Kultura

Kraj Koziołka Matołka

Raport o nieczytajacych wykształconych Polakach

Przeciętne roczne wydatki na książki wyniosły w 2007 r. 17,04 zł. Przeciętne roczne wydatki na książki wyniosły w 2007 r. 17,04 zł. David Trawin / Flickr CC by SA
Polacy przestali czytać. Jedna trzecia uczących się i studiujących nie miała w ciągu roku kontaktu z żadną książką. Tak wynika z najnowszych badań Biblioteki Narodowej.
Suche liczby ponurej statystyki w codziennym życiu oznaczają, że istnieją uczniowie, którzy nie czytają nawet streszczeń lektur szkolnych.Jordan Gillespie/Flickr CC by SA Suche liczby ponurej statystyki w codziennym życiu oznaczają, że istnieją uczniowie, którzy nie czytają nawet streszczeń lektur szkolnych.
Reanimacja systemu bibliotecznego jest warunkiem niezbędnym ożywienia czytelnictwa i kultury w ogóle.Piotr Małecki/Forum Reanimacja systemu bibliotecznego jest warunkiem niezbędnym ożywienia czytelnictwa i kultury w ogóle.

Syreny alarmowe zawyły dwa lata temu. Przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową badania czytelnictwa w 2008 r. ujawniły gwałtowne załamanie czytelniczych zainteresowań Polaków: aż 62 proc. ankietowanych przyznało, że nie miało w ciągu roku kontaktu z książką, co oznaczało spadek o 12 punktów w ciągu dwóch lat. Szokujący wynik podawali w wątpliwość analitycy polskiego rynku wydawniczego, który akurat zaczynał rozkwitać, jeśli mierzyć liczbą wydanych tytułów. „Spadek czytelnictwa zanotowany przez Bibliotekę Narodową jest po prostu niemożliwy. Taki spadek musiałby spowodować dramatyczny kryzys na rynku wydawniczym, którego nie obserwujemy” – komentował wówczas Łukasz Gołębiewski, analityk rynku.

Minęły dwa lata i już wiadomo, że pomyłki nie było. – Wynik jest nieco lepszy: brak kontaktu z książką w ciągu ostatnich 12 miesięcy deklaruje 56 proc. Polaków powyżej 15 roku życia – informuje Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej. Dodaje jednak szybko, że trochę zmieniło się pytanie: kontakt z książką oznaczał w najnowszym badaniu przeczytanie lub przeglądanie jakiejkolwiek książki, także albumu, poradnika, encyklopedii, słownika, e-booka. Jednocześnie dwukrotnie zwiększono liczebność próbki badanych osób, by uniknąć zarzutów o niereprezentatywność.

Ankieterzy zapytali także o inne formy czytelnictwa. Okazało się, że w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie tylko 53 proc. badanych przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu (czyli mógł to być artykuł prasowy, tekst w portalu internetowym, krótkie opowiadanie). Na pytanie o czytanie prasy 35 proc. oznajmiło, że nie brudziło sobie rąk gazetami w minionym roku, 41 proc. czyniło to sporadycznie, regularnie czytało prasę 24 proc. Po pierwszym uderzeniu dyrektor Makowski zabiera w podróż w głąb statystyk: – Słabe czytelnictwo w wymiarze ogólnym to jeszcze pół biedy. Najbardziej zdumiewa, że brak kontaktu z książką deklaruje 25 proc. legitymujących się wyższym wykształceniem, a 20 proc. z nich przyznaje, że w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie nie przeczytało tekstu dłuższego niż trzy strony! I jak sobie poradzić z wynikiem mówiącym, że jedna trzecia osób uczących się i studiujących nie dotknęła w ciągu roku książki?

Suche liczby ponurej statystyki w codziennym życiu oznaczają, że istnieją uczniowie, którzy nie czytają nawet streszczeń lektur szkolnych, księgarze, którzy nie zapoznają się z katalogami wydawniczymi, lekarze, którzy nie mają potrzeby zdobycia dodatkowej wiedzy, prawnicy niezainteresowani nowymi ustawami czy rozporządzeniami. – Można radzić sobie w szkole i na uczelni, można funkcjonować w zawodzie, także zakładającym wyższe wykształcenie, będąc pozbawionym tego, co angielszczyzna określa mianem „literacy” – tłumaczy wyniki badań Roman Chymkowski, kierownik Pracowni Czytelnictwa w Bibliotece Narodowej. Trzeba powiedzieć wprost: wpadliśmy w ręce analfabetów z wyboru. Nie czyta 36 proc. osób na stanowiskach kierowniczych, 44 proc. przedsiębiorców i połowa pracowników administracji i usług.

Problem dotyczy nie tylko czytelnictwa na poziomie minimalnym, drastycznie także zmalał odsetek czytelników intensywnych: tylko 12 proc. Polaków pochłania więcej niż 7 książek rocznie, jeszcze w 2004 r. wskaźnik ten osiągał 24 proc. Ekstremistów czytających więcej niż 24 książki mamy 5 proc.

Czytelniczy kryzys

Załamanie czytelnictwa w Polsce nastąpiło w XXI w., kiedy zaczęliśmy chełpić się cudem polskiego boomu edukacyjnego: niemal wszyscy kształcą się w liceach, praktycznie każdy, kto zda maturę, podejmuje studia wyższe. Liczba studentów wzrosła z mizernych 350 tys. pod koniec PRL do imponującej kwoty 2 mln obecnie studiujących w ponad 400 uczelniach wyższych. Najwięcej jednak czytaliśmy na początku transformacji: w 1992 r. tylko 29 proc. badanych deklarowało brak kontaktu z książką, 42 proc. czytało 7 i więcej książek rocznie.

To był okres nadrabiania zaległości, a czytelnictwo nakręcała literatura popularna. Warto pamiętać, że książki Ursuli Le Guin tłumaczył Stanisław Barańczak, Maciej Słomczyński miał tłumaczyć Ludluma, nakłady oszałamiały. Już jednak w połowie lat 90. ta energia się wyczerpała – wyjaśnia prof. Przemysław Czapliński, literaturoznawca z Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Jak jest gdzie indziej? Czytelnik prasy francuskiej musi mieć wrażenie, że słodka Francja pogrążyła się w czytelniczym kryzysie. Powodem do publicznego lamentu jest to, że 31 proc. Francuzów deklaruje brak kontaktu z książką (u nas był to wynik rekordowo dobry). Odsetek intensywnych czytelników (35 proc.) trzykrotnie przewyższa wynik polski. Przynajmniej jedną książkę w ręku w ciągu ostatniego roku miało 83 proc. Czechów i podobny odsetek Finów. W Norwegii zmalało czytelnictwo prasy, jednak rośnie czytelnictwo książek: odsetek osób sięgających po książkę codziennie wzrósł z 17 proc. w 1997 r. do 27 proc. w 2009 r.

Wymowę polskich statystyk komplikują dane z rynku wydawniczego. Nieustannie rośnie liczba wydanych tytułów, fatalny dla czytelnictwa 2010 r. okazał się rekordowy dla wydawców, którzy wydali ponad 30 tys. tytułów! Sceptyk doda jednak, że wzrostowi temu towarzyszy spadek wielkości średnich nakładów. A jeśli chodzi o zapał do kupowania książek, to 72 proc. badanych przez Bibliotekę Narodową osób nie skorzystało z księgarni w ciągu roku. Jedną książkę nabyło 5 proc. badanych. Beata Stasińska, autorka Raportu Obywateli Kultury poświęconego czytelnictwu, przypomina dane GUS: przeciętne roczne wydatki na książki wyniosły w 2007 r. 17,04 zł, co przekładało się na 4,93 proc. kasy, jaką przeciętny Polak przeznacza na kulturę.

Co więc tak bardzo napędza rynek wydawniczy? Publikacje naukowe, wypełniające blisko 40 proc. wydawniczego ruchu. Ot i paradoks polskiego społeczeństwa wiedzy: łatwiej zmusić do publikowania niż do czytania. Swoją drogą, dość pobieżna nawet analiza sporej części tytułów wydanych w ramach subwencji badawczych i służących budowaniu naukowych karier pokazuje, że nie istnieje dialektyczny związek między ilością a jakością. Z kolei jeśli popatrzeć na dane z dłuższego ciągu historycznego, to okaże się, że największe triumfy wydawnicze w okresie powojennym święciły trzy tytuły: „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza, „Tytus, Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela i „Przygody Koziołka Matołka” Kornela Makuszyńskiego.

Zakaz czytania

Istnieje bezpośredni związek między czytaniem a osiągnięciami edukacyjnymi, o czym przekonują eksperci zaangażowani w międzynarodowym programie badawczym PISA, porównującym kompetencje 15-letnich uczniów z 70 krajów. Ostatnia edycja badań, której wyniki ogłoszono w grudniu 2010 r., została uzupełniona raportem „Learning to Learn” (Uczyć się uczenia). Wynika zeń jednoznacznie, że uczniowie czytający dużo i dla przyjemności po prostu lepiej się uczą, a różnice sięgają nawet 50–70 pkt (przy łącznej liczbie przekraczającej 500 pkt składających się na ocenę). Polscy gimnazjaliści uzyskali bardzo dobry wynik 500 pkt, a różnica między dziećmi czytającymi dużo i mało wynosiła 50 pkt.

Co ciekawe, aż 50 proc. polskich gimnazjalistów zakwalifikowało się do dwóch najwyższych kategorii intensywności czytelniczej, co stawia ich w tym samym szeregu co młodych Finów, Węgrów, Austriaków, Norwegów. Statystykę nabijają jednak dziewczynki, ich czytelnicza przewaga nad chłopcami sięga aż 20 proc. (wśród dorosłych czytelników także prym wiodą kobiety). Efekty widać, dziewczyny wygrywają we wszystkich konkurencjach badania PISA, także w matematyce i naukach przyrodniczych. Gdyby chłopcy czytali tyle co ich koleżanki, ich dystans do dziewczyn zmniejszyłby się o połowę.

Oto nie lada wyzwanie. Najnowsze wyniki międzynarodowych badań osiągnięć edukacyjnych pokazują, że polskie 15-latki należą do pierwszej światowej ligi, a ich wyniki korelują bezpośrednio z zachowaniami czytelniczymi. Potem jednak coś się załamuje, niechęć do książki zaczyna błyskawicznie rosnąć: w grupie od 15 do 19 lat nie czyta już 25 proc., w generacji 20–29 lat 49 proc., w pokoleniu 30- i 40-latków książką brzydzi się już 57 proc., a na starość niechęć się wzmaga i osiąga 65 proc. wśród seniorów mających ponad 60 lat.

To niezwykle ciekawy proces, pokazuje bowiem, że w Polsce załamał się najważniejszy kanał transmisji kulturowej – rodzina, tłumaczy prof. Czapliński. Dwuznaczną rolę pełni szkoła, coś dziwnego dzieje się podczas przejścia z gimnazjum do liceum. – Na upartego można zdać maturę nie przeczytawszy żadnej książki – twierdzi Czapliński. – Do przygotowania się do egzaminu w jego obecnej formule wystarczą różnego typu bryki i gotowce oraz materiały z Internetu. Jacek Nowiński, dyrektor Biblioteki Elbląskiej, puentuje dosadniej: – W szkole zaczął obowiązywać zakaz czytania (jeśli rozumieć czytanie zgodnie z humanistycznym ideałem jako umiejętność krytycznej pracy z tekstami zintegrowanymi, takimi jak książka). Na to wszystko nakładają się wzorce kultury popularnej, zwłaszcza w wydaniu telewizyjno-serialowym, w której nie ma ani czasu, ani miejsca na książkę.

 

 

Wśród licealistów badanych w ramach projektu „Młodzi i media” kultura przestała pełnić rolę normotwórczą, nie jest już przestrzenią wskazującą cele godne aspiracji – wyjaśnia dr Mirosław Filiciak, medioznawca ze Szkoły Głównej Psychologii Społecznej. – Liczą się „zajawki”, czyli pasje – równie godne uznania jest głębokie zainteresowanie Formułą 1 jak kinem Wernera Herzoga czy literaturą Marqueza. Szkoła też nie jest już dla licealistów miejscem normotwórczym, lecz instytucją wzbudzającą aktywny opór, złem koniecznym, z którym trzeba sobie poradzić, bo zapewnia dostęp do matury – papieru otwierającego drogę do kolejnego etapu kariery edukacyjnej. Życie jest jednak gdzie indziej.

Najprawdopodobniej obserwujemy transformację kulturową, w wyniku której zmienia się miejsce książki w przestrzeni społecznej i kulturowej – zastanawia się Filiciak. – Dotychczas była ona kluczowym nośnikiem wiedzy, symbolem demokratyzacji i powszechności. Teraz najwyraźniej staje się częścią kultury wysokiej, dystynkcją oznaczającą przynależność do kulturalnej i społecznej elity.

Proces ten nie dotyczy jedynie książki, lecz również innych form uczestnictwa w kulturze. Liczba sprzedanych biletów do kin rośnie, co nie oznacza, że wzrosła liczba widzów, przeciwnie – ich liczba zmalała, lecz wykształciła się grupa chodząca do kina częściej. Jak stwierdził w raporcie o „Stanie kultury miejskiej w Polsce” prof. Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, polskie społeczeństwo podzieliło się na kulturowych jednożerców, zaspokajających swe potrzeby głównie przed telewizorem, i wielożerców intensywnie korzystających z różnych form uczestnictwa, od kina, przez koncert, po książkę.

Społeczeństwo wiedzy

Badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej rozbijają kilka wygodnych mitów. Po pierwsze niechęć do książki nie wynika z braku czasu – najmniej czytają ci, którzy czasu mają najwięcej, czyli emeryci i renciści. Po drugie, nie należy winić za upadek czytelnictwa Internetu. Internauci czytają relatywnie najwięcej, bo „tylko” 42 proc. spośród nich deklaruje, że nie miało książki w ręku. Internet też jednak specjalnie nie pomaga, 33 proc. spośród internautów czyta jedynie krótsze teksty. Czyżby więc należało ogłosić zmierzch kultury humanistycznej i nadejście czasów barbarzyństwa?

Z gąszczu danych przebija słabe światełko: oto po zapaści odnotowanej w 2006 r. zaczęły odżywać biblioteki. Są one głównym miejscem kontaktu z książką dla 30 proc. czytelników i z nieopublikowanych jeszcze najnowszych wyników frekwencji w bibliotekach publicznych za ubiegły rok widać, że ich popularność rośnie. – Biblioteka wraca do przestrzeni publicznej i do społecznej świadomości jako ważne miejsce – twierdzi Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki. – Mam nadzieję, że w tendencji tej widać już efekty takich programów Ministerstwa Kultury jak Biblioteka Plus. W ciągu dwóch lat za minigranty, jakie przyznano małym bibliotekom publicznym, wyremontowano 400 obiektów.

W wyniku porozumienia z TP SA wszystkie biblioteki publiczne są podłączane bezpłatnie do szerokopasmowego Internetu. – Moim marzeniem jest – dodaje Gauden – by biblioteki zaczęły pełnić funkcję lokalnych centrów kulturalno-społecznych, tak jak to się dzieje w Finlandii czy Szwecji. Ma w tym pomóc wieloletni program rządowy, na który władze państwowe przeznaczyły 400 mln zł.

Równolegle trwa wielki prywatno-społeczny Program Rozwoju Bibliotek, realizowany przez Fundację Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, możliwy dzięki wsparciu Fundacji Billa i Melindy Gatesów. – Właśnie rozpoczynamy drugą rundę programu modernizacji bibliotek publicznych znajdujących się w gminach liczących do 20 tys. osób – wyjaśnia Jacek Wojnarowski, prezes FRSI. – Uznaliśmy, że ich mieszkańcy najbardziej odczuwają brak nowoczesnych miejsc kontaktu z kulturą i książką. W pierwszej rundzie programem objęto ok. 1900 z 6500 małych bibliotek. Placówki zaopatrzono w nowoczesny sprzęt, tysiące bibliotekarzy przeszło szkolenia, zmieniło się oblicze instytucji kojarzonych zazwyczaj z nudą i kurzem. – Program zainicjował ruch społeczny na rzecz bibliotek – przekonuje Wojnarowski. – Angażują się władze samorządowe, mamy poparcie luminarzy kultury, najbardziej jednak zachwyca zaangażowanie samych bibliotekarek i bibliotekarzy.

Entuzjazm jest i będzie potrzebny, bo trzeba walczyć nie tylko o przyszłość, lecz także nadrabiać zaległości. W ciągu ostatnich lat mieliśmy do czynienia ze zmniejszaniem się zakupów do bibliotek: w 2008 r. średnia zakupów wyniosła 9,6 woluminów na 100 mieszkańców, w 2009 r. już tylko 7,5. Tymczasem ustalona jeszcze w PRL norma mówiła o zakupach 18 woluminów – ciągle mniej niż standard międzynarodowy ustalony na 30 woluminów.

Reanimacja systemu bibliotecznego jest warunkiem niezbędnym ożywienia czytelnictwa i kultury w ogóle. To za mało, dlatego też w Pakcie dla Kultury, dyskutowanym obecnie z rządem przez Ruch Obywateli Kultury, jeden z postulatów wzywa do opracowania narodowego programu czytelnictwa. Minister kultury Bogdan Zdrojewski informuje, że taki program de facto ruszył, czego wyrazem m.in. incjatywa Republika Książki z grudnia ubiegłego roku.

– Warto byłoby powołać interdyscyplinarny zespół, który spróbowałby odpowiedzieć, jakie będą konsekwencje czytelniczej zapaści – proponuje prof. Czapliński. – Co oznacza rosnąca nieobecność książki dla demokracji, kultury, szans dalszego rozwoju? Może przesadzamy w naszych lamentach, a może czeka nas cywilizacyjna zapaść? Bo przecież społeczeństwo wiedzy bez wiedzy nie jest możliwe. Czy przyszłością będzie więc zarządzać 5-proc. mniejszość najbardziej aktywnych i najbardziej kompetentnych? Jeśli chcielibyśmy zatrzymać ten proces narodzin skrajnej nierówności w demokracji, to trzeba uspołecznić czytanie.

Uczciwa debata nad czytelnictwem i stanem kultury przydałaby się bardziej niż triumfalistyczne zachwyty bez pokrycia nad polskim boomem edukacyjnym. System, w którym można uzyskać maturę i dyplom bez kontaktu z książką, budzi trwogę, a nie uznanie. Za jego istnienie odpowiedzialni jesteśmy wszyscy, bośmy tę fikcję kupowali bez zmrużenia oka. W rezultacie my, czytający, jesteśmy dziś w Polsce w mniejszości – dość szczególna sytuacja na początku XXI w., w epoce społeczeństwa wiedzy.

Polityka 08.2011 (2795) z dnia 19.02.2011; Kultura; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Kraj Koziołka Matołka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną