Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Talent szał

X Factor i nie tylko, czyli jak (nie) zostać idolem

Mimo coraz większej konkurencji, programom łowiącym talenty rośnie oglądalność. Mimo coraz większej konkurencji, programom łowiącym talenty rośnie oglądalność. Grzegorz Press/TVN / materiały prasowe
Po emocjonującym finale „X Factora” warto spojrzeć trzeźwo na rynek muzyczny: fenomen talent-show działa, ale trochę inaczej, niż to reklamują autorzy takich programów.
Gienek Loska, mężczyzna po przejściach.Maciej Biedrzycki/Forum Gienek Loska, mężczyzna po przejściach.
Michał Szpak, chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy.Michał Wargin/EAST NEWS Michał Szpak, chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy.
Elżbieta Zapendowska, znana w branży nauczycielka wokalistek.Mateusz Jagielski/SE/EAST NEWS Elżbieta Zapendowska, znana w branży nauczycielka wokalistek.

Te programy cofnęły muzykę o całe dekady – grzmiał dwa lata temu Sting, określając „X Factora” mianem telewizyjnego karaoke. I jemu, i innym krytykom tej gałęzi rozrywki najczęściej chodzi o wartości. O zdobycze lat 60., kiedy wykonawców muzyki popularnej – wzorem The Beatles lub Dylana – zaczęto utożsamiać z ludźmi kształtującymi własną karierę, biorącymi sprawy w swoje ręce. A nie tylko zgłaszającymi się na casting i czekającymi, co z nich zrobi profesjonalna obsługa.

Interes się jednak kręci, a uczestnicy coraz liczniejszych tego typu programów prawie zderzają się w drzwiach do kariery. Polski rynek muzyczny jest właśnie na etapie odkrywania obsady „Mam talent!” TVN: Star Guard Muffin, grupa Kamila Bednarka, sprzedała dość sensacyjnie około 70 tys. egzemplarzy swojego debiutu płytowego, teraz sił próbuje Piotr Lisiecki z albumem „Rules Changed Up”. Świetnie sprzedawała się płyta akordeonisty Marcina Wyrostka, zwycięzcy drugiej edycji programu. W kolejce czeka grupa Enej, laureaci „Must Be The Music”, oraz trójka finalistów zakończonego właśnie „X Factora”, dobierana zgodnie z zasadami telewizji: młoda dziewczyna (Ada Szulc), mężczyzna po przejściach (Gienek Loska) i chłopak z prowincji przełamujący płciowe stereotypy (Michał Szpak).

Czar pryska, gdy się dowiemy, że Enej to nie debiutanci, Wyrostek miał mnóstwo sukcesów na koncie przed pojawieniem się w TVN, grupa Bednarka podpisała kontrakt przed występami w telewizji, a wyjątkowo odporny na zmiany wizerunku Loska (który spośród gwiazd „X Factora” ma największe szanse na karierę) ma olbrzymie, wieloletnie doświadczenie. Co zatem rzeczywiście zmienili telewizyjni łowcy talentów?

Łowcy talentów

„Idol” i kolejne jego mutacje na pewno mocno wpłynęły na standardy rozrywki w telewizji. Wystarczy popatrzeć na oprawę tegorocznej „Bitwy na głosy”. Osiem gwiazd polskiej sceny muzycznej dyrygowało tu kilkanaściorgiem młodych wokalistów, co razem dało grubo ponad 100 osób, które trzeba wybrać w otwartym castingu, nauczyć śpiewania w chórze, ubrać, umalować i jeszcze przewieźć po Polsce. Do tego ściągnąć rozpoznawalnych prowadzących i jurorów, którzy z poświęceniem godnym większej sprawy (Grażyna Szapołowska straciła przez ten program etat w Teatrze Narodowym) przyjeżdżają, oglądają i komentują. Wszystko w olbrzymim studiu i z zastosowaniem skomplikowanej techniki scenicznej. I tak co tydzień, przez cały czas trwania programu.

Talent-show to festiwal co tydzień. Dlatego najłatwiej zauważyć zmiany, gdy popatrzymy na mapę festiwali muzyki pop. Zapaść przeżywa Sopot. Nie odbył się w roku ubiegłym, nie będzie go również w tym sezonie. Ze spadającą liczbą widzów boryka się Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. Gdy dziewięć lat temu wchodził „Idol”, festiwal oglądało średnio 6 mln widzów (dane Nielsen Audience Measurement). Zeszłoroczne Opole śledziło już tylko 3,3 mln, ale hitem była noc kabaretowa i – co jest już większym zaskoczeniem – koncert Debiutów, który zebrał większą widownię niż flagowe Superjedynki. Dlaczego? Na pewno nie bez znaczenia był fakt, że zeszłoroczne Debiuty były niejako przedłużeniem programu „Śpiewaj i walcz”, nadawanego przez TVP1. Co prawda wykorzystującego tylko polskie piosenki – co było sporym ograniczeniem – ale według sprawdzonej formuły: młodzi twórcy, publiczność, jurorzy.

Dla mnie to był sygnał, że warto w tym momencie zacząć nadrabiać zaległości nadawcy publicznego w poszukiwaniu młodych talentów – komentuje Piotr Klatt, dyrektor artystyczny festiwalu, który w tym roku odbywa się 10–11 czerwca. – Zresztą cały czas przypatrujemy się temu, co ciekawego powstaje w tej dziedzinie u innych nadawców, nie bez przyczyny wśród wielu nowych postaci polskiej piosenki pojawi się u nas Kamil Bednarek.

Programom łowiącym talenty oglądalność rośnie mimo coraz większej konkurencji. Nawet uznawane za sukces raczej umiarkowany „Must Be The Music” (Polsat) i „Bitwa na głosy” (TVP2) przebiły pod tym względem pierwsze wydanie „Idola”. I już ogłosiły, że przygotowują drugie edycje. Przodujący w tym gronie „X Factor” (TVN) zapracował na średnio 4,5-milionową widownię.

Skutek uboczny tego całorocznego konkursu na głosy jest taki, że coraz lepiej sprzedają się różnego typu składanki z nowymi wykonaniami starych przebojów, a kuleje promocja nowego repertuaru (o czym niedawno szerzej pisaliśmy w POLITYCE 8/11). Z drugiej strony, zupełnie inaczej pokazuje się wokalistów w telewizji. Nawet w programach śniadaniowych wraca śpiewanie na żywo, bo dzisiejsza publiczność – przyzwyczajona do fachowych komentarzy, że było „obok” albo pojawiły się „drobne nieczystości” – gorzej znosi playback.

Zalew piosenkowych wykonań w telewizji skłania do obcowania z muzyką ludzi, których wcześniej zupełnie nie interesowała. Są świetną telewizyjną publicznością, ale nie mają nawyku kupowania płyt.

Kuźnia wokalnych talentów

Zmieniły się też oczekiwania w stosunku do samych wykonawców. Najpierw „Idol” przyniósł na początku poprzedniej dekady obietnicę nowego otwarcia. – To były czasy, gdy pop w Polsce był trochę przestarzały, źle się kojarzył, a tu pojawili się młodzi ludzie, którzy chcieli go śpiewać po nowemu. Rynek był wyposzczony – ocenia Jacek Jagłowski, dyrektor generalny polskich filii koncernów Sony BMG i Warner, ostatnio współwłaściciel firmy płytowej QL Music.

Ta pierwsza fala wyrzuciła na nasz rynek całe grono wokalistów – żaden z nich nie został wprawdzie idolem mas, co obiecywała formuła programu, ale większość do dziś zarabia na życie śpiewaniem. Ewelina Flinta miała swój moment sławy przy okazji duetu z Łukaszem Zagrobelnym, Szymon Wydra pracowicie jeździ po Polsce ze swoim zespołem Carpe Diem, Tomek Makowiecki pokazał, poza talentem wokalnym, pewne ambicje autora piosenek, Ania Dąbrowska odniosła spory sukces rynkowy i nawet Ala Janosz, debiutująca początkowo bez sukcesu, dziś znalazła sobie bluesową niszę w zespole HooDoo Band. Laureaci kolejnych edycji (z wyjątkiem robiącej realną karierę z własnym repertuarem Moniki Brodki) zarabiają głównie jako muzycy sesyjni lub śpiewają w teatrach muzycznych.

W zestawieniu z nimi bardziej imponująco wygląda dorobek emitowanego już 18 lat programu „Szansa na sukces”, kuźni wokalnych talentów w TVP epoki przedidolowej. Wyszli z niego m.in. Justyna Steczkowska, Kasia Stankiewicz, Kasia Cerekwicka i Anna Wyszkoni.

Jeśli to podsumujemy, widać, że przy każdej kolejnej próbie przełożenia sukcesów w telewizji na powodzenie rynkowe było już coraz gorzej. W grę wchodzą dwa czynniki. Po pierwsze, publiczność przyzwyczaiła się do formuły talent-show i na zwycięzców patrzy nieco inaczej niż na „zwykłe” gwiazdy. Na całe lata pozostają postaciami z telewizji, odbiorcy nie mieszają ich z Madonną czy Britney Spears, tworzą dla nich oddzielną kategorię. Sugerują to badania, jakie przeprowadzili wśród niemieckich widzów takich programów Kai Lothwesen (Uniwersytet Frankfurcki) i Daniel Müllensiefen (University of London). Ich ankiety pokazały też ciekawe różnice między publicznością a jurorami. Podczas gdy ci drudzy koncentrowali się na ogólnie rozumianym wykonaniu (przez polskie jury pasjami nazywane „wykonem”), dla odbiorców najbardziej liczył się głos. A dobór repertuaru, który często zajmował jury, okazywał się dla widzów mało istotny.

Druga sprawa to inflacja gwiazd, jaką przynosi nieustannie powielana formuła talent-show. – Na Zachodzie do finału dochodzą kompletni pod każdym względem artyści. U nas nie – komentuje Jacek Jagłowski. Jego zdaniem odzwierciedla to wielkość rynku – na polskiej scenie muzycznej zaplecze fanów konkretnego wykonawcy nie pojawia się tak szybko jak na Zachodzie. – A to dzięki niemu artyście udaje się przetrwać, nawet gdy wyda słabszą płytę.

Polski rynek płytowy nie jest w stanie obsłużyć tylu debiutantów, ilu rocznie pojawia się w programach telewizyjnych. Jagłowski przypomina, że choć jego firma odnosiła sukcesy sprzedażowe – choćby z płytami Hey! i Kasi Nosowskiej – przez cztery lata funkcjonowania zdołała pokazać światu tylko dwóch zupełnie nowych artystów.

Podobnie mówią doświadczone gwiazdy – ich zdaniem fani są kluczowi. „Nawet jeśli wykonawcom z telewizji powiedzie się przez pięć lat, to trudno im będzie utrzymać się na rynku przez 25 lat” – wytykał niedawno Jon Bon Jovi, który jednak sam nie miał skrupułów, by pojawić się w amerykańskim „Idolu” jako gwiazda. Zarabiał też (jak wielu innych znanych artystów) na tantiemach za wykonania swoich starych przebojów – to jego piosenka promowała polską „Bitwę na głosy”.

Na dużych rynkach w USA czy Wielkiej Brytanii – inaczej niż w Polsce – cały przemysł boi się kolejnych generacji zwycięzców „Idola” czy „X Factora”. Brytyjczycy rozpaczają na przykład, że „X Factor” zniszczył u nich świętą instytucję hitu gwiazdkowego. Tradycyjnie prowadzenie w zestawieniach w wyjątkowym przedświątecznym tygodniu świadczyło o potędze przeboju czy konkretnego artysty. Autorzy programu próbują od sześciu lat wykorzystać ten fenomen, wypuszczając debiutanckie single zwycięzców show w kolejnych sezonach. Efekt jest porażający – spośród sześciu ostatnich bożonarodzeniowych hitów aż pięć nagrali zwycięzcy „X Factora”.

Nie udało się to jedynie w 2009 r., dzięki potężnej kampanii na Facebooku, gdzie ludzie mobilizowali się do kupowania wznowionego singla grupy Rage Against The Machine – tylko po to, by uniemożliwić kolejne zwycięstwo postaci z „X Factora”. Kampanię wspierali muzycy tej klasy co Dave Grohl (Nirvana, Foo Fighters) czy Paul McCartney.

Partyzantka z roku na rok rośnie w siłę społeczną i wpada na pomysły zakrawające na happening. W ubiegłym roku próbowała – znów w proteście przeciwko gwiazdom z telewizji – wypromować na hit gwiazdkowy utwór Johna Cage’a „4’33”, słynne cztery i pół minuty ciszy. Tym razem bez skutku. Wygrał „X Factor”, a właściwie Simon Cowell, który zrobił z tego programu casting do własnej wytwórni płytowej Syco Records i osobiście czerpie dochody zarówno z telewizyjnego formatu, jak i z ewentualnych sukcesów rynkowych jego wychowanków.

Gwiazdy telewizji

Może więc nie masowe gwiazdy zostają nam po tych programach, tylko potężni jurorzy? Sam tylko „Idol” Elżbietę Zapendowską, znaną w branży nauczycielkę wokalistek, zmienił w gwiazdę telewizji. Marcinowi Prokopowi przetarł drogę do ekranowej kariery. Maciejowi Maleńczukowi pomógł o sobie przypomnieć w trudnym artystycznie okresie, a dla Macieja Rocka był trampoliną, która uczyniła z niego czołowego prezentera Polsatu. Najwięcej dał Kubie Wojewódzkiemu, który w pierwszej edycji „Idola” pokazał się jako miejscowy odpowiednik Simona Cowella – najbardziej dowcipny i wyrazisty z jurorów. Dzięki temu sukcesowi zaczął prowadzić w Polsacie swój autorski show „Kuba Wojewódzki”, z którym cztery lata później przeniósł się do TVN, do dziś przynosząc tej stacji przyzwoite wyniki oglądalności.

Sting też uważa, że chodzi głównie o jurorów. A raczej – o ich talent do autopromocji. Dlaczego tak go to boli, można sobie uzmysłowić, śledząc doroczne zestawienia najbogatszych postaci brytyjskiego przemysłu muzycznego, przygotowywane przez „Sunday Timesa”. W ubiegłym roku Sting (wart 180 mln funtów) był na miejscu dziewiątym, a Simon Cowell (wart 165 mln) – na jedenastym. W tym roku Sting dalej jest na dziewiątym, a Cowell już na szóstym – z fortuną 200 mln. Po drodze wyprzedził Micka Jaggera i Eltona Johna.

Artyści sceny pop mają więc powody do niepokoju. Już-już mówiło się o tym, że przemysł muzyczny nie będzie im potrzebny, tymczasem pojawił się nowy, bardzo potężny pośrednik.

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Talent szał"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Za jakie grzechy? O co proboszcz procesuje się z parafianami

Ki diabeł?! – pomyślała pani sołtyska, gdy dostała wezwanie na komisariat. Wnet się jednak okazało, że żaden diabeł, tylko ksiądz postanowił ścigać parafian na drodze prawnej.

Zbigniew Borek
04.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną