Rok Chopinowski - podsumowanie

Szopka z Chopinem
Skończył się Rok Chopinowski. Dla wielu instytucji błogosławieństwo: Chopin uratował im byt. Dla artystów źródło inspiracji lub chałtury.
„Chopin, artysta romantyczny” – przedstawienie Polskiego Baletu Narodowego
Jan Rolke/Forum

„Chopin, artysta romantyczny” – przedstawienie Polskiego Baletu Narodowego

Zespół Marii Pomianowskiej
Jakub Ostałowski/Fotorzepa

Zespół Marii Pomianowskiej

To była prawdziwa żyła złota. Autorzy projektów, którzy umieli przekonać oceniających, mogli dostać spore pieniądze, nawet jeśli ostatecznie zostały wykorzystane na inicjatywy dosyć dalekie od samego Chopina. Źródłem, poza funduszami od sponsorów i instytucji lokalnych, był program Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Fryderyk Chopin 2010 – Promesa”. Rozdysponowano 50 mln zł w ramach konkursu wniosków.

W filharmoniach uczczenie jubilata było wręcz obowiązkowe. Dzięki Rokowi Chopinowskiemu Filharmonia Narodowa pozyskała 900 tys. zł, Polska Filharmonia Bałtycka w Gdańsku – 400 tys. zł, Filharmonia Poznańska – 300 tys., podobnie łódzka (na dwa projekty chopinowskie), a np. warszawski Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina – aż 800 tys. zł. Dysproporcje w ogóle bywały zadziwiające. Na trzy (!) plenerowe koncerty „Chopinomania” w Warszawie, Krakowie i Sopocie (grali Krzysztof Jabłoński i Orkiestra Symfoniczna Akademii Beethovenowskiej pod batutą Michała Dworzyńskiego) Stowarzyszenie im. Beethovena otrzymało aż 450 tys. zł (połowę tego co Filharmonia Narodowa na cały sezon!), a tylko o 150 tys. więcej przeznaczono na zawierający kilkadziesiąt koncertów warszawski festiwal „La Folle Journée de Varsovie – Chopin Open” (tu jednak dołożyło się miasto i sponsorzy).

Pod znakiem Chopina odbyły się najprzeróżniejsze imprezy, wiele cennych i wartościowych, ale też niemało bez gustu i sensu. Chopin zawędrował do małych miasteczek i wiosek, np. w ramach programu „Chopin przyjechał” albo na koncertach organizowanych przez najróżniejsze miejscowości, na czele z tymi związanymi z kompozytorem. Były wykwity działalności plastycznej, jak krakowska akcja „Chopin w mieście” czy liczne plenery. Wiele cyklicznych imprez pozamuzycznych również sięgnęło po – nie zawsze wysokiej próby – aluzje do Chopina (np. festiwal teatralny Warszawa Centralna – Migracje). Powstały nowe, które zamierzają być cykliczne – jak świetny festiwal folkowy Wszystkie Mazurki Świata. Ale niektóre tytuły imprez brzmią wręcz egzotycznie: „NaDęty Chopin” w Świeciu (festiwal orkiestr dętych plus działania edukacyjne), „Chopin w ciszy odkryty” (Polski Związek Głuchych Oddział Mazowiecki; wystawa), „Wariacje biblioteczne muzyką Chopina inspirowane” (Biblioteka w Piotrkowie), „Chopin na blokowisku” (malowanie murali oraz koncert zespołu puzonowego z carillonem mobilnym na gdańskim osiedlu Zaspa), „Chopin na betonowcu” (jazz grany na wraku niemieckiego betonowca na jeziorze Dąbie koło Szczecina publiczność podziwiała z łodzi). Można było nawet mówić „o Chopinie bez Chopina”, jak na festiwalu Mazovia Goes Baroque (czyli grać Bacha i muzykę o inspiracjach ludowych).

Szczególnie wiele pojawiło się w tym roku przeróbek i adaptacji. W tej dziedzinie padł chyba rekord – Rok Mozartowski może się schować.

Chopinowska harmonia

W 2006 r. na festiwalu Wien Modern wystawiono spektakl „I hate Mozart” (Nienawidzę Mozarta) z muzyką Bernharda Langa (wbrew tytułowi, był to pastisz opowiadający o kulisach przygotowań do wystawienia „Czarodziejskiego fletu”). U nas nikt by się nie ośmielił stworzyć spektaklu „Nie znoszę Chopina” (ale pojawił się i taki tytuł imprezy: „Nie lubię Chopina – ja go kocham”). Najpoważniejszą próbą podejścia do tematu chopinowskiego stała się wystawiona w Łodzi nowa opera Marty Ptaszyńskiej „Kochankowie z klasztoru Valldemosa”. Z założenia nie ma tam bezpośrednich cytatów, tylko nawiązania do chopinowskich harmonii i pojedynczych motywów; utwór jest oparty na sztuce Janusza Krasnego-Krasińskiego.

Kilka innych teatrów operowych również pokazało spektakle z Chopinem w tle. Najodważniejsza była Opera Wrocławska, która zdobyła się na wystawienie istnego kuriozum: opery „Chopin” Giacoma Orefice, kompozytora z przełomu XIX i XX w., który miał tak nabożny stosunek do naszego Fryderyka, że skompilował z jego muzyki (zinstrumentowanej przez siebie) pełny spektakl, oczywiście biograficzny. Na biografii Chopina oparte jest też warszawskie przedstawienie Polskiego Baletu Narodowego „Chopin, artysta romantyczny”, choć muzyka w nim użyta w większości jest autorstwa twórców współczesnych Chopinowi. Jego zaś muzykę wykorzystał balet Opery Bałtyckiej w spektaklu „Chopinart” oraz Teatr Wielki w Poznaniu w kameralnym spektaklu teatralnym „Czekając na Chopina”.

Najciekawszymi próbami twórczego odniesienia się do Chopina były koncerty z interpretacjami współczesnymi, jak program „Chopin Around”, stworzony przez Duo ElettroVoce (Agata Zubel i Cezary Duchnowski) z gośćmi: znakomitym pianistą jazzowym Urim Caine’em, perkusistą Jackiem Kochanem, wiolonczelistą Andrzejem Bauerem i autorem oprawy wizualnej Maciejem Walczakiem. Pełne poezji i wyraziste wariacje na tematy chopinowskie prezentowane były w różnych miastach.

Bardzo interesująco zinterpretowano temat chopinowski na Warszawskiej Jesieni, która na cześć kompozytora odbywała się pod hasłem Klawiatura. Większość utworów z użyciem instrumentów klawiszowych nie miała, oczywiście, nic wspólnego z Chopinem, ale było kilka ciekawych prób: na jednym z koncertów folkowe wariacje w wykonaniu muzyków zespołu Oslo Sinfonietta (opracowanie kilku mazurków), przede wszystkim jednak interesujące przedsięwzięcia w dziedzinie instalacji. Przez większość festiwalowych dni na placu Zamkowym stał fortepian, połączony kilkoma długimi metalowymi strunami z zamkową wieżą; struny te przewodziły bezpośrednio do strun samego instrumentu drgania brzmień z nagrań Chopina odtwarzanych w wieży. W efekcie instrument delikatnie pobrzmiewał tą muzyką.

Większość instalacji znajdowała się w Studiu Tęcza. Zabawny „Mapping Chopin” Pawła Janickiego – to była przestrzeń wyznaczona świetlnymi wzorami na podłodze, w ramach której odtwarzanym nagraniom można było za pomocą kroków, skoków i ruchów zmieniać tempo i rytm. Naprawdę wzruszał utwór Jarosława Kapuścińskiego „Gdzie jest Chopin?”, w którym kompozytor pianista grał preludia zmodyfikowane przez siebie (ale rozpoznawalne), a na ekranach ukazywały się rozmaite twarze, sfilmowane przez autora podczas słuchania Chopina. Duże wrażenie robiła obserwacja, jak twarze te zmieniały się pod wpływem muzyki, po prostu piękniały.

Na estradach świata

W dziedzinie chopinowskiego jazzu mamy nader bogatą tradycję. Zaczyna się ona chyba od swingującego zespołu NOVI Singers z początku lat 70.; weteranem jest Andrzej Jagodziński, który swoją pierwszą płytę z chopinowskiej serii nagrał w 1993 r.; teraz ma już ich w dorobku cztery. W 1995 r. wydali chopinowskie płyty Krzysztof Herdzin i Leszek Kułakowski. Prawdziwy wysyp odbył się przy okazji poprzedniego Roku Chopinowskiego, 1999. Wtedy to swoje interpretacje przedstawił po raz pierwszy młodziutki Leszek Możdżer (i dzięki nim zdobył popularność); Adam Makowicz wydał w 2000 r. płytę „Reflections on Chopin”, a Włodzimierz Nahorny – „Fantazję polską”.

Ten ostatni w tym roku wydał kolejną płytę „Chopin Genius Loci”, ale ogólnie chopinowskiego jazzu było o wiele więcej (nie wszystko zostało wydane na płytach). Obok dość bezpiecznych interpretacji, jak Tria Filipa Wojciechowskiego czy Dua Anny Serafińskiej, pojawiły się leżące gdzieś pośrodku między dosłownością a eksperymentem opracowania Piotra Steczka, związanego z orkiestrą AUKSO, dla swojej orkiestry z młodym pianistą Mateuszem Kołakowskim („A Chopin Odyssey 2010”) oraz dla swojego zespołu Esus (program „Chop!”). Także – program „Szopka” młodej pianistki Agnieszki Szczepaniak z zespołem. O wiele ciekawszy był dwupłytowy album zespołu Levity, w dość paraboliczny, awangardowy sposób interpretujący preludia z pomocą gości, m.in. wybitnego japońskiego trębacza Toshinori Kondo.

Jazzowe chopinalia można by jeszcze długo wymieniać; w środowisku nawet zaczęto wytykać, kto już żerował na Chopinie, a kto jeszcze nie.

Pojawiło się też parę projektów zagranicznych. Nieudaną próbą była płyta i koncert „Road to Chopin” japońskiego pianisty Makoto Ozone z udziałem Anny Marii Jopek. Chopina na Wielkanocnym Festiwalu Beethovenowskim próbowała śpiewać znana pieśniarka fado – Misia, ze skutkiem (niechcący) dość zabawnym. Z największym zamachem zakrojony był projekt „CHOPin-mcferrIN”, w którym Bobby McFerrin po raz pierwszy w życiu zaśpiewał Chopina, a towarzyszył mu NDR Big Band. Niestety, przyciężkie opracowania przytłoczyły tym razem muzyczny wdzięk i dowcip śpiewaka.

W styczniu na Szalonych Dniach Muzyki we francuskim Nantes furorę zrobił zespół z Trynidadu Renegade Steel Band, grający na wielkich bębnach zrobionych ze zużytych zbiorników na paliwo lotnicze, pozostawionych przez Amerykanów po II wojnie światowej. Na takim zestawie kilkunastu muzyków wykonywało Chopinowskie polonezy.

My nie byliśmy oczywiście w stanie czegoś takiego przebić (ani sprowadzić na pierwszą warszawską edycję tego festiwalu – za drogo), ale za to wielkim powodzeniem cieszyło się tam nasze znakomite akordeonowe Motion Trio z dość psychodelicznymi interpretacjami preludiów, a także Zespół Polski Marii Pomianowskiej, wykonujący przeróbki mazurków Chopina na folk, na ludowych instrumentach i jeszcze z parą taneczną, która pokazywała francuskiej publiczności tańce polskie, chłopskie i szlacheckie. Zespół Polski zjechał z tym programem kawał świata.

W tym roku zespół Marii Pomianowskiej wydał dwie płyty: „U źródeł muzyki Chopina” (częściowo powtórzenie pierwszej) oraz „Chopin na 5 kontynentach” – dowcipne aranżacje chopinowskich utworów na muzykę perską, andaluzyjską, chińską, syberyjską, bałkańską czy hinduską. I ten program bardzo się podobał na estradach świata.

Na najdziwaczniejszy zestaw przerobił Chopina coraz szerzej znany wrocławski zespół Małe Instrumenty, używający instrumentów zabawek, sprzętów domowych i innych nietypowych konstrukcji dźwięczących (rozmowę z jego założycielem Pawłem Romańczukiem czytaj w POLITYCE 52/10). Utwory wielkiego kompozytora pianisty wykonał na ponad 20 fortepianach zabawkach – efekt jest przezabawny, zwłaszcza że ich skale nie są czysto nastrojone, a dźwięk mają perkusyjny, dzwoneczkowy. Brzmi to jak wielka pozytywka. Ostatnio ukazała się płyta z książeczką opisującą fortepiany zabawki. Ciekawe, co by na nich zagrał sam Chopin.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną