Rozmowa z plakacistą Michałem Batorym

Decydują sekundy
Artysta opowiada m.in. o żywotności sztuki plakatu we Francji oraz swobodzie i ograniczeniach w pracy plakacisty
Michał Batory ma 51 lat, to jeden z najbardziej cenionych we Francji grafików i plakacistów, kontynuator tradycji Romana Cieślewicza
Irmina Batory/Materiały prywatne

Michał Batory ma 51 lat, to jeden z najbardziej cenionych we Francji grafików i plakacistów, kontynuator tradycji Romana Cieślewicza

Platak do spektaklu „Kobieta na łóżku” w reż. Antonio Areny
Michał Batory/Materiały prywatne

Platak do spektaklu „Kobieta na łóżku” w reż. Antonio Areny

W 1987 r. Batory wyjechał z Polski. Wtedy dostał paszport w jedną stronę. Do dziś ma w pamięci ten napis na stronie paszportowej
Michał Batory/materiały prasowe

W 1987 r. Batory wyjechał z Polski. Wtedy dostał paszport w jedną stronę. Do dziś ma w pamięci ten napis na stronie paszportowej

„Plakat dostrzega się i ocenia w ciągu sekund, one decydują o jego odbiorze” - mówi Michał Batory
Michał Batory/Materiały prywatne

„Plakat dostrzega się i ocenia w ciągu sekund, one decydują o jego odbiorze” - mówi Michał Batory

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Michał Batory/Materiały prywatne

Krystyna Lubelska: – Plakat jest sztuką ulicy, tymczasem pańskie dzieła zostały wystawione w Luwrze, w części należącej do Muzeum Sztuki Dekoracyjnej. Plakat to dekoracja czy coś więcej?
Michał Batory: – To z pewnością moje życie, moja pasja i moja praca. Plakat żyje jednak na ulicy i na niej rozkwita. Na zewnątrz służy mu tło: oświetlenie, zgiełk, ruch. Aby plakaty pokazywać w muzeum, potrzebna jest odpowiednia aranżacja, klimat, pewien poziom napięcia.

Udało się stworzyć taką atmosferę w Luwrze?
W pierwszej części wystawy, na tle mierzącej 130 m kw. reprodukcji fotograficznej mojego atelier, znajdują się witryny, gdzie zaprezentowano przedmioty, modele, rzeźby, których użyłem do swoich prac graficznych. Są wśród nich m.in. korona do „Falstaffa”, stalówka do „Zahira” czy też wyschnięte kompozycje z kwiatów, mnóstwo różnych, małych i większych przedmiotów wypatrzonych przeze mnie na pchlich targach, bazarach, również na warszawskim Kole. Są szkice, rysunki, zdjęcia. Jest też pokazany w wersji pomniejszonej plakat, do którego wykreowania te rzeczy posłużyły, a także książkowe okładki. W następnych sześciu salach prezentowanych jest 75 moich wielkoformatowych plakatów i około 100 w zwykłej skali.

Miał pan recenzje i sprawozdania z wystawy w Luwrze w różnych liczących się mediach francuskich, a także w Polsce. Czy Francuzi odnajdują w pańskiej sztuce polski sposób myślenia?
Dla nich najciekawsze jest chyba to, że mój polski sposób myślenia miesza się z francuskim stylem. Nie jestem już kolejnym przedstawicielem wielkiej szkoły polskiego plakatu, który był wykonywany głównie technikami malarskimi. Posługuję się, podobnie jak Roman Cieślewicz, fotomontażem, ale i umiejętnie odczytywanymi przez Francuzów technikami typograficznymi.

Dawno temu wyjechał pan z Polski?
W 1987 r. Wtedy dostałem paszport w jedną stronę. Do dziś mam w pamięci ten napis na stronie paszportowej… Chciałem wyjechać, bo nie przewidziałem, że sytuacja w Polsce się zmieni, a żyłem z dorywczych prac, skąpych zamówień. O tym, żebym mógł realizować swoje artystyczne ambicje, w ogóle nie mogło być mowy.

Kiedy trafił pan do Francji, nie był pan dobrze zapowiadającym się artystą, chyba niełatwo się było przebić?
Niełatwo. Początkowo łapałem się zajęć dorywczych, byle zarobić. Na szczęście Francja jest krajem, w którym plakaty się zamawia. Każdy teatr traktuje je jako integralny element kampanii reklamowej, wydatek promocyjny, który się opłaca. Plakaty drukuje się w wielu kopiach, rozwiesza, eksponuje na odpowiednich nośnikach.

Filmy także reklamuje się we Francji plakatami?
Zdarza się, ale są to afisze innego rodzaju niż teatralne, bo przeważnie wykonywane technikami komputerowymi. Wielki biznes, a takim jest kinematografia, potrzebuje dosłowności. Teatr działa na innych zasadach, jest bardziej kameralny, można więc dla niego zrobić coś osobistego, twórczego, niejednoznacznego. Podobnie jest też w operze, tańcu, balecie, muzyce.

Kamerton zakończony patyczkami do czyszczenia uszu czy saksofon z imitującą ustnik bagietką – to są pańskie pomysły na otwarcie sezonów muzycznych w IRCAM – Centre Pompidou. Przewijają się tamtędy tysiące zwiedzających. Czy podpatruje pan ich reakcje na swoje prace?
W sumie dla IRCAM – Centre Pompidou pracowałem przez sześć sezonów. Tak, patrzę na przechodniów, a oni patrzą na moje plakaty. Zdarza się, że ludzie do mnie dzwonią, przychodzą do atelier, ale oczywiście większość jest milcząca. Trzeba do niej trafić z przesłaniem, skrótem myślowym, puentą. Dramat, taniec, opera jest pretekstem do zrobienia plakatu, który ma pobudzić wyobraźnię, wywołać oczekiwanie na wydarzenie, dreszczyk emocji. Wielki artysta plakatu Henryk Tomaszewski spędził całe życie na nauczaniu, jak robić plakat, jak należy go kodować i dekodować.

Prawdziwy plakat musi być zaszyfrowany, inaczej staje się nudny i banalny. Obrazy można malować wyłącznie dla siebie, plakat potrzebuje publiczności – inaczej ginie. Plakat może być obrazem, ale niezależnie od formy musi brać pod uwagę zjawiska socjologiczne, psychologiczne, trendy, modę. Jest przecież sztuką powielaną, a multiplikacja służy informacji. Chodzi o to, żeby człowiek zyskał porcję wiedzy o tym, że coś się dzieje, coś nowego warto zobaczyć, zdarzyło się coś fajnego.

Niekiedy pański plakat wymaga chwili zastanowienia. Na przykład ten do „Bliskich nieznajomych”, gdzie cyferblaty zegarów, wskazujących różne godziny, tworzą kwiat – dopiero po chwili można się zorientować, że chodzi o strefy czasowe. Świat się zbliża, wszyscy jesteśmy blisko. Spodobało mi się to.

Moim głównym celem jest, aby nie dać jednej odpowiedzi, jedynej możliwej interpretacji. Ten plakat z zegarami opowiada jakąś anegdotę. Dla pani są to strefy czasowe, ktoś inny może zobaczyć kwiat, który więdnie wraz z upływem czasu, a może chodzi o kwiat, który daje się podczas premiery? Plakat to otwarta oferta, od której jednak ludzie nie oczekują propozycji wprost. Ona ma być zawoalowaną obietnicą spełnienia. Kiedyś w Polsce, gdy ulice były wyklejone plakatami takich twórców, jak Tomaszewski, Cieślewicz, Starowieyski, Lenica, każdy mógł przeżyć nagłe olśnienie dziełem sztuki. Do dziś pamiętam swoje doznania tego rodzaju. Niestety, teraz ulice są niemal pozbawione artystycznych plakatów.

W zamian pełno na nich, beznadziejnych w większości, billboardów. Jak pan sądzi, dlaczego w Polsce afisz tak się spauperyzował?
Odpowiedź jest prosta: brak pieniędzy. Kultura nie ma funduszy nawet na realizację spektakli, a plakat jest w ostatniej kolejności zamówień. To nie jest tak, że polski plakat się skończył, bo nie ma talentów. Po prostu plakaciści są bez pracy. Robią więc coś innego, licząc, że od czasu do czasu uda się otrzymać jakieś ambitne zlecenie.

Wojciech Eichelberger we wstępie do monografii pańskich prac napisał, że grafika emocjonalna, jaką pan uprawia, stanowi formę terapii pozytywnej.
W pewnym stopniu wymuszają to okoliczności. Francuzi lubią obrazy pozytywne, dowcipne, błyskotliwe i takich oczekują. Polacy akceptują przekaz agresywny, drapieżny, ponury. Dzieje się tak chyba dlatego, że zostali przygotowani do tego przez historię, także kultury. Na palcach mogę wyliczyć ponure plakaty swojego autorstwa, które przeszły we Francji.

Nie rodzi to w panu buntu?
Muszę się dostosowywać do tego, co pozwala mi być plakacistą, do zapotrzebowania widzów i klientów. Nie mogę walczyć z wiatrakami, bo to nic nie da. Czasem, aby odreagować w innej stylistyce, jeśli trafi się zamówienie, robię plakat dla Polski. Ostatnio np. dla Bydgoskiej Opery do przedstawienia „Cyganeria” Pucciniego. Na plakacie jest pełno śmieci, wyciskanych z tubek z farbami. Kiedyś do sztuki pokazywanej w Polsce zrobiłem też plakat przedstawiający swastykę ułożoną z noża i widelca. Paradoksalnie Polacy także łatwiej znoszą obrazoburczość niż Francuzi.

Czy zdarza się panu, że przedmioty inspirują pomysł na plakat?
Jak już wspomniałem, kolekcjonuję przedmioty. Lubię rzeczy, wyszukuję je. Niedawno kupiłem buty, wspaniałe przedwojenne oficerki. Pozornie bez sensu, bo nie miały dla mnie żadnej wartości użytkowej, ale skorzystała z nich sztuka: wystąpiły na plakacie do „Barona cygańskiego”. Na górze są buty przekształcające się stopniowo w stopy.

Pańskie okładki do książek rzadko są tak zaczepne i ekspresyjne jak plakaty.
Plakat dostrzega się i ocenia w ciągu sekund, one decydują o jego odbiorze. Inaczej jest z książkami, które się ogląda, odkłada, znów ogląda. Okładka jest znakiem identyfikacyjnym, który pozwala książkę odnaleźć w domowej bibliotece, a nawet przypomnieć sobie tytuł czy nazwisko autora. Jest też wołaniem o to, aby czytelnik wziął ją do ręki. Jednak wołanie niekoniecznie oznacza krzyk. Zresztą nie wszędzie on pasuje.

Kiedy możemy spodziewać się pana wystawy w Polsce?
Już od kilku lat walczę o wystawę w Łodzi, bo to moje rodzinne miasto. Wymarzyłem sobie wystawę moich plakatów na ulicy Piotrkowskiej. Niedawno spotkałem się z przedstawicielami władz miasta, bo byłem w Łodzi na premierze sztuki „Nasza klasa”. W kuluarach usłyszałem, że miasto odnosi się do koncepcji mojej wystawy bardzo przychylnie. A więc czekam.

***

Michał Batory ma 51 lat, to jeden z najbardziej cenionych we Francji grafików i plakacistów, kontynuator tradycji Romana Cieślewicza. Twórca m.in. okładek do zbiorów literackiej klasyki francuskiej. W Polsce projektuje okładki do wszystkich książek Paula Coelho, które ukazują się nakładem wydawnictwa Drzewo Babel. Wystawa Michała Batorego w Luwrze potrwa do 30 kwietnia 2011 r.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną