Kultura

Tadeusz Różewicz. Słowo o mistrzu

Tadeusz Różewicz (1921-2014)

Tadeusz Różewicz - poeta, za którym krytyka nie nadąża Tadeusz Różewicz - poeta, za którym krytyka nie nadąża Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Wielki polski poeta i dramaturg nie żyje. Zmarł we Wrocławiu, 24 kwietnia 2014 roku. Miał 93 lata.
Zdjęcie poety z 1966 r.Stanisław Moroz/CAF/PAP Zdjęcie poety z 1966 r.

Trzy lata temu, w 90. rocznicę urodzin Tadeusza Różewicza, na łamach POLITYKI pisał o nim literaturoznawca Tadeusz Drewnowski:

Tadeusza Różewicza poznałem tak jak Tadeusza Borowskiego, na naradzie młodych pisarzy, w Sejmie, w grudniu 1946 r. Wkrótce spotkałem go na seminarium literackim w Nieborowie (na fotografii stamtąd siedzą z Tadeuszem Borowskim koło siebie pośrodku w otoczeniu rówieśników). Później miałem znacznie mniej okazji, aby go widywać i poznać bliżej. Łączyłem tych obydwu, ponieważ na powojennym starcie (po śmierci wielu młodych) uznawałem ich za najwybitniejszych pisarzy mojego wojennego pokolenia. Stąd narzucające się postanowienie, że po monografii Borowskiego zabiorę się do Różewicza. Świetnie pamiętam, jak po skończeniu „Ucieczki z kamiennego świata” – jadąc autem ulicą Marchlewskiego (dziś Jana Pawła II) – zobaczyłem poetę, gwałtownie zahamowałem i… zaproponowałem mu rozmowy w związku z tym zamiarem.

CZYTAJ TAKŻE: Stary poeta wie więcej

Plan ten pokrzyżowały dzienniki Marii Dąbrowskiej. Musiałem więc odwołać umówione spotkanie z poetą, a raczej przełożyć na dalszy termin. Nie spodziewałem się, że zwłoka (to znaczy pierwsze wydanie pięciotomowe dzienników i napisanie monografii pisarki) zajmie mi aż niespełna 15 lat. Dziś widzę, jaki to był, jeśli chodzi o projekt dotyczący Różewicza, szczęśliwy zbieg okoliczności. Gdybym przystąpił do pisania jego monografii w końcu lat 60., poprzestałbym na wielkiej, lecz wstępnej fazie rewolucji, jaką Różewicz swoją poezją i swym teatrem wywoływał i wciąż na jeszcze szerszym polu przeprowadza w polskiej literaturze.

Samodzielna droga

Impuls dla tej wielkiej operacji zawdzięczał swemu starszemu bratu, Januszowi Różewiczowi, początkującemu poecie dwudziestolecia międzywojennego (jego wiersz zamyka ostatnią antologię poetycką tamtej epoki ułożoną przez Jerzego Andrzejewskiego). Tadeusz w najmłodszej młodości – poza tym, że wydał w partyzantce „Echa leśne” – stał się adeptem brata, któremu przed wojną patronowali poetycko Kazimierz Wierzyński i Józef Czechowicz. W ostatniej chwili przed wyzwoleniem spod okupacji niemieckiej Janusz Różewicz z dużą grupą konspiratorów został rozstrzelany w Łodzi jako szef wywiadu AK na ziemiach polskich wcielonych podczas wojny do Reichu (ich zbiorowa mogiła u wejścia na cmentarz Julianowski powstała, zanim się jeszcze stamtąd wyprowadziłem).

Od razu po wojnie Przyboś dostrzegł twórcze potencje nowego poety. Dzięki temu został on przyjęty do ZLP i zamieszkał w krakowskim Domu Literatów na Krupniczej. Przygotowując swój prawdziwy debiut, przeprowadzał studia nad wierszem polskim. Ślady ich ocalały w pewnej pracy magisterskiej na polonistyce wrocławskiej w postaci kolejnych wersji rękopisów „Niepokoju” i „Czerwonej rękawiczki” (odnalazł mi je Jacek Łukasiewicz). Tę odmianę wiersza polskiego Maria Dłuska i Zdzisław Siatkowski wyróżnili i scharakteryzowali jako nowy wariant wiersza emocyjnego, wspierającego się na wierszu tonicznym.

Różewicz staje się wówczas największym innowatorem w poezji i wkrótce w dramacie. To właśnie ambicje formotwórcze i szerokie gusta, jak mi się zdaje, ustrzegły go prawie w ogóle przed socrealizmem. Próbując go zaledwie w wierszach z Węgier, po powrocie do Polski skrywa się przed jego ofensywą w Gliwicach. Gdy literatura polska przeżywa swój regres, Różewicz w Gliwicach (razem z rodziną na utrzymaniu żony) buduje i wypróbowuje swe ogromne instrumentarium. Zaintrygowany jego nieobecnością w stolicy Tuwim pyta go listownie: „Co Pan tam robi w tych Gliwicach?”. Poeta odpowiada: „Żyję”.

We wrocławskim domu

Gdy na przełomie lat 1970/1980 zjawiłem się po raz pierwszy u Różewicza, już zadomowionego we Wrocławiu na ul. Januszewickiej (od niedawna mieszka gdzie indziej, w willi ofiarowanej mu przez miasto), uderzyła mnie atmosfera domu. Jego rodzinność łącząca się z kultem prowincjonalnego pochodzenia, czyli z Radomskiem. Ciepła obecność nieżyjących, zwłaszcza Matki i Brata (kto inny z naszego pokolenia poświęcił najbliższym osobne tomy?). I wspólny radomszczański rodowód męża i żony, która była współpracownicą z podziemia jego starszego brata.

Po wtóre – wystrój plastyczny. Dużo dobrego nowoczesnego malarstwa (m.in. wiele płócien Brzozowskiego, Nowosielskiego), a w rozważaniach ciągłe odniesienia malarskie. Różewicz studiował w Krakowie historię sztuki i chociaż jej nie ukończył, nie zarzucił związków z tym środowiskiem. Najbliższa przyjaźń po dziś dzień łączy go z prof. Mieczysławem Porębskim, historykiem i krytykiem sztuki.

Po trzecie – kult pracy poety. Nie na żarty, nie wchodzi się i nie wpuszcza byle kogo i z byle czym do głównego pokoju, do pracowni poety. Kiedy przyszedłem do Różewicza po raz pierwszy i w przeciągających się w salonie rozmowach zdążyłem się zorientować w obyczajach domu, autentycznie w jakimś momencie zadrżałem, czy zostanę tam dopuszczony. Kult ten nie idzie zresztą w parze z rygorami czy pedanterią poety (wśród książek i papierów sam wciąż się gubi). Takie obyczaje domowe nie powstają z dnia na dzień, kształtują się zwykle latami.

Nasze pierwsze spotkania (dwukrotnie, po parę dni) też zmieniały charakter. Początkowo obowiązywał zakaz nagrań i wyczekujący dystans. Później mistrz niejednokrotnie sam wzywał, aby włączyć magnetofon, i rozpogodził się. Czasem rozmowy odbywaliśmy perypatetycznie. Nie mówiąc o tym, że znajdowały one potem dalszy ciąg w wymianie listów. Kiedy później w latach kryzysu, buntu Solidarności i stanu wojennego Różewicz pozostawał, jak dotąd, na osobności, zaczęto wokół niego stwarzać zgoła niepojętą atmosferę. To prawda, że ten pisarz ignorujący socrealizm, najbardziej wstrzemięźliwy wśród tzw. postępowych pisarzy wobec Polski Ludowej, nie przestrzegał obowiązujących wśród innych mód i taktyk, nie krępował się w sądach literackich, drukował wszędzie, gdzie chciano go drukować, wychodząc z założenia, że jego droga życiowa i jego pisarstwo wystarczająco mówią za siebie.

Krytyka nie nadąża…

Istotnie, nigdy nie wypierał się siebie i nie krył krytycyzmu wobec oficjalnej polityki i obowiązującego kursu kulturalnego. Nie wyrzekał się swego akowskiego rodowodu, podziemnego i partyzanckiego, choć i tam miewał kłopoty. W ogóle w zwycięstwie nad faszyzmem widział potężną siłę moralną i społeczną, która po wojnie była oficjalnie przez władzę tępiona. W doświadczeniach wojennych i polskim bohaterstwie pokładał nadzieję na odrodzenie cywilizacji europejskiej i widział wielką szansę kultury polskiej. Temu służył m.in. jego literacki nurt konfrontacji z Italią, której poświęcił parę tomów („Et in Arcadia ego”, „Śmierć w starych dekoracjach”…), który zarzucił jako nierealny.

O przespaniu przez nas szansy kulturalnej traktowała przełomowa „Kartoteka”. Nie darmo z poezji Różewicza wzięła się nazwa następującego okresu październikowego – okresu małej stabilizacji. Różewicz nie poluje na efekty. Atakuje „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka jako doraźne efekciarstwo. Z czasem wycofuje się z tej zbiorowej, społecznej, zbyt ogólnikowej i przejściowej optyki w cyklu trzech „Twarzy” na rzecz widzenia bardziej zindywidualizowanego, personalistycznego.

Twórczość Różewicza jest tak intensywna i różnoraka, że, jak zauważyła Marta Piwińska w książce „Legenda romantyczna i szydercy”, w pewnym momencie polska krytyka traci kontakt i porozumienie z jego pisarstwem. Tymczasem na scenach polskich i zagranicznych odbywa się ogromny festiwal Różewicza: „Stara kobieta wysiaduje”, „Na czworakach”, „Do piachu…”, „Białe małżeństwo”, „Odejście głodomora”, „Pułapka”. Wielkie i uniwersalne sztuki Różewicza, zyskujące również rozgłos światowy, sprawiają, że władze uznają Różewicza – poza awanturą wokół „Do piachu…” i zdjęciem przedstawienia ze sceny – za mniej groźnego politycznie od opozycji literackiej i na dodatek szeroko cenionego w świecie. I zaczynają go adorować.

Dla samego Różewicza sytuacja ta, zwłaszcza po buncie w Radomiu i w Ursusie, staje się nie do zniesienia. Autor u szczytu sił i powodzenia, niezwykle płodny i regularnie drukujący, jakby znalazł się w tak niejasnej dla siebie i tak dwuznacznej sytuacji, że przerywa pisanie. Jeszcze pisze jedyny wiersz o stanie wojennym (o nędzy) oraz dramatyczny wiersz („Przyszli, żeby zobaczyć poetę”, 1983 r.), w którym przyznaje się uczciwie do własnej bezradności, jak również ośmiela wypowiedzieć się na temat formującej się opozycji: „widzę wyraźnie tych/co wybrali działanie/widzę byle jakie działanie/przed byle jakim myśleniem”, choć mógł oczywiście dodać: i nie byle jakim siedzeniem.

Pracę nad Różewiczem i rozmowy z nim rozpocząłem w 1983 r. i gotowe fragmenty usiłowałem publikować. Wówczas, nawet po rozwiązaniu starego ZLP, funkcjonowała jego sekcja krytyczno-literacka i często na jej zebraniach poza Domem Literatury schodziło na Różewicza. Gdy kiedyś obstawałem przy jakichś moich poglądach na jego temat, poderwał się Andrzej Werner, w końcu nie najbardziej zagorzały oponent, rozpoczynając swą polemikę od efektownego wyznania: na dźwięk nazwiska Różewicz odbezpieczam pistolet… (Trudno nie dodać, że w podobnym duchu reklamował go Herbert w Stanach Zjednoczonych). Nieporównanie bardziej zajadły był wówczas Jacek Trznadel, chyba już wtedy pochłonięty „Hańbą domową”. Na innym posiedzeniu sekcji zorganizował on panel pod hasłem: Kto znajdzie się w aktualnym kanonie współczesnej literatury polskiej? Sądząc po jego wypowiedzi, miał on służyć jednemu celowi – usunięciu stamtąd Tadeusza Różewicza. Ale to głupstwo wobec tekstu samej „Hańby domowej”. Tam w redaktorskim wstępie cofa się do debiutów Borowskiego i Różewicza i dyskwalifikuje „Niepokój” oraz „Pożegnanie z Marią”. I nikt spośród licznych autorów pamfletu, niedawno ich przyjaciół, przeważnie zajętych samokrytyką, nie zaprotestował przeciw tej literackiej hańbie.

Nasze rozmowy

O ile sobie przypominam, o tych sprawach nie rozmawialiśmy z Różewiczem w ogóle albo rozmawialiśmy ubocznie. Równie marginesowo traktowałem je w wynikłej z tych rozmów książce, w „Walce o oddech”.

Do Różewicza jechałem przygotowany jak do własnej analizy jego twórczości – w kawałkach i w całości. Po dwu poprzednich książkach – miałem zamiar napisać nową monografię literacką, tyle że trudniejszą, bo traktującą o żyjącym pisarzu – zachłannym, wojującym, nowatorskim. Do tego potrzebne mi były informacje, autokomentarze, i poznanie bliżej autora, a raczej jego sposobów widzenia świata i literatury. Aby być przygotowany i jak uczony, i jak krytyk. I aby zdobyć się, tak jak w lubianych przeze mnie monografiach, na krytyczno-literackie partnerstwo.

Kiedy napisałem „Walkę o oddech” (wydaną w 1990 r. – red.), jeszcze w maszynopisie wysłałem ją pisarzowi. Prócz paru poprawek faktograficznych nie zakwestionował ani słowa, choć byłem pewny, że niejedno rozmijało się z jego poglądami czy ocenami.

Zacznij jeszcze raz

Wznawiając w 2003 r. moją książkę, powstałą w okresie pauzowania wydawniczego poety, musiałem uzupełnić ją dużym rozdziałem, mówiącym o adaptacji nowej sztuki do dawnego dorobku i do nowej sytuacji, co nazwałem bio-poetyką. Głównym jej przejawem była nowa wersja „Kartoteki”, realizowana osobiście na scenie. Czegoś podobnego dokonuje w poemacie „Nożyk profesora”, poemacie o transporcie do Treblinki w tomie „Zawsze fragment. Recykling”. I w wierszach prywatnych. Z powodu tego ważnego zwrotu odwiedziłem też poetę we Wrocławiu.

Okres ostatni jeszcze bardziej wymagałby uzupełnień. Trzy tomiki („Szara strefa”, „Wyjście”, „cóż z tego, że we śnie”) zreasumował autor z niewielkimi dodatkami w wyborze polsko-niemieckim „Nauka chodzenia” (2007 r.), który wywołał w krytyce istne trzęsienie ziemi (Jacek Łukasiewicz, Andrzej Franaszek, Piotr Śliwiński i in.). Zmierzył się tu poeta z najpoważniejszymi uniwersalnymi sprawami życia… Nie jest to pokazowe sensacyjne nawrócenie. To rozwinięcie dylematu, jaki pulsuje u Różewicza od lat: „życie bez boga jest możliwe – życie bez boga jest niemożliwe”. Centralnym wierszem tego wielkiego zbioru jest tytułowa „nauka chodzenia”, nawołująca: „zacznij jeszcze raz” – i do czerpania z lekcji u pastora Dietricha Bonhoeffera:

Trzeba się z tym zgodzić
Że Bóg odszedł z tego świata
>Nie umarł!
Trzeba się z tym zgodzić
Że jest się dorosłym
Że trzeba żyć bez Ojca

I mówił jeszcze
Że trzeba żyć godnie
Na świecie bezbożnym
Nie licząc na karę ani nagrodę…

Różewicz uznawany za nihilistę, za notorycznego bezbożnika przy wszystkich swych buntach i wątpliwościach dystansuje się od coraz szerzej przyjmowanej „śmierci Boga” i zbliża się ku koncepcji „bezreligijnego chrześcijaństwa”. Na nowo skupia na sobie uwagę i nadzieje jeszcze szerszych kręgów. Zapragnąłem znów odwiedzić poetę we Wrocławiu, o co dzisiaj nam obu coraz trudniej…

Polityka 01.2011 (2789) z dnia 07.01.2011; Ludzie Roku 2011 - Kultura; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Tadeusz Różewicz. Słowo o mistrzu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rosyjska polityka historyczna

Dlaczego Rosjanie odrzucają poczucie winy i jak na nowo piszą swoją historię.

Rafał Stobiecki
17.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną