryginał

W Polsce fałszerze pozostają nieuchwytni i niewiele o nich wiadomo. Natomiast na świecie miano najsłynniejszego fałszerza w historii malarstwa zyskał Han van Meegeren, którego falsyfikaty Vermeera były tak doskonałe, że bez mrugnięcia kupowały je wielkie muzea, zaś eksperci oceniali jako „boskie osiągnięcia sztuki”. Z kolei angielski malarz pokojowy Tom Keating przez ponad dwadzieścia lat fałszował i z powodzeniem sprzedawał dzieła Rembrandta, Renoira i wielu innych. Sprawa wyszła na jaw, gdy fałszerz zwołał konferencję prasową, na której przyznał się do wszystkiego. Co ciekawe, Keating na każdym obrazie pozostawiał swoją wizytówkę; były nią widoczne w promieniach X nieprzyzwoite wyrazy lub jego nazwisko. W historii fałszerstw trwale zapisał się także Hiszpan Manuel Pujol Baladas, który wyprodukował ponad 700 prac Salvadora Dali, francuska malarka Claude Latour, której udowodniono masową produkcję obrazów Picassa i Utrilla, czy francuski malarz Caseau, który wyspecjalizował się w malarstwie François Milleta, a którego obrazy rozprowadzał po antykwariatach... wnuk mistrza Jean Millet.

Państwa też grabią

Systematycznie i na dużą skalę narody ogołacały się nawzajem z dzieł sztuki już w starożytności. Właściwie każdemu podbojowi w historii nieuchronnie towarzyszyło plądrowanie i wywożenie. Ale pierwszym, który grabił nie dla zalet kruszców i cennych kamieni, ale dla walorów samej sztuki, był Napoleon Bonaparte, który kosztem Włoch, Niderlandów, Niemiec, a nawet swych sojuszników Polski i Hiszpanii tworzył podwaliny pod wielkość Luwru. Z samej tylko Belgii i Holandii wywiózł 63 obrazy Rubensa i 28 van Dycka. W podobny sposób, kosztem państw pozaeuropejskich, potęgę swych muzeów budowali swego czasu także Niemcy i Brytyjczycy.

Polacy mieli tego pecha, że sami niemal nie grabili, wielokrotnie będąc ograbianymi: przez Szwedów, Prusaków i Rosjan. Ale najbardziej dały się naszej kulturze we znaki straty z II wojny światowej. W „Katalogu utraconych dzieł sztuki” z 2000 r. Monika Kuhnke pisze: „Wydaje się, że wielokrotnie przywoływana liczba 516 000 pojedynczych utraconych dzieł sztuki powinna zostać znacznie powiększona”. W zamieszczonym w lutym w „New York Timesie” artykule Ralph Blumenthal szacuje, że na skutek II wojny światowej utracono w Europie 600 tys. „znaczących dzieł sztuki”, z czego los 100 tys. jest do dziś nieznany.

Ostatnim spektakularnym przypadkiem masowej grabieży jest Irak.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną