Kultura

Talent szał

X Factor i inne - czyli jak (nie) zostać idolem

Mimo coraz większej konkurencji, programom łowiącym talenty rośnie oglądalność. Mimo coraz większej konkurencji, programom łowiącym talenty rośnie oglądalność. Grzegorz Press/TVN / materiały prasowe
Po emocjonującym finale „X Factora” warto spojrzeć trzeźwo na rynek muzyczny: fenomen talent-show działa, ale trochę inaczej, niż to reklamują autorzy takich programów.
Gienek Loska, mężczyzna po przejściach.Maciej Biedrzycki/Forum Gienek Loska, mężczyzna po przejściach.
Michał Szpak, chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy.Michał Wargin/EAST NEWS Michał Szpak, chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy.
Elżbieta Zapendowska, znana w branży nauczycielka wokalistek.Mateusz Jagielski/SE/EAST NEWS Elżbieta Zapendowska, znana w branży nauczycielka wokalistek.

Te programy cofnęły muzykę o całe dekady – grzmiał dwa lata temu Sting, określając „X Factora” mianem telewizyjnego karaoke. I jemu, i innym krytykom tej gałęzi rozrywki najczęściej chodzi o wartości. O zdobycze lat 60., kiedy wykonawców muzyki popularnej – wzorem The Beatles lub Dylana – zaczęto utożsamiać z ludźmi kształtującymi własną karierę, biorącymi sprawy w swoje ręce. A nie tylko zgłaszającymi się na casting i czekającymi, co z nich zrobi profesjonalna obsługa.

Interes się jednak kręci, a uczestnicy coraz liczniejszych tego typu programów prawie zderzają się w drzwiach do kariery. Polski rynek muzyczny jest właśnie na etapie odkrywania obsady „Mam talent!” TVN: Star Guard Muffin, grupa Kamila Bednarka, sprzedała dość sensacyjnie około 70 tys. egzemplarzy swojego debiutu płytowego, teraz sił próbuje Piotr Lisiecki z albumem „Rules Changed Up”. Świetnie sprzedawała się płyta akordeonisty Marcina Wyrostka, zwycięzcy drugiej edycji programu. W kolejce czeka grupa Enej, laureaci „Must Be The Music”, oraz trójka finalistów zakończonego właśnie „X Factora”, dobierana zgodnie z zasadami telewizji: młoda dziewczyna (Ada Szulc), mężczyzna po przejściach (Gienek Loska) i chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy (Michał Szpak).

Czar pryska, gdy się dowiemy, że Enej to nie debiutanci, Wyrostek miał mnóstwo sukcesów na koncie przed pojawieniem się w TVN, grupa Bednarka podpisała kontrakt przed występami w telewizji, a wyjątkowo odporny na zmiany wizerunku Loska (który spośród gwiazd „X Factora” ma największe szanse na karierę) ma olbrzymie, wieloletnie doświadczenie. Co zatem rzeczywiście zmienili telewizyjni łowcy talentów?

Łowcy talentów

„Idol” i kolejne jego mutacje na pewno mocno wpłynęły na standardy rozrywki w telewizji. Wystarczy popatrzeć na oprawę tegorocznej „Bitwy na głosy”. Osiem gwiazd polskiej sceny muzycznej dyrygowało tu kilkanaściorgiem młodych wokalistów, co razem dało grubo ponad 100 osób, które trzeba wybrać w otwartym castingu, nauczyć śpiewania w chórze, ubrać, umalować i jeszcze przewieźć po Polsce. Do tego ściągnąć rozpoznawalnych prowadzących i jurorów, którzy z poświęceniem godnym większej sprawy (Grażyna Szapołowska straciła przez ten program etat w Teatrze Narodowym) przyjeżdżają, oglądają i komentują. Wszystko w olbrzymim studiu i z zastosowaniem skomplikowanej techniki scenicznej. I tak co tydzień, przez cały czas trwania programu.

Talent-show to festiwal co tydzień. Dlatego najłatwiej zauważyć zmiany, gdy popatrzymy na mapę festiwali muzyki pop. Zapaść przeżywa Sopot. Nie odbył się w roku ubiegłym, nie będzie go również w tym sezonie. Ze spadającą liczbą widzów boryka się Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. Gdy dziewięć lat temu wchodził „Idol”, festiwal oglądało średnio 6 mln widzów (dane Nielsen Audience Measurement). Zeszłoroczne Opole śledziło już tylko 3,3 mln, ale hitem była noc kabaretowa i – co jest już większym zaskoczeniem – koncert Debiutów, który zebrał większą widownię niż flagowe Superjedynki. Dlaczego? Na pewno nie bez znaczenia był fakt, że zeszłoroczne Debiuty były niejako przedłużeniem programu „Śpiewaj i walcz”, nadawanego przez TVP1. Co prawda wykorzystującego tylko polskie piosenki – co było sporym ograniczeniem – ale według sprawdzonej formuły: młodzi twórcy, publiczność, jurorzy.

Dla mnie to był sygnał, że warto w tym momencie zacząć nadrabiać zaległości nadawcy publicznego w poszukiwaniu młodych talentów – komentuje Piotr Klatt, dyrektor artystyczny festiwalu, który w tym roku odbywa się 10–11 czerwca. – Zresztą cały czas przypatrujemy się temu, co ciekawego powstaje w tej dziedzinie u innych nadawców, nie bez przyczyny wśród wielu nowych postaci polskiej piosenki pojawi się u nas Kamil Bednarek.

Programom łowiącym talenty oglądalność rośnie mimo coraz większej konkurencji. Nawet uznawane za sukces raczej umiarkowany „Must Be The Music” (Polsat) i „Bitwa na głosy” (TVP2) przebiły pod tym względem pierwsze wydanie „Idola”. I już ogłosiły, że przygotowują drugie edycje. Przodujący w tym gronie „X Factor” (TVN) zapracował na średnio 4,5-milionową widownię.

Skutek uboczny tego całorocznego konkursu na głosy jest taki, że coraz lepiej sprzedają się różnego typu składanki z nowymi wykonaniami starych przebojów, a kuleje promocja nowego repertuaru (o czym niedawno szerzej pisaliśmy w POLITYCE 8/11). Z drugiej strony, zupełnie inaczej pokazuje się wokalistów w telewizji. Nawet w programach śniadaniowych wraca śpiewanie na żywo, bo dzisiejsza publiczność – przyzwyczajona do fachowych komentarzy, że było „obok” albo pojawiły się „drobne nieczystości” – gorzej znosi playback.

Zalew piosenkowych wykonań w telewizji skłania do obcowania z muzyką ludzi, których wcześniej zupełnie nie interesowała. Są świetną telewizyjną publicznością, ale nie mają nawyku kupowania płyt.

Kuźnia wokalnych talentów

Zmieniły się też oczekiwania w stosunku do samych wykonawców. Najpierw „Idol” przyniósł na początku poprzedniej dekady obietnicę nowego otwarcia. – To były czasy, gdy pop w Polsce był trochę przestarzały, źle się kojarzył, a tu pojawili się młodzi ludzie, którzy chcieli go śpiewać po nowemu. Rynek był wyposzczony – ocenia Jacek Jagłowski, dyrektor generalny polskich filii koncernów Sony BMG i Warner, ostatnio współwłaściciel firmy płytowej QL Music.

Ta pierwsza fala wyrzuciła na nasz rynek całe grono wokalistów – żaden z nich nie został wprawdzie idolem mas, co obiecywała formuła programu, ale większość do dziś zarabia na życie śpiewaniem. Ewelina Flinta miała swój moment sławy przy okazji duetu z Łukaszem Zagrobelnym, Szymon Wydra pracowicie jeździ po Polsce ze swoim zespołem Carpe Diem, Tomek Makowiecki pokazał, poza talentem wokalnym, pewne ambicje autora piosenek, Ania Dąbrowska odniosła spory sukces rynkowy i nawet Ala Janosz, debiutująca początkowo bez sukcesu, dziś znalazła sobie bluesową niszę w zespole HooDoo Band. Laureaci kolejnych edycji (z wyjątkiem robiącej realną karierę z własnym repertuarem Moniki Brodki) zarabiają głównie jako muzycy sesyjni lub śpiewają w teatrach muzycznych.

W zestawieniu z nimi bardziej imponująco wygląda dorobek emitowanego już 18 lat programu „Szansa na sukces”, kuźni wokalnych talentów w TVP epoki przedidolowej. Wyszli z niego m.in. Justyna Steczkowska, Kasia Stankiewicz, Kasia Cerekwicka i Anna Wyszkoni.

 

Jeśli to podsumujemy, widać, że przy każdej kolejnej próbie przełożenia sukcesów w telewizji na powodzenie rynkowe było już coraz gorzej. W grę wchodzą dwa czynniki. Po pierwsze, publiczność przyzwyczaiła się do formuły talent-show i na zwycięzców patrzy nieco inaczej niż na „zwykłe” gwiazdy. Na całe lata pozostają postaciami z telewizji, odbiorcy nie mieszają ich z Madonną czy Britney Spears, tworzą dla nich oddzielną kategorię. Sugerują to badania, jakie przeprowadzili wśród niemieckich widzów takich programów Kai Lothwesen (Uniwersytet Frankfurcki) i Daniel Müllensiefen (University of London). Ich ankiety pokazały też ciekawe różnice między publicznością a jurorami. Podczas gdy ci drudzy koncentrowali się na ogólnie rozumianym wykonaniu (przez polskie jury pasjami nazywane „wykonem”), dla odbiorców najbardziej liczył się głos. A dobór repertuaru, który często zajmował jury, okazywał się dla widzów mało istotny.

Druga sprawa to inflacja gwiazd, jaką przynosi nieustannie powielana formuła talent-show. – Na Zachodzie do finału dochodzą kompletni pod każdym względem artyści. U nas nie – komentuje Jacek Jagłowski. Jego zdaniem odzwierciedla to wielkość rynku – na polskiej scenie muzycznej zaplecze fanów konkretnego wykonawcy nie pojawia się tak szybko jak na Zachodzie. – A to dzięki niemu artyście udaje się przetrwać, nawet gdy wyda słabszą płytę.

Polski rynek płytowy nie jest w stanie obsłużyć tylu debiutantów, ilu rocznie pojawia się w programach telewizyjnych. Jagłowski przypomina, że choć jego firma odnosiła sukcesy sprzedażowe – choćby z płytami Hey! i Kasi Nosowskiej – przez cztery lata funkcjonowania zdołała pokazać światu tylko dwóch zupełnie nowych artystów.

Podobnie mówią doświadczone gwiazdy – ich zdaniem fani są kluczowi. „Nawet jeśli wykonawcom z telewizji powiedzie się przez pięć lat, to trudno im będzie utrzymać się na rynku przez 25 lat” – wytykał niedawno Jon Bon Jovi, który jednak sam nie miał skrupułów, by pojawić się w amerykańskim „Idolu” jako gwiazda. Zarabiał też (jak wielu innych znanych artystów) na tantiemach za wykonania swoich starych przebojów – to jego piosenka promowała polską „Bitwę na głosy”.

Na dużych rynkach w USA czy Wielkiej Brytanii – inaczej niż w Polsce – cały przemysł boi się kolejnych generacji zwycięzców „Idola” czy „X Factora”. Brytyjczycy rozpaczają na przykład, że „X Factor” zniszczył u nich świętą instytucję hitu gwiazdkowego. Tradycyjnie prowadzenie w zestawieniach w wyjątkowym przedświątecznym tygodniu świadczyło o potędze przeboju czy konkretnego artysty. Autorzy programu próbują od sześciu lat wykorzystać ten fenomen, wypuszczając debiutanckie single zwycięzców show w kolejnych sezonach. Efekt jest porażający – spośród sześciu ostatnich bożonarodzeniowych hitów aż pięć nagrali zwycięzcy „X Factora”.

Nie udało się to jedynie w 2009 r., dzięki potężnej kampanii na Facebooku, gdzie ludzie mobilizowali się do kupowania wznowionego singla grupy Rage Against The Machine – tylko po to, by uniemożliwić kolejne zwycięstwo postaci z „X Factora”. Kampanię wspierali muzycy tej klasy co Dave Grohl (Nirvana, Foo Fighters) czy Paul McCartney.

Partyzantka z roku na rok rośnie w siłę społeczną i wpada na pomysły zakrawające na happening. W ubiegłym roku próbowała – znów w proteście przeciwko gwiazdom z telewizji – wypromować na hit gwiazdkowy utwór Johna Cage’a „4’33”, słynne cztery i pół minuty ciszy. Tym razem bez skutku. Wygrał „X Factor”, a właściwie Simon Cowell, który zrobił z tego programu casting do własnej wytwórni płytowej Syco Records i osobiście czerpie dochody zarówno z telewizyjnego formatu, jak i z ewentualnych sukcesów rynkowych jego wychowanków.

Gwiazdy telewizji

Może więc nie masowe gwiazdy zostają nam po tych programach, tylko potężni jurorzy? Sam tylko „Idol” Elżbietę Zapendowską, znaną w branży nauczycielkę wokalistek, zmienił w gwiazdę telewizji. Marcinowi Prokopowi przetarł drogę do ekranowej kariery. Maciejowi Maleńczukowi pomógł o sobie przypomnieć w trudnym artystycznie okresie, a dla Macieja Rocka był trampoliną, która uczyniła z niego czołowego prezentera Polsatu. Najwięcej dał Kubie Wojewódzkiemu, który w pierwszej edycji „Idola” pokazał się jako miejscowy odpowiednik Simona Cowella – najbardziej dowcipny i wyrazisty z jurorów. Dzięki temu sukcesowi zaczął prowadzić w Polsacie swój autorski show „Kuba Wojewódzki”, z którym cztery lata później przeniósł się do TVN, do dziś przynosząc tej stacji przyzwoite wyniki oglądalności.

Sting też uważa, że chodzi głównie o jurorów. A raczej – o ich talent do autopromocji. Dlaczego tak go to boli, można sobie uzmysłowić, śledząc doroczne zestawienia najbogatszych postaci brytyjskiego przemysłu muzycznego, przygotowywane przez „Sunday Timesa”. W ubiegłym roku Sting (wart 180 mln funtów) był na miejscu dziewiątym, a Simon Cowell (wart 165 mln) – na jedenastym. W tym roku Sting dalej jest na dziewiątym, a Cowell już na szóstym – z fortuną 200 mln. Po drodze wyprzedził Micka Jaggera i Eltona Johna.

Artyści sceny pop mają więc powody do niepokoju. Już-już mówiło się o tym, że przemysł muzyczny nie będzie im potrzebny, tymczasem pojawił się nowy, bardzo potężny pośrednik.

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Talent szał"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną