Kultura

Hemingway w czyśćcu

Kto dziś płacze po Hemingway'u?

Ernest Hemingway w Afryce, 1954 r. Ernest Hemingway w Afryce, 1954 r. Forum
Ernest Hemingway zwyciężył w rankingu czytelników POLITYKI na najwybitniejszego pisarza zagranicznego XX w. Czy dzisiaj, w 50 rocznicę śmierci, nadal jest tak popularny?
Hemingway - macho. Zdjęcie z 1950 r.AKG/EAST NEWS Hemingway - macho. Zdjęcie z 1950 r.
Stworzył postać bohatera zranionego i pustego wewnętrznie, który, choć nosi różne imiona w kolejnych książkach, jest ciągle taki samWikipedia Stworzył postać bohatera zranionego i pustego wewnętrznie, który, choć nosi różne imiona w kolejnych książkach, jest ciągle taki sam

Artykuł w wersji audio

Triumf Hemingwaya zjednoczył naród polski. Wtedy wszyscy startujący prozaicy zaczęli pisać jak Papa Hemingway; mnie nazywano Hemingwayem z Koluszek” – pisał w „Pięknych dwudziestoletnich” Marek Hłasko. 50 lat po śmierci Hemingway już nie ma rzesz naśladowców, czyta się go w szkole, ale nie można znaleźć żadnej jego książki w Empiku, a jego uśmiechnięta twarz, otoczona siwymi włosami, pojawia się najczęściej w tekstach o alkoholu. W Amazonie również nie znajdziemy nowych książek, jakie zwykle pojawiają się przy okazji tego rodzaju rocznic.

Hemingway przebywa w czyśćcu. Literatura macho nie pasuje wszak do dzisiejszych czasów.

Ostatnio Hemingway powraca w filmie Woody’ego Allena „Midnight In Paris”, pokazywanym w tym roku w Cannes. Pisarz zjawia się w otoczeniu swoich paryskich przyjaciół z lat 20.: Gertrudy Stein, Scotta i Zeldy Fitzgerald. „Kocham pana książki” – zwraca się do pisarza bohater, a na to Hemingway: „Tak, to była dobra książka, ponieważ to była uczciwa książka, bo to wojna robi z człowiekiem. I nie ma nic pięknego ani szlachetnego w umieraniu w błocie, chyba że umiera się z gracją. A wtedy to jest nie tylko szlachetne, ale i odważne”. Filmowy Hemingway mówi tak, jak pisał, zdaniami wyjętymi ze swoich książek.

Styl najpopularniejszego pisarza Ameryki zawsze chętnie parodiowano; u Raymonda Chandlera w „Żegnaj laleczko” czytamy, że Hemingway to „facet, który powtarza jeden kawałek w kółko, aż nabierasz przekonania, że to jest dobre”. Ten facet wywarł jednak być może największy wpływ na całą literaturę XX w., i to wszędzie, gdzie był tłumaczony.

Stworzył postać bohatera zranionego i pustego wewnętrznie, który, choć nosi różne imiona w kolejnych książkach, jest ciągle taki sam. Mierzy się z przeciwnościami losu i dotyka śmierci. Tak jak bohater „Pożegnania z bronią” czy „Komu bije dzwon”, powieści, która sprzedawała się w Stanach „jak mrożone daiquiri w piekle”. Hemingway zawsze w ten sam sposób charakteryzuje bohatera – poprzez dialog. Żadnych przymiotników. Dzisiaj ten sposób narracji wydaje się egzotyczny, nic tu nie jest dopowiedziane, jak np. w powieści „Słońce też wschodzi”:

„– Czułem się tak strasznie. To było piekło, Jake. Teraz już wszystko skończone. Wszystko.

– No, to tymczasem – powtórzyłem – Muszę iść”.

Tęsknota za bohaterem

W Polsce po wojnie ukazała się tylko jedna książka Hemingwaya, dopiero po 1956 r. w „Przekroju” Marian Eile przełamał barierę i wydrukował dwa jego opowiadania w tłumaczeniu Miry Michałowskiej. Proza Hemingwaya robiła wtedy piorunujące wrażenie. Nawet książki, które w Stanach mocno krytykowano, jak „Zielone wzgórza Afryki”, u nas miały mnóstwo wznowień. Hemingway był kwintesencją mitu amerykańskiego bohatera, który zmaga się z żywiołami i jest wolny.

Szukano podobieństw i wpływów – najchętniej porównywano do Hemingwaya styl Hłaski, który jednak wypierał się tych porównań i o Papie nie mówił inaczej niż „brutal” i „stary cwaniak”. Najbardziej cenił opowiadania: „Śniegi Kilimandżaro” i „Jasne, dobrze oświetlone miejsce”, a „Komu bije dzwon” wyszydzał: „Po prostu przyjeżdża chłopak, żeby wysadzać mosty, zabijać innych i zginąć jak mężczyzna. Wpieprza się bez długich namysłów w największe nieszczęście, jakie może spotkać naród: w wojnę cywilną”.

Kiedy w 1954 r. gruchnęła wiadomość, że Hemingway zginął w katastrofie samolotu (wyszedł z tego cało), Tyrmand był bardzo poruszony. „Smutno, to jeden z większych w całym naszym półwieczu – pisał w „Dzienniku”. – Dla mnie duży pisarz to ten, kto potrafi skonstruować bohatera swej własnej epoki. Umiał to Goethe, Byron, Balzac. Potrafił to Hemingway. Jakże on pięknie sprowadził męskie tęsknoty za mężczyzną do jednego Roberta Jordana w »Komu bije dzwon«. To w prozie, a w poezji »Stary człowiek i morze«, bo przecież ta powieść to poemat”.

Hemingway wpłynął niewątpliwie na prozę Marka Nowakowskiego, który pisał we wspomnieniach: „Na pewno dużo impetu moim pisarskim próbom dostarczała literatura z szerokiego świata. Jednym z cennych osiągnięć Października był stały dopływ przekładów z literatury światowej. Być może reglamentowany, ale i tak wypełniał dotychczasowe luki. Rzeczowy styl Hemingwaya, oszczędność i szorstkość jego prozy. Przestrzenie między słowami pełne ukrytych znaczeń”. Ten styl i oszczędność słów stały się przedmiotem anegdoty, opowiadanej przez Piotra Skrzyneckiego w wywiadzie dla POLITYKI w 1980 r. „[To było] gdzieś w 1959 r. Prowadziliśmy już wtedy Kabaret [Piwnicę pod Baranami]. No i Andrzej Głowacz przyprowadził do nas Martę Gelhorn, drugą żonę Hemingwaya. To był – zdaje się – ten »Króliczek« z »Komu bije dzwon«. Ona przyjechała do Krakowa oficjalnie i na bardzo krótko, a potem włóczyła się z nami po kraju przez dziesięć dni. Miała mnóstwo pieniędzy, a my wcale. Gadaliśmy o różnych rzeczach. Powiedziała – o ile dobrze zrozumiałem tę rozmowę – że Hemingway dlatego ma taki czysty, prosty język, że zna tylko dwieście słów angielskich”.

 

Doświadczyć śmierci

Silny jak niedźwiedź, krzepki żołnierz, myśliwy, bokser i kobieciarz – Hemingway szybko stał się bohaterem masowej wyobraźni. Jakby umyślnie wystawiał się na niebezpieczeństwo, żeby mieć o czym pisać. Uważał, że nie warto pisać o czymś, czego się nie przeżyło. Eustachy Rylski opisuje ten fenomen w książce „Po śniadaniu”: „Wiedział, o czym pisze. Chciał poznać, jak rwie posieczone ciało, to zakosztował szrapnela pod Fossaltą, z dwustoma bliznami i platynową płytką w kolanie na pamiątkę, chciał poznać, co to znaczy stracić nagle wojennych kumpli, więc asystował tym stratom w amerykańskich kolumnach sanitarnych podczas kampanii włoskiej, chciał wiedzieć, kim jest niedostrzelony, półtonowy afrykański bawół, to polował w Kenii, co znaczy być kochanym, podziwianym, celebrowanym, zdradzanym, porzucanym, więc nie żałował sobie przyjaciółek, kochanek, żon. Wiedzieć chciał, czym jest pijaństwo, i pilnie się przez całe życie tego dowiadywał, podobnie jak tego, czym są przestworza, gdy latał ryzykownie nad wschodnią Afryką i okupowaną Francją. Wreszcie doświadczyć chciał nagłej, męskiej, całe życie wyczekiwanej śmierci, więc młodszy niż ja teraz, zamożny, wyniesiony przez sławę ponad Olimp, włożył sobie w usta dryling, sztucer lub strzelbę i nacisnął spust”.

Nieustannie ocierał się o śmierć – we Włoszech w 1918 r., we Francji w czasie drugiej wojny światowej, w katastrofie lotniczej w Afryce, ale najczęściej w wypadkach samochodowych po alkoholu. Kiedyś pijany we własnym domu, zamiast za spłuczkę, pociągnął za sznur od lampy, która rozbiła mu się na głowie, zostawiając sześć głębokich ran. Takich wypadków było sporo.

W opisie Rylskiego jego życie wygląda jak męska legenda. Z tym mitem swojego życia musiał się Hemingway ciągle mierzyć, dorównywać mu i to na oczach prasy, która na bieżąco wszystko komentowała. Musiał udowadniać nie tylko odwagę i męstwo, ale też swoją męskość i potencję. To ściganie się z obrazem samego siebie przypominało koszmar. I rzeczywiście, obraz jego życia, jaki wyłania się z biografii Kennetha S. Lynna, to nie są drinki i pływanie na jachcie, ale traumy i obsesje dręczące go od dzieciństwa.

Farbowany macho

O swojej matce zwykł mówić „ta dziwka”. Dręczyła go samobójcza śmierć ojca, lekarza. Obwiniał o nią matkę, która zniszczyła, podporządkowała sobie ojca. Nigdy nie chciał pisać o swoim dzieciństwie, zabronił matce udzielać jakichkolwiek wywiadów prasie, bał się też, żeby nikt nie zobaczył jego zdjęć z dzieciństwa, kiedy to matka ubierała go jak dziewczynkę. To jej musiał udowadniać ciągle, jakim jest dzielnym mężczyzną, po to, żeby nie zdominowała go tak jak ojca.

Strach przed dominującą matką, zdaniem biografów, przeniósł się na inne kobiety. Zdemaskowała go – i nie mógł jej tego nigdy wybaczyć – Gertruda Stein w Paryżu. W „Autobiografii Alicji B. Toklas” pisze, że Hemingway nigdy nie odważy się opisać swojej prawdziwej historii, czyli pragnień homoseksualnych i skłonności do Scotta Fitzgeralda. Jednak spróbował te pragnienia opisać. W ostatniej książce „Rajski ogród”, która ukazała się dopiero w 1986 r. i z dużymi skrótami, odnajdujemy marzenie o poślubieniu dziewczyny, która byłaby chłopcem. W ogóle najciekawsze bohaterki kobiece są u Hemingwaya nieco męskie – choćby Brett (nosząca męskie imię) ze „Słońce też wschodzi”, która wodzi na pokuszenie mężczyzn, czy właśnie Katherine z „Rajskiego ogrodu”.

Hemingway dzisiaj czytany opowiadałby więc nie tylko o zmaganiu z przyrodą i spotkaniu ze śmiercią, ale i o uwięzieniu w płci, o maskaradzie, pod którą trzeba ukrywać prawdziwe pragnienia. Starzejący się pisarz w życiu wręcz histerycznie grał rolę macho – podrywał dziewczyny na pokaz i czasem je publicznie poniżał, zapijał się codziennie.

W latach 50. był niemal nieustannie pogrążony w depresji i rozpaczy. Coraz wyraźniej czuł rozpad ciała i niemożność pisania. Już wcześniej często surowo oceniał swoje książki, a teraz był przerażony swą nieudolnością. I w tym kryzysowym czasie powstał „Stary człowiek i morze”, opowieść, która przyniosła mu najpierw nagrodę Pulitzera, a potem Nobla. Po jego otrzymaniu jeszcze bardziej się bał, że nic więcej nie będzie w stanie napisać. I wtedy właśnie w Paryżu hotelowy portier niespodziewanie wręczył mu walizeczkę – w środku były jego notatki z lat 20. Tak powstało „Ruchome Święto”, opowieść o Paryżu, która zainspirowała Woody’ego Allena. W tej książce, wydanej już po śmierci Hemingwaya, pisarz chciał się zemścić na Gertrudzie Stein, opisując jakieś kompromitujące ją spotkanie i deklarując, że więcej nie będzie jej odwiedzał.

Portret niedokończony

„Hemingway nie jest już moim idolem” – pisze Rylski w „Po śniadaniu”. Jak dziś czyta się Hemingwaya? Nieznośne są wątki romansowe, te nieustanne zapewnienia „Kochasz? – Kocham” brzmią staroświecko i cynicznie zarazem. Denerwują postacie kobiet, a rozmowy z nimi nużą. „– Zrobię, co zechcesz, i będę mówiła, co zechcesz, i wtedy będę ci się ogromnie podobała, prawda?”. „– Tak” – odpowiada na to bohater „Pożegnania z bronią”. Większość kobiet u Hemingwaya próbuje przypodobać się bohaterom, ćwierkają i przymilają się. Tylko w „Śniegach Kilimandżaro” bohater szczerze przyznaje przed sobą, że całe to gadanie o miłości to kłamstwo. Zresztą „Śniegi Kilimandżaro”, opowieść o umierającym mężczyźnie, któremu gnije noga, jest rzeczywiście przejmująco napisana.

„W tym, co człowiek pisze, różne sprawy mogą nie być natychmiast dostrzegane (…), ale z czasem stają się całkiem jasne” – tak pisał Hemingway z okazji Nagrody Nobla. I rzeczywiście, w jego twórczości, na szczęście, odnajdujemy po latach inne znaczenia niż przed półwiekiem. Tak się dzieje choćby z jego opisami corridy. Wiemy, że Hemingway to lubił, raz nawet uratował kogoś, kogo zaatakował byk (choć może to tylko legenda), ale dziś te fragmenty powieści brzmią przerażająco, zwłaszcza opisy reakcji tłumu, który żąda krwi. Hemingway potrafi pokazać grozę. Jego świat to krzyk i ból. U niego kosmos „bezdusznie obraca się całą wieczność”, a życie ludzkie pozbawione jest nadziei. I to porusza czytelnika tak jak dawniej.

Paradoksalnie, przetrwały próbę czasu jego kawałki dziennikarskie, których w ogóle nie cenił, jak relacje wojenne. Nie tylko pisał, musiał się angażować. We Francji, w 1944 r., jako korespondent wojenny brał udział w walkach.

Dzisiaj nie jest już superbohaterem. Rok temu świat obiegła wiadomość, że w 1941 r. został zwerbowany przez sowiecki wywiad. To kolejny element nowego, niedokończonego portretu Hemingwaya. Widzimy człowieka słabego, dręczonego homoseksualnymi pragnieniami, ulegającego depresji, zapitego i zrozpaczonego, obsesyjnie myślącego o samobójstwie. Żyjącego tylko dopóki mógł pisać. Widzimy też pisarza, który starał się być zawsze w środku zdarzeń, w działaniu. W tym był najlepszy. I taki Hemingway mógłby już śmiało wyjść z literackiego czyśćca.

Polityka 27.2011 (2814) z dnia 28.06.2011; Kultura; s. 71
Oryginalny tytuł tekstu: "Hemingway w czyśćcu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną