Kultura

Paradoks o polskim aktorze

Polscy aktorzy - od etosu do etatu

Przestańmy oczekiwać od aktorów misji, etosu i poświęceń. Bez tego da się żyć. Przestańmy oczekiwać od aktorów misji, etosu i poświęceń. Bez tego da się żyć. Corbis
Nie oczekujmy już od aktorów misji i etosu. Bez tego da się żyć. Wystarczy, że będą profesjonalistami szanującymi siebie i widzów.
Aktorzy idą do seriali, ponieważ też mają życie prywatne, jakieś długi do spłacenia i chcą posłać dzieci do dobrej szkoły.Corbis Aktorzy idą do seriali, ponieważ też mają życie prywatne, jakieś długi do spłacenia i chcą posłać dzieci do dobrej szkoły.
Dzisiaj aktorstwo jest normalnym zawodem, który wymaga ochrony i odpowiednich regulacji prawnych.Adam Wysocki/EAST NEWS Dzisiaj aktorstwo jest normalnym zawodem, który wymaga ochrony i odpowiednich regulacji prawnych.

Na widowni Teatru Narodowego siedzi już publiczność, aktorzy przebrani i umalowani szykują się do wejścia na scenę, a Grażyny Szapołowskiej grającej w „Tangu” dość znaczącą rolę (i grającej bardzo dobrze) nie ma. Dyrektor teatru Jan Englert, który sam występuje w sztuce w roli Wuja, wychodzi na proscenium w służbowych krótkich portkach i wygłasza jedną z najważniejszych kwestii w swym życiu: Aktorka zamiast teatru wybrała show telewizyjny, spektakl się nie odbędzie. Niestety, tabloidy, które jako pierwsze przez parę dni informowały o zdarzeniu, nie napisały, jaka była reakcja widowni, czy może część mniej zorientowanych widzów nie pomyślała sobie czasem, że już zaczęło się przedstawienie, a ten Mrożek fajny wstęp wymyślił.

Nie, żaden szanujący się autor nie napisałby takiej sceny z prostego powodu: krytycy zarzuciliby mu skłonność do tanich efektów. Jak się okazuje, kolejny raz samo życie pisze ciekawe scenariusze, nie dbając o to, czy wyjdzie farsa, czy tragedia. Przypomnijmy, że to nie pierwszy w ostatnich czasach popis aktorski, nieprzewidziany ani przez autora sztuki, ani przez reżysera. Parę miesięcy temu w stołecznym Teatrze Dramatycznym artystka Joanna Szczepkowska pokazała na scenie pupę, a widzowie nie od razu mogli się zorientować, że to nie – nadużywany zresztą przez niektórych awangardowych reżyserów – środek scenicznej ekspresji.

Czy te dwa zdarzenia mają wspólny mianownik? Tak, mimo że właśnie Szczepkowska należy do środowiskowej frakcji, która najsurowiej osądza niesubordynację Szapołowskiej. W obu przypadkach aktorki postanowiły bowiem wyjść poza narzucone im role. Szczepkowska wyraziła sprzeciw wobec metod pracy reżysera Krystiana Lupy i odeszła z Teatru Dramatycznego. Szapołowska, wyrzucona z Narodowego, nie chce się pogodzić z decyzją Englerta, przekonuje bowiem, że dyrekcja dwa miesiące wcześniej była powiadomiona o jej telewizyjnych zobowiązaniach w programie rozrywkowym „Bitwa na głosy”, więc można było znaleźć dublerkę lub zagrać spektakl we wcześniejszych godzinach. (Jak ponoć zdarzało się w tym teatrze, kiedy aktorzy mieli ponadplanowe obowiązki).

Niewykluczone, że sprawa znajdzie finał w sądzie pracy, gdzie oboje dokończą bitwę na głosy. Englert musi teraz konsekwentnie grać rolę srogiego dyrektora, zaś Szapołowska rolę pokrzywdzonej aktorki.

Do opisu położenia naszych artystów świetnie pasuje tytuł sławnego studium Denisa Diderota „Paradoks o aktorze”. Tradycja nakazuje, by widzieć w nich nadal misjonarzy oddanych bez reszty sztuce, podczas gdy oni, wzorem większości rodaków – a nie żyją przecież w komunie teatralnej z czasów „Reduty” Osterwy – pragną ze swego fachu czerpać korzyści, wiedząc przy tym, że muza opiekuńcza aktorów bywa wyjątkowo kapryśna. Paradoksalnie, może dobrze się stało, że doszło do zwady Englerta z Szapołowską. Nie da się już dalej udawać, że w teatrach wszystko gra. O sytuacji w środowisku aktorskim zaczyna mówić się poza środowiskiem.

Czego nie widać

W spektaklu „32 omdlenia”, granym właśnie z ogromnym powodzeniem w warszawskim Teatrze Polonia, oglądamy trzy jednoaktówki Antoniego Czechowa, w tym „Historię zakulisową”, której treść może nieco zaskoczyć wielbicieli autora „Wiśniowego sadu”. Toż to najprawdziwsza farsa z nieodparcie komicznym dyrektorem teatru, ukrywającym się w garderobie czołowej aktorki w obawie przed spotkaniem z widzianym na widowni mężem swej kochanki. Lokatorka garderoby odstawia wielką gwiazdę, a korzystając ze sposobności chce wymusić na szefie podwyżkę.

Jak widać, nawet subtelny pisarz, kiedy umieszcza akcję za kulisami teatru, nie może powstrzymać się przed wodewilową tonacją. Tam właśnie, w miejscu niedostępnym dla widowni, podniosłość zawsze zderza się z trywialnością.

Nic dziwnego, że sytuacjom zakulisowym poświęcono liczne farsy, spośród których wyróżniała się bardzo popularna przed kilkunastoma laty komedia angielskiego autora Michaela Frayna „Czego nie widać?”. Od pewnego czasu sztuka nie jest u nas wznawiana, może dlatego, że nie mniej komiczne sytuacje zdarzają się w rzeczywistości. Jak zatem wyglądałaby współczesna wersja farsy „Czego nie widać?”.

Nie widać przede wszystkim tego, że gruntownie zmieniło się podejście aktora do obowiązków teatralnych. Teatr przestał być świątynią sztuki, drugim domem, nawet nie jest już klubem, do którego wpada się także w dniu, w którym nie wychodzi się na scenę. O aktorach opowiadających anegdoty w bufecie można już tylko usłyszeć w anegdotach opowiadanych rewelacyjnie przez Marka Kondrata. Bywają poważne kłopoty z zorganizowaniem próby z udziałem wszystkich przewidzianych do premiery aktorów, ponieważ część (zwykle są to ci najbardziej znani) ma w tym czasie liczne inne zajęcia, w serialach, w telewizji. Najbardziej zapracowani mają jeszcze występy gościnne w innych teatrach, zwłaszcza prywatnych. (Słyszałem o bardzo znanym aktorze, który czekając w kulisie na wyjście na scenę, uczy się pośpiesznie tekstu roli, którą zgodził się zagrać w innym teatrze).

Bardziej wymagający reżyserzy w okolicach premiery cierpią na rozstrój nerwowy i kwalifikują się na terapię. Dyrektor teatru to dziś zawód wysokiego ryzyka, bo często staje się zakładnikiem swych największych i najbardziej rozchałturzonych gwiazd. Może wypowiedzieć im wojnę, ale nietrudno przewidzieć wynik takiego starcia. Niedawno Izabella Cywińska poległa w stołecznym Ateneum, przegrywając, jak to ujęła w wywiadzie, z garderobą. Ostatnio jest w stolicy deficyt dyrektorów, stąd zrodził się pomysł zatrudnienia zdolnego rosyjskiego dramaturga i reżysera Iwana Wyrypajewa. Ale autor „Tlenu” odmówił, tłumacząc, że nie wyobraża sobie pracy z aktorami zatrudnionymi na etatach. No, ale jemu wystarczy jedna aktorka, pod warunkiem, że jest nią Karolina Gruszka, prywatnie partnerka życiowa.

Co widać

Nie trzeba jednak zaglądać za kulisy, by przekonać się, że z aktorstwem polskim mamy poważny problem. Ile razy siedząc na widowni mamy nieodparte wrażenie, że aktor gra byle jak, odwala po prostu robotę, czasem nawet nie podając dokładnie tekstu? Za porażki na ogół zwala się winę na reżysera, ale współudział wykonawców bywa czasem rozstrzygający. (Dla przykładu: moim skromnym zdaniem, to nie Jacques Lassalle, ale aktorzy położyli „Lorenzaccia” w Teatrze Narodowym).

Mamy aktorów, którzy z każdej próby potrafią wyjść obronną ręką – zarówno w teatrze, jak i w filmie – ale czy my tu możemy mówić o kreacjach? Za to częściej oglądamy tych samych wykonawców, którzy z tą samą niewymuszoną lekkością demonstrują wypracowany zestaw chwytów na scenie, na ekranie bądź w telenoweli. Nasz star system polega bowiem na braku jakiegokolwiek systemu.

Aktor, który ma akurat swoje pięć minut (w sensie dosłownym jest to zwykle około pięciu lat), gra wszystko i wszędzie. Bywa, że aż do zasłabnięcia, co jakiś czas temu zdarzyło się aktorowi Robertowi Gonerze, eksploatowanemu niemiłosiernie w teatrze, kinie i serialu. Są w kraju agencje aktorskie, niby takie same jak w Hollywood, ale czy bywają doradcy aktora, którzy są w stanie go przekonać: z tej propozycji możesz skorzystać, ale tę drugą oddal? W rezultacie najbardziej rozrywani aktorzy po kilku sezonach zużywają się i ustępują miejsca kolejnym kandydatom do szybkiego wyeksploatowania.

 

Jaką pozycję ma dzisiaj w filmie Cezary Pazura, aktor, który był objawieniem początku lat 90.? Co się stało z Piotrem Adamczykiem, który zaczynał świetnie w filmie i w teatrze, i z powodzeniem próbował sił za granicą? Dlaczego Michał Żebrowski, który w parę lat po szkole zagrał niemal wszystko, co jest do zagrania, wybrał komercyjny teatr prywatny? Czy Borys Szyc jest wciąż aktorem obiecującym, czy już został wciągnięty do show-biznesu? Podobnych przypadków jest więcej, a wszystkie pokazują, jak marnotrawi się u nas najprawdziwsze talenty.

Dodajmy, nie bez udziału samych zainteresowanych. Polski aktor rzadko inwestuje we własny rozwój. Nie dokształca się, nie uczy się języków (który z dzisiejszych aktorów mógłby zagrać w zagranicznym teatrze, tak jak kiedyś robili to m.in. Seweryn, Olbrychski, Pszoniak, Stuhr?). Często nawet nie dbają o formę fizyczną. Widok okołoczterdziestoletnich gwiazdorów z brzuszkiem jest po prostu żenujący. Pewnie też dlatego sceny łóżkowe w naszych filmach wypadają z reguły mało apetycznie.

Najgorsze jest chyba jednak to, że aktorzy nie interesują się nawet życiem swego naturalnego środowiska. Nie chodzą do teatru obejrzeć kolegów, nie są ciekawi, co się dzieje w polskim kinie, pomijając oczywiście filmy, w których grają. Gdy czytam wywiady z aktorami, zaczynam podejrzewać, że w istocie muszą bardzo nie lubić swej profesji. Niestety, potem to widać na scenie czy ekranie.

Co trzeba zmienić

Awanturę teatralną z udziałem Grażyny Szapołowskiej i Jana Englerta próbuje się też postrzegać w kategoriach politycznych. Wedle tej spiskowej teorii, dyrektor miałby celowo postawić sprawę na ostrzu noża, by dać do ręki argument zwolennikom projektowanej nowej ustawy o instytucjach artystycznych. Ta ustawa, mówiąc w skrócie, daje znacznie większe uprawnienia dyrektorom teatrów, ogranicza zaś przywileje aktorskie. M.in. zakłada, że aktor obligatoryjnie będzie musiał uzyskać zgodę zwierzchnika na występy uboczne. Trudniej też będzie o etat, na który zasłużą sobie dopiero artyści z 15-letnim stażem, podczas gdy krócej pracujących zatrudniać się będzie na umowach okresowych. Czyli – po sezonie mogą stracić angaż automatycznie.

Plotka wydaje się dość kuriozalna, niemniej projekt ustawy bez wątpienia budzi w środowisku duży niepokój. Najbardziej zagrożeni mogą czuć się aktorzy, którzy znaleźli się w stałych zespołach, z reguły cierpiących na przerosty kadrowe, a nie dostali dotychczas szansy pokazania, na co ich naprawdę stać. Już mogą nie zdążyć przekonać do siebie szefów.

Tak czy inaczej, teatr nie uniknie reformy, która w innych branżach dokonała się już lata temu. Nie do podtrzymania jest obecny system, trwający najwyraźniej jedynie siłą bezwładu. Można udawać, że w zasadzie jest dobrze, bo przecież teatry nie bankrutują, pensje wypłacane są w terminie, odbywają się premiery, niektóre nawet udane.

Prawdziwy obraz jest mniej optymistyczny. Premier jest coraz mniej, w dodatku w większości są to małoobsadowe, niskobudżetowe przedstawienia, w które nie angażuje się większość licznych zespołów. Etaty są, ale wyżyć się z nich nie da. Jeżeli Grażyna Szapołowska, cokolwiek się powie, gwiazda, ma podstawowe wynagrodzenie poniżej średniej krajowej, to na ile mogą liczyć młodzi aktorzy w mniej prestiżowych teatrach? (Tymczasem tabloidy zachwycały się w ostatnich dniach gażą Alicji Bachledy-Curuś, która za parominutowy występ w telewizyjnym „XFactor” zainkasowała 100 tys. zł!)

I jak tu mówić o moralności, poświęceniu, służbie dla sztuki? Aktorzy idą do seriali, ponieważ też mają życie prywatne, jakieś długi do spłacenia i chcą posłać dzieci do dobrej szkoły. Występy w reklamach irytują widzów, psują wizerunek aktora, ale znowu, jak się obrażać, kiedy za reklamę hamburgera można dostać więcej niż za granie Hamleta co wieczór i do późnej starości.

Zresztą, skoro tak się lubimy powoływać na zachodnie standardy, to zobaczmy, co robią tamtejsi wielcy. Właśnie Antonio Banderas ośmiesza się w reklamie naszego banku, potrząsając wachlarzykiem banknotów i demonstrując biało-czerwone barwy na twarzy. Nie tak dawno w podobnej roli kompromitował się Gérard Depardieu. Przypomnijmy sobie głośny film Sophii Coppolli „Między słowami”, w którym amerykański gwiazdor jedzie do Japonii, by promować miejscowy gatunek whisky. Nic dziwnego, że Andrzej Seweryn zapytany w telewizji, czy wystąpiłby w reklamie, wyznał szczerze, że jak dotychczas nikt mu tego nie zaproponował. A gdyby dostał taką ofertę? „Zapytałbym, za ile?” – odpowiedział szczerze świeżo upieczony dyrektor stołecznego Teatru Polskiego.

Można w nieskończoność powtarzać zaklęcia, że Holoubek tak by nie postąpił, że Zapasiewicz w życiu nie dałby się skusić, już nie wspominając Łomnickiego. Miło mieć legendy. Ale te czasy już minęły. Dzisiaj aktorstwo jest normalnym zawodem, który wymaga ochrony i odpowiednich regulacji prawnych. Nie musi być tyle teatrów repertuarowych, ile jest obecnie, i niekoniecznie muszą być w nich rozbudowane ponad potrzeby zespoły.

A aktor, który chce dowolnie korzystać z ofert show-biznesu, wcale nie musi mieć stałego etatu. Jeżeli jednak, przykładowo, angażuje się do Teatru Narodowego czy Starego (obydwie sceny korzystają ze specjalnej opieki ministra kultury), powinien zdawać sobie sprawę, że na czas angażu rezygnuje przynajmniej z pewnego rodzaju chałtur. Zarazem powinien mieć gwarancje, że zarobi tyle, że nie będzie musiał zazdrościć jurorowi teleturnieju. I nie stanie się nic złego, jeżeli wystąpi w tym czasie w interesującym filmie czy nawet serialu, ale już raczej nie w tańcach na lodzie czy wodzie. Sam będzie zdawał sobie sprawę z tego, jakie przedsięwzięcia budują jego prestiż zawodowy, a jakie rujnują zdobytą ciężką pracą pozycję.

Przestańmy więc oczekiwać od aktorów misji, etosu i poświęceń. Bez tego da się żyć. Wymagajmy natomiast od nich profesjonalizmu.

Kochani aktorzy, będziemy was szanować, jeżeli wy będziecie szanować siebie i przy okazji nas, widzów.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak być empatycznym i jednocześnie pozostać szefem

Dlaczego dobry szef powinien być inteligentny emocjonalnie.

Katarzyna Czarnecka
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną