Kultura

Pazerny na opinie

Rozmowa z Jerzym Baczyńskim, redaktorem naczelnym „Polityki”

Michał Mutor / Agencja Gazeta
Przedstawiamy Państwu wywiad, który ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika "Press".

wideo

Jerzy Baczyński w Radiu ZET, 22 października 2010 r.

Dla wielu dziennikarzy „Polityka” jest wymarzonym miejscem pracy. Czy pracownicy nadal dostają dodatkowy tydzień urlopu?

Żadnych urlopów innych niż ustawowe nie przyznajemy, ale często mam wrażenie, że połowa zespołu wciąż jest w rozjazdach. Rzeczywiście, mamy trochę przywilejów, których nie ma w innych redakcjach. Kilkadziesiąt samochodów służbowych łącznie z miejscami garażowymi. Pracownicy, wraz ze znajomymi, za grosze mogą korzystać z naszego ośrodka pracy twórczej w Niborku. Nie mówiąc już o popularnych także w innych redakcjach pakietach medycznych czy tanich obiadach w zakładowym bufecie. Do tego bezpieczeństwo zatrudnienia i niezłej płacy. Mimo najcięższego kryzysu nie zmniejszyliśmy pensji nawet o pół procent, choć były ustalane w lepszych czasach. Nie przeprowadzaliśmy też redukcji personelu.

Jako naczelny ma Pan komfort, bo ludzie nie uciekają do innych redakcji. Jednak jako prezes musi Pan pilnować wyniku finansowego.

Kontrolowaliśmy surowo koszty i ścinaliśmy je w taki sposób, by nie ruszać zarobków. Członkowie naszej spółdzielni dziennikarskiej zdają sobie sprawę z tego, że albo zwiększamy płace i wtedy nasza roczna dywidenda jest niższa, albo na odwrót. Ten system naczyń połączonych ułatwia mi pracę jako menedżerowi.

Dostrzega Pan chyba potrzebę odmłodzenia zespołu „Polityki”?

Oczywiście, choć w dużej mierze już się to dokonało. Pewnie połowa redakcji, ze 30 osób, to trzydziestolatkowie. Ciekawe, że struktura wieku naszego zespołu odpowiada mniej więcej strukturze wieku naszych czytelników. Więc zakładam, że im więcej mamy młodych pracowników, tym więcej młodych czytelników.

Robiliście na potwierdzenie jakieś badania fokusowe?

W żadne takie badania nie wierzę.

Dawniej prosiliście czytelników o wypełnianie ankiet.

I otrzymywaliśmy kilka tysięcy odpowiedzi – jednak głównie od naszych zaangażowanych czytelników. Dostawaliśmy więc tylko wzmocnienie pozytywne, że jesteśmy super.

Teraz ufa Pan tylko własnej intuicji wydawcy?

Intuicja to nagromadzone doświadczenie. W takim piśmie jak „Polityka” uważam to za fundament. Rzeczywistość tak się dziś zmienia, że nie nadążyłbym za badaniami. Musiałbym je robić co tydzień.

Jednak zawsze pyta Pan nowych pracowników, co im się nie podoba w „Polityce”.

Jestem pazerny na opinie wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy przychodzą do nas z zewnątrz. Sam jako obserwator „Polityki” jestem mało wiarygodny, ponieważ nie znam od wewnątrz niczego innego poza gazetą, którą współtworzyłem. Być może te rzeczy, które my tu wprowadziliśmy – w sposobie organizacji pracy czy w strukturze redakcji – są już bezsensowne. Dlatego nowych proszę, by spojrzeli na nas chłodnym okiem i od razu ocenili, co wydaje im się dziwne albo niesprawne. Staram się wysysać z nich tę wiedzę – lecz nie powiem, by coś mnie zaskoczyło.

Czy mówią Panu, że publicystyka w „Polityce” rzadko zaskakuje? Że kiedy czyta się Władykę i Janickiego, od razu wiadomo, do jakich wniosków dojdą?

Sami jesteśmy tego świadomi. Pewna przewidywalność naszych poglądów wynika z naszego pojmowania, czym jest tygodnik opinii. Od dawna nie uważamy już, że gazeta opinii ma prezentować różne opcje, jak leci. Naszym zdaniem powinna być w dialogu z przemyśleniami czytelnika, ale musi prezentować spójny światopogląd lub przynajmniej czytelny system wartości. Nie oczekujemy przecież od naszych przyjaciół, żeby się co tydzień zmieniali. Chcemy z nimi gadać, bo znamy ich charakter. My gazetę traktujemy jako przyjaciela czytelnika, który nie musi udawać co chwila kogoś innego. Jeżeli nasze opinie są powtarzalne, to dlatego, że polska polityka jest taka – zabetonowana. Jak można prezentować inne poglądy na tę samą rzeczywistość? To dopiero byłoby niewiarygodne!

Tylko dlaczego przekonujecie przekonanych? Po co okładki z hasłami: „Tusku, musisz” czy „Bronku, do broni!”?

Okładki, przypominam, nie są redakcyjnymi plakatami, ale zapowiedzią jakichś tematów w numerze. W każdym wydaniu znajdzie pan jednak dowody, że przedstawiamy również inne opinie, nie tylko własne.

A staraliście się o wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim lub jego bratem?

Od zawsze. Raz byłem nawet, z grupą innych redaktorów naczelnych, gościem prezydenta Kaczyńskiego w pałacu. Jednak dalszego ciągu zabrakło. Nie my ponosimy winę za to, że wywiadu z Kaczyńskimi nie było w „Polityce”. Naszym czytelnikom dostarczamy języka do opisu rzeczywistości. Sądzę, że to właśnie jest naszym zadaniem. Po prawdzie, nie bardzo widzę, co mielibyśmy w gazecie zrobić, by zyskiwać inaczej myślących czytelników?

Może trzeba oddać więcej władzy młodym? Gdyby po przejściu do „Polityki” Wawrzyniec Smoczyński został szefem działu zagranicznego, odebrano by to jako prawdziwą zmianę pokoleniową w redakcji. Za dział historyczny odpowiada 84-letni redaktor. Proszę wskazać drugą gazetę w kraju, która ma kierownika w tym wieku.

Marian Turski – wciąż w fantastycznej formie – jest kierownikiem działu od 50 lat, więc pewnie trudno wskazać drugą taką gazetę nawet na świecie.

 

 

Dlaczego nie chce Pan powierzać odpowiedzialności młodym?

Na razie wielu kierowników ma już młodszych zastępców. To jest naturalne przygotowanie do sukcesji. Ci wszyscy młodzi ludzie są u nas od niedawna, więc chcemy, żeby poczuli się lepiej w zespole i dojrzeli do funkcji.

Trudno jest odsunąć kierownika z półwiecznym stażem?

Zamiast robić rewolucję kadrową, wolę korzystać z synergii. Mam w działach młodszych i starszych kierowników i pracowników, którzy na ogół się rozumieją i dobrze współpracują. Mam dwie energie i różne wrażliwości w jednym. To lepsze niż odgórny komunikat, że teraz stawiam na młodych. Chcemy zachować poczucie bezpieczeństwa, także u ludzi, którzy pracują tu od dziesięcioleci. To też sygnał dla młodszych, że z „Polityką” mogą i powinni się identyfikować na całe życie. Chyba poza jednym wyjątkiem nie mieliśmy przypadku, żeby ktoś stąd odszedł do innego tytułu.

Mówi Pan o przejściu Jerzego Pilcha do „Dziennika”?

Nawet go nie zatrzymywałem, bo zaoferowano mu ogromne pieniądze, absurdalne w stosunku do rynku. Wtedy odszedł też Igor Miecik, bo proponowano mu funkcję kierownika magazynu, który nigdy nie powstał. Potem chciał wrócić, ale uznaliśmy, że jest to droga w jedną stronę. Wbrew temu, co może się dziś wydawać, ludzie wciąż lubią mieć stałe miejsce pracy i stałą perspektywę. Zwłaszcza jeżeli mogą też mieć poczucie wpływu.

Przecież wie Pan, że Pana koledzy – współwłaściciele pisma – są uprzywilejowani wobec innych pracowników. Że młodzi mówią o nich „baronowie”.

Gdyby młodzi zostali członkami spółdzielni, która jest właścicielem pisma, mieliby taki sam głos jak ci, którzy pracują tutaj od 40 lat. To byłoby niesprawiedliwe dla tych, którzy tę firmę tworzyli. Moglibyśmy to załatwić dopiero, przydzielając zróżnicowane udziały ze względu na staż pracy czy znaczenie danej osoby dla firmy. Żeby to jednak zrobić, trzeba zmienić ustawę spółdzielczą, by można było przekształcić spółdzielnię w spółkę. Lecz nawet jeśli przestaniemy być spółdzielnią, będziemy spółką pracowniczą. To dla gazety system prawie idealny, gdyż pracownicy mają w firmie także interes właścicielski. Nie ma większej gwarancji niezależności niż własność. Jest także znane powiedzonko, że wolność prasy to przywilej właścicieli gazety, a nie samych dziennikarzy.

Wciąż czyta Pan przed drukiem wszystkie teksty „Polityki”?

Czytam dużo, ale wszystkich nie. Prawie zrezygnowałem też z pisania, a kiedyś byłem w „Polityce” jednym z częściej piszących autorów. Doszedłem jednak do wniosku, że jestem przede wszystkim redaktorem naczelnym. Jeżeli redaktor, zwłaszcza naczelny, jest aktywnie piszący, nie jest to dobre dla dziennikarzy. Szef nie powinien z nimi konkurować. Na tym polega wartość redagowania. Człowiek staje się redaktorem dopiero wtedy, kiedy zaczyna odczuwać satysfakcję z cudzych tekstów.

Mam znakomitych autorów, ale w wielu ich tekstach jestem obecny, bo z nimi rozmawiam, dyskutuję, jestem przy ich tworzeniu. Nie czuję potrzeby konkurowania. Choć myślę, że kiedy za kilka lat moja aktywność redakcyjna będzie wygasać, pewnie będę więcej pisał.

Jako 60-latek jest Pan wśród tych szczęśliwców, których problemy szukania nowego zajęcia już nie dotyczą. Zwłaszcza w prasie.

Zbliżam się do tej sześćdziesiątki, ale nie odczuwam znużenia ani znudzenia. Środowisko medialne jest fascynujące, nieustannie się zmienia. Sam w ramach testów pisałem materiały do formatek na smartfony. Niezła zabawa dziennikarska. Już jestem ciekaw, jak będzie wyglądała nasza obecność na iPadach. W ogóle szykujemy już nową wersję „Polityki” cyfrowej.

Jednak ma Pan świadomość, że należy do odchodzącej kasty wydawców, którzy rynku prasy nie stawiają w jednym rzędzie z rynkiem hutniczym czy branżą rozrywkową.

Z trudem przyzwyczajam się do myśli, że należę do seniorów w tym zawodzie. Jako redaktor naczelny dłuższy staż ma chyba tylko Adam Michnik, ale on od dawna nie prowadzi gazety. Jestem więc chyba dziekanem tego korpusu.

Tomasz Lis jako naczelny „Wprost” spędza Panu sen z powiek?

Patrzę na to pozytywnie. Już po ogłoszeniu jego nominacji mówiłem, że może to przyciągnąć czytelników do całego segmentu. Nam sprzedaż nie spadła, a nawet zaczęła rosnąć, „Wprost” wzrosła o 10–12 tysięcy, tylko „Newsweekowi” trochę początkowo spadła.

Czyli co? Gdy dziennikarz znany z telewizji został naczelnym, ludzie przypomnieli sobie o istnieniu tygodników opinii?

Proszę pamiętać, że w 40-milionowym kraju mówimy o pozyskaniu do segmentu kilkunastu tysięcy osób. W skali statystycznej to niecały promil społeczeństwa. Być może ci ludzie zatrzymali się przy półce z tygodnikami opinii, bo znają Lisa. Obserwuję to, co robi, z zaciekawieniem i sympatią. Wciąż największe zagrożenie dla „Wprost” widzę po stronie wydawcy, bo dziennikarze i redaktorzy do robienia w miarę przyzwoitej gazety się znajdą. Tam trwa wyścig z czasem: czy wcześniej pojawią się pieniądze od reklamodawców, niż zdąży ich zabraknąć w wydawnictwie.

Pismo już się zmieniło i wreszcie można znaleźć w nim coś do czytania. Przyjęło lżejszą formułę pisma typu people, jest bardzo dużo zdjęć, co może też wynikać z braku autorów, tematów z półki dosyć oczywistych, czyli eksploatowanych już w tygodniu przez telewizję. To z kolei sprawia, że gazeta jest bardziej do przeglądania. I w tym sensie nie jest jeszcze naszą konkurencją, nie gra na naszym boisku; ale ja ogólnie uczciwą konkurencję lubię.

 

 

Chyba od niedawna, bo wcześniej o „Wprost” nie pisaliście, a z Lisem jako naczelnym od razu zrobiliście wywiad.

Z „Wprost” mieliśmy tylko procesy sądowe. Wszystkie wygrane.

Przejście gwiazdy telewizyjnej, potrójnego Dziennikarza Roku, do naszego segmentu to był temat. Nie widziałem powodu, żebyśmy to przemilczeli. Oprócz tego my Tomka znamy, był naszym autorem. Uznaliśmy to też za pozytywne zdarzenie dla prasy i tygodników opinii. Jeżeli do „Wprost” wrócą czytelnicy, którzy odeszli w ostatnim czasie, będzie to znaczyło, że wciąż jest istotne, jak się ich traktuje.

W przeciwieństwie do Was nie zaznacza wyraźnie, którą opcję polityczną popiera.

To pan chyba nie czytał żadnego komentarza Tomka. Trudno o większą jednoznaczność. Ale przypuszczam, że chce też utrzymać przy gazecie czytelników poprzedniego „Wprost”. Przez pewien czas był to przecież niemal prasowy organ PiS. Więc jakiś slalom tam widać.

Obecny naczelny „Wprost” należy do bohaterów prasy kolorowej. Jak Pan odbierał grzebanie przez tabloidy we własnym życiu osobistym?

Nie należę i nigdy nie chciałem należeć do grona celebrytów. Nie jestem specjalnie atrakcyjny dla kolorowych gazetek, nigdy też nie zgadzałem się na wywiady na przykład dla „Vivy!”, by nie przekroczyć granicy niepowagi, która stałaby w sprzeczności z tygodnikiem opinii. Jednak moje doświadczenia z tabloidami, choć dość umiarkowane, nie są dobre.

Nie dzwonił Pan do naczelnych czy wydawców, by przestali się zajmować Pana córką?

Nie, przynajmniej tego nie pamiętam. Może podjąłbym jakieś działania, gdyby to przekroczyło granicę, za którą ktoś z moich bliskich zostałby spotwarzony. Chyba każdy dorosły człowiek obyty z mediami ma do plotek tabloidów stosunek lekceważący. Choć sam ich wpływ na rynek mediowy to temat na odrębną rozmowę. Mówiąc najkrócej, to, co normalnie uchodzi i powinno uchodzić za wstydliwe, tabloidy gloryfikują.

Powiedział Pan prezesom Axel Springer Polska czy Muratora, że „Fakt” i „Super Express” psują dziennikarstwo?

Dla nich to jest biznes. Wielokrotnie jednak na posiedzeniach Izby Wydawców Prasy przedstawiałem swoje stanowisko: że są na rynku produkty prasopodobne, które nie powinny się nazywać prasą. Powinna być granica, może również prawna, między gazetami pełniącymi jakąś misję, służbę społeczną i spełniającymi pewne ramy ustawowe, a produktami służącymi rozrywce.

Wszyscy wydawcy przyznają, że mamy z tym kłopot, bo często z powodu tabloidów kwestionuje się prawo do wolności słowa. Ponadto zaraziły one wszystkie media podkręcaniem emocjonalnym. Emocje przenoszą się do mediów elektronicznych, kształtują odbiorców – i oni tego samego oczekują od gazet. Żeby na przykład pozyskać wśród publiczności zainteresowanie dla polskiej prezydencji w Unii, trzeba by chyba znaleźć w tym jakąś erotyczną aferę. To jest jak zaraza, która zabija debatę publiczną.

Kodeks dobrych praktyk wydawców prasy tego nie regulował?

W starych kodeksach mówiło się o niemieszaniu informacji z komentarzem. Nasz kodeks mówił o niemieszaniu tekstów redakcyjnych z reklamą. Tylko że nikt nie przewidział, iż należy też zabraniać mieszania tekstu redakcyjnego z kłamstwem.

Jednak nawet ustalenia kodeksu co do reklamy nie są przestrzegane. Ogłaszając go, zapowiadał Pan rewolucję moralną w prasie, a mamy martwy dokument.

Rzeczywiście, to, co dla mnie mieści się w sferze wyborów etycznych, dla wielu kolegów – dużych wydawców – jest zwykłym wyborem biznesowym. Na przykład dla mnie tak zwane advertoriale są przestępstwem dziennikarskim, bo to mieszanie przekazu dziennikarskiego z komercyjnym. Dla wielu to normalny model biznesowy. Początkowo zapisy były przestrzegane, ale wszystko zostało mocno zachwiane przez kryzys. Gdy ma się nóż na gardle i szefowie wydawnictw oraz redakcji czują, że walczą o przetrwanie swoje i zespołów, ich kręgosłupy zaczynają się wyginać. Trudne czasy nie sprzyjają wysokim standardom.

Te ciężkie czasy dla prasy się skończą?

Kryzys reklamowy już się kończy i wpływy prasy rosną. Poza tym wreszcie został zdemitologizowany Internet jako następca prasy. Wydawcy poczuli swoją siłę jako dostawcy treści. To pewnie wzięło się z działań Murdocha, który jako pierwszy wypowiedział wojnę złodziejstwu internetowemu.

Wierzy Pan, że wydawcom uda się obronić przed grabieżą internetowych Hunów?

Są świadomi, że trzeba walczyć i robią to. Technologia zaczyna działać na naszą korzyść. Pojawiają się nowe środki dystrybucji treści – choćby iPady czy inne urządzenia Internetu mobilnego – wobec których użytkownicy nie oczekują, że wszystko dostaną za darmo. Dwa lata temu wierzyliśmy, że będziemy zarabiać w Internecie na sprzedaży reklam na witrynach, które są dla użytkowników za darmo. Ten model – dla większości z nas – runął. Wielu wydawców utopiło duże pieniądze w działaniach internetowych i już ich nigdy nie odzyska. „Der Spiegel” stworzył potężny serwis Spiegel Online. W jego ślady poszedł „Die Zeit”, który dla Internetu stworzył kilkudziesięcioosobowy zespół. Gdy u nich ostatnio byłem, usłyszałem, że w sieci przerabiają euro na eurocenty. Wydają miliony co roku i nie ma z tego nic oprócz nadziei. Jak długo można się nią karmić? Dlatego wydawcy wracają do postrzegania siebie jako producentów treści. Skoro utrzymanie fabryki treści kosztuje, należy pozamykać kraniki, z których te treści za darmo się wylewają, i zabrać się do ich rozsądnego stopniowego komercjalizowania.

 

 

Ponoć wciąż należy Pan do redaktorów z misją. Czy to nie anachronizm?

Zawsze traktowałem ten zawód, może nawet go przewartościowując, jako zobowiązanie społeczne. Dziennikarz, redaktor to nie jest media-worker. Musimy mieć cały czas napięcie wewnętrzne, aby jak najlepiej opisać rzeczywistość i przekazać pewną wizję ładu tego świata. Można to traktować jako nadmiar ambicji, ale to porządkuje codzienną pracę – kiedy ma się wyobrażenie tego, jak by się chciało w tym kraju żyć. Uważamy, że powinniśmy namawiać naszych czytelników, by starali się o lepszą jakość zbiorowego i własnego życia, żeby nie odpuszczali. W serii naszych dodatków i wydawnictw: „Pomocnik Psychologiczny”, „Niezbędnik Inteligenta” czy „Sztuka Życia”, już po samych tytułach można odczytać, o co nam chodzi. Pokazujemy, że świat jest fajniejszy, kiedy życie to nie tylko konsumpcja i zarabianie pieniędzy. Pokazujemy, że czytanie, hobby, podróżowanie, własny rozwój – to wszystko robione świadomie – może istotnie podnieść jakość życia oraz że o relacje między ludźmi trzeba się starać. To wszystko daleko wykracza poza koncept polityczny naszego pisma.

Kiedy Marek Król sprzedał „Wprost” za 8 mln zł, przeszło Panu przez głowę, że szansa na najbardziej zyskowną sprzedaż „Polityki” już przepadła?

Moje ewentualne dylematy osłabiało to, że nie mogliśmy być na sprzedaż ze względu na sytuację prawną związaną z formą własności. Z drugiej strony, jak wspomniałem, nie ma większej gwarancji niezależności niż własność. W tej redakcji nikt nie może nam niczego nakazać. Co więcej, udało się nam stworzyć sprawne przedsiębiorstwo, które zawsze było dochodowe, nie wymagało zasilania kapitałowego z zewnątrz, w dodatku stać nas było na inwestycje. Sam budynek, w którym się mieścimy, jest wart kilkakrotnie więcej, niż zapłacono za „Wprost”. Mamy też nieruchomości na Mazurach, piękny budynek i kilkadziesiąt hektarów. Zainwestowaliśmy wraz z Agorą udanie w radio – Tok FM. Jesteśmy dużym wydawcą książek, wartościowych kolekcji, wydań specjalnych. Ale nigdy nie mieliśmy ambicji, by z „Polityki” zrobić Springera czy Bauera.

Jednak chętnych do kupna „Polityki” nie brakowało. Choćby Agora.

Zainteresowane były wszystkie największe koncerny europejskie. Nam jednak zawsze zależało na utrzymaniu niezależności. Nasz mniejszy rozmiar ułatwia szybsze, bardziej elastyczne dostosowanie się do rynku. Roztopienie się w większej strukturze musiałoby mieć jakiś cel. Oczywiście, można wziąć kasę i spieniężyć sukces, ale to nie daje gwarancji sensu na następne lata. Wywodzimy się z ubogiego PRL i chyba nikt z nas nie ma takich marzeń konsumpcyjnych, które wymagałyby zaspokojenia przez kupno jachtu czy domu w Toskanii. Wystarczy, że możemy tam pojechać na wakacje.

Podziękował Pan Sewerynowi Blumsztajnowi za świadectwo moralności, które wystawił Panu w „Wyborczej”, gdy „Wprost” napisał, że był Pan współpracownikiem SB?

To była żałosna historia. Współpracownikiem okazał się mój przyjaciel ze studiów. Ale nie w tym rzecz. Od początku miałem świadomość, że publikacje Marka Króla i Doroty Kani to był podły haft, motywowany względami konkurencyjnymi i politycznymi, bo jako „Polityka” drwiliśmy z ówczesnego szaleństwa lustracyjnego. Sam nigdy nie opowiadałem o swej przeszłości w Paryżu, bo nie uważam się za wybitnego działacza opozycji. Więcej – tego, co robiłem za granicą, nie uważałem nawet za działalność opozycyjną, bo tę należało prowadzić w kraju. Po wszystkim zadzwoniłem do Seweryna, z którym razem pracowaliśmy w Komitecie „Solidarności” w Paryżu, i podziękowałem mu za dobre słowo. Podobnie jak profesorowi Friszkemu, który znalazł i ujawnił nieznany mi dokument z 1983 roku adresowany do Jaruzelskiego i Rakowskiego o tym, że wrócił do Polski niebezpieczny działacz „Solidarności”. Czyli niby ja.

Po co Panu przynależność do Trilateral Commission – międzynarodowego płatnego klubu wpływowych osób?

Płatny jest w tym sensie, że płaci się za swoje przeloty i jakąś składkę na utrzymanie biura. To organizacja skupiająca szefów koncernów, naukowców, ekspertów, pisarzy, byłych prezydentów i premierów. Organizuje bardzo ciekawe debaty – raz w roku kontynentalne i raz światowe – począwszy od tematyki rozbrojenia, przez energetykę, po ekologię. To rodzaj klubu dyskusyjnego, który nie podejmuje uchwał, nie zajmuje stanowisk, praktycznie nie spotyka się z prasą. Służy wzbogacaniu wiedzy uczestników i kształtowaniu ich opinii. To również sieć kontaktów.

Czy ktoś inny z polskich wydawców jest w tym klubie?

Nie. Przez pewien czas była tylko Wanda Rapaczyńska.

A z Polaków?

Są Andrzej Olechowski, Jerzy Koźmiński, był ojciec Maciej Zięba, jest Marek Belka, ale będzie musiał ustąpić, bo sprawuje funkcję publiczną, a czynnych polityków w tym klubie być nie może.

Marzy się Panu taki wpływ na politykę, jaki kiedyś miał Adam Michnik?

Pozycja Adama była niepowtarzalna, ale uważam, że naszą rolą jest wyrażać poglądy polityczne i mówić, co nam się w Polsce podoba, a co nie, więc w jakimś stopniu wpływać na politykę. Nawet jeśli potem nam za to dorabiają gębę. Jak choćby za te okładki, które pan wspomniał. Ale nie mam z tym kłopotu. W setkach tekstów pisaliśmy, że PiS jest formacją niebezpieczną dla polskiej demokracji, że nie możemy go traktować jako zwyczajnej formacji politycznej, raczej jako rodzaj sekty. Dlatego – ze wszystkimi zastrzeżeniami – wybieramy opcję bezpieczniejszą dla Polski. Historia przyznaje nam rację, czego dowodem jest to, że dziś publicyści prawicowi twierdzą dokładnie to, co pisaliśmy w „Polityce” przez ostatnie lata.

***

Serwis "Polityka.pl" dziękuje redaktorowi naczelnemu miesięcznika "Press" Andrzejowi Skworzowi za udostępnienie tego wywiadu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną