Kultura

Mówi się

Kultura natychmiastowego odzewu

Raper Tede. Słynie z obrażania swojego „kolegi po mikrofonie” Pei Raper Tede. Słynie z obrażania swojego „kolegi po mikrofonie” Pei Wytwórnia Wielkie Joł / materiały prasowe
W dzisiejszej kulturze, przeładowanej elektroniką, nieoczekiwanie wzrasta znaczenie bezpośredniego kontaktu, żywej mowy, natychmiastowego odzewu.
Raper Peja. Słynie z obrażania TedegoIgor Wojtkowiak Raper Peja. Słynie z obrażania Tedego

Jest trochę tak, jak przewidywał Marshall McLuhan: po rządzącej światem erze druku, która uwzniośliła umysł racjonalny, nadeszła era mediów elektronicznych, które sprzyjają powrotowi pierwotnej spontaniczności. Według kanadyjskiego entuzjasty globalnej wioski, radio miało być „plemiennym bębnem”, a telewizja przywracała panującą w epoce przedpiśmiennej równowagę między zmysłami, zaburzoną przez druk. Współcześni kontynuatorzy myśli McLuhana zwracają uwagę na pogłębianie się tej tendencji przez nowe media: ich interakcyjny charakter powoduje, że wraca do życia kultura oralna.

Warto zadać sobie choćby takie pytanie: czy esemes albo wpis na internetowym forum dyskusyjnym należą do tej samej dziedziny co informacja w gazecie albo fragment książki? Otóż wszystko wskazuje na to, że nie, bo w przypadku esemesów i postów internetowych mamy do czynienia nie tylko z lapidarnością, ale też z charakterystycznym dla języka mówionego zastosowaniem kodu ograniczonego, gdzie zawsze uzupełnieniem wypowiedzi jest jej sytuacyjny kontekst.

Powszechnie narzeka się, że młode pokolenie unika kontaktu z książką czy drukowaną prasą, ale przy owych narzekaniach dobrze byłoby pamiętać, iż to pokolenie ma wrażliwość ukształtowaną już przez nowe media, więc woli żywy komunikat, który może od razu skomentować. Nawet studenci dziennikarstwa powszechnie kojarzą swą przyszłą profesję z pracą z mikrofonem i kamerą, a nie z mozolnym wysiłkiem układania tekstu, który stanie się treścią drukowanej gazety.

Młodzi ludzie już w szkole średniej, a niektórzy nawet w podstawowej, doświadczyli charakterystycznej zmiany cywilizacyjnej – ich wiedza była sprawdzana już nie tylko przez klasówki, ale także przez prezentacje, w których słowo mówione mogło być wspomagane pokazywanymi z użyciem komputera obrazkami. Z kolei na uczelniach multimedialna prezentacja zastępuje tradycyjny wykład. Podobnie – na szkoleniach biznesowych, konferencjach naukowych, na zebraniach w korporacjach i właściwie wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z relacją prelegent–audytorium.

Jaka jest różnica między prezentacją a wykładem? McLuhan powiedziałby zapewne, że wykład ma strukturę linearną, wypracowaną przez piśmienność i utrwaloną przez kulturę druku, prezentacja zaś ma charakter wielozmysłowy, mozaikowy, opiera się na żywym wzajemnym kontakcie prelegenta z audytorium, ergo porzuca Gutenberga na rzecz przekazu ustnego.

Taki przekaz wygrywający z piśmiennością (w tym także literacką) przejawia się dziś w telewizji, kinie, no i rzecz jasna, na estradzie. Nieustannie gada się w telewizji, w dodatku gada się w sposób właściwy rozmowom potocznym: w sitcomach, reality shows i w większości telenowel mówi się za pomocą równoważników zdań, bez jakiejkolwiek dbałości o formę wypowiedzi. Kiedyś wydawało się, że gadające głowy w telewizji to przeżytek i forma wybitnie nieatrakcyjna, bo pozbawiona żywej akcji. W polskiej telewizji programy polegające na dyskusji w studiu królowały w latach 60. W następnej dekadzie było ich coraz mniej, co wynikało z przekonania, że nie pasują do tzw. specyfiki telewizyjnej, która zamiast siedzenia i gadania, woli ruch i częste zmiany dekoracji.

Teraz jednak największą popularnością cieszy się gatunek talk-show, czyli program z definicji gadany. Jest to jednak zupełnie inne gadanie niż to z czasów „Pegaza” prowadzonego przez Krzysztofa Teodora Toeplitza. W programach Szymona Majewskiego czy Kuby Wojewódzkiego nie ma miejsca na rozmowę kameralną, która dobrze korespondowałaby z czytelniczą samotnością. Rozmowa ma być widowiskiem. Nie liczy się jakakolwiek jej głębia i merytoryczna doniosłość, ale dynamika. Co więcej, używana tam mowa nie musi, a nawet nie powinna mieć wiele wspólnego z literacką polszczyzną, bo ma trafiać do publiki, która z literaturą ma do czynienia raczej rzadko.

Shrek zamiast Ujejskiego

To samo dotyczy kinematografii. Nieprzypadkowo dawniej czołówka polskich teoretyków i krytyków filmowych wywodziła się niemal wyłącznie z kręgów polonistycznych, film uchodził zaś za dziedzinę przyliteracką. Teraz sytuacja jest inna i w naszej kinematografii, co najmniej od czasów „Psów” Władysława Pasikowskiego, więcej mamy „relacji z miejsca wydarzeń” niż literatury.

Literackość, która jeszcze 20 lat temu wydawała się całkiem oczywistym układem odniesienia dla audiowizualności, dziś wydaje się jej przeciwieństwem. Nie tylko dlatego, że z telewizji znikają programy poświęcone literaturze. Przede wszystkim dlatego, że medialny kontekst telewizji tworzy dziś nie książka ani nawet gazeta, ale Internet. Oto dlaczego bohaterowie dzisiejszych telenowel, inaczej niż dawni czterej pancerni czy kapitan Kloss, mówią krótkimi zdaniami, używając do tego sytuacyjnego kontekstu, ich mowa jest mową ulicy, a nie salonu.

Zresztą, mówią tak nie tylko bohaterowie seriali, ale też występujący przed kamerą politycy. Przypomnijmy sobie posła Węgrzyna z jego uwagami o lesbijkach albo posłankę Kempę, przekrzykującą się z Moniką Olejnik.

W tzw. medialnym życiu publicznym widać wyraźnie rękę specjalistów od wizerunku i konsekwencje szkoleń przygotowujących polityków do występów publicznych. Mowa oparta na literackim i linearnym schemacie uchodzi za sztywną, nudną, nieatrakcyjną. Trzeba być wyrazistym oraz gotowym do natychmiastowej riposty. Cytaty z literatury, jak pokazało choćby pamiętne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego z fragmentem „Chorału” Kornela Ujejskiego, postrzegane są jako niezrozumiała ekstrawagancja. Lepiej już odwoływać się do kultury popularnej, jak choćby premier Tusk porównujący Grzegorza Schetynę do Shreka.

Dziś żywiołem występów publicznych jest oczywiście starcie, wymiana ciosów i – powtórzmy – charakterystyczna dla kultury oralnej interaktywność.

Walter J. Ong, niegdysiejszy współpracownik McLuhana, w swym słynnym dziele „Orality and Literacy” analizuje zjawisko, które nazywa wtórną oralnością (secondary orality). Owa wtórna oralność pojawia się wraz z prymatem mediów elektronicznych, a różni się od oralności pierwotnej, tak jak debata Lincolna z Douglasem z 1858 r. od współczesnych telewizyjnych debat prezydenckich w USA. Lincoln i Douglas „stawali naprzeciw siebie na otwartej przestrzeni w prażącym słońcu lata w Illinois, w obecności reagującej żywo publiczności, liczącej od 12 tys. do 15 tys. osób (...). Pierwszy przemawiał godzinę, drugi półtorej godziny, i znowu pierwszy pół godziny, odpierając zarzuty, a wszystko odbywało się bez jakiegokolwiek sprzętu nagłaśniającego”.

Według Onga, debata telewizyjna jest nie tylko, co zrozumiałe, krótsza, ale też delikatniejsza, bo dominuje w niej „łagodne, piśmienne zadomowienie”. Dzisiejsza praktyka brutalnie weryfikuje ten pogląd. Jeżdżąca po Stanach Sarah Palin piętnuje urzędującego prezydenta z taką samą siłą jak Douglas Lincolna. W Polsce temperatura politycznych sporów też nie jest niższa i też bardziej odpowiada oralności pierwotnej niż wtórnej. Walczący ze sobą politycy przypominają pod tym względem artystów hip-hopu.

Chłostanie słowem

Walter J. Ong pisał o „agonistycznym charakterze zachowań werbalnych” w kulturze oralnej: „Pismo sprzyja abstrakcji, odrywa wiedzę od obszaru dramatów ludzkiego bytowania, oddziela poznającego od tego, co poznawane. Oralność, zanurzona w świecie doświadczenia życiowego, sytuuje wiedzę w kontekście ludzkich zmagań”. Ong podaje przykłady przysłów i zagadek, które inicjują współzawodnictwo, „chłostanie słowem”, poniżanie przeciwnika i jego matki, co praktykują młodzieżowe gangi Jamajczyków w Nowym Jorku. „Wzajemne przezywanie się, typowe dla społeczności oralnych całego świata – zauważa Ong – otrzymało w językoznawstwie amerykańskim specjalną nazwę: flyting (fliting) – kłótnia”.

W języku hiphopowym taką nazwą jest diss (z ang. disrespect). Diss to atak słowny na konkretnego przeciwnika, najczęściej innego rapera. Często zdarza się, że pojedynczy diss skutkuje całą serią ataków i odpowiedzi. Taka hiphopowa kłótnia to w środowiskowym slangu beef. Najsłynniejsze beefy w historii polskiego hiphopu to wzajemne zaczepki Nagłego Ataku Spawacza i Liroya oraz Tedego i Pei. Peja obrażał Tedego:

„Seria twoich przypałów nie ma końca bananie

marna kopia Jay-z dla Polaków to zbyt tanie

Tede, ty celebrycie, chcesz być na szczycie?

(...) Dobrze wiem, co z nim zrobić

Tedego dobić

wszystko na mój koszt (ha!), tak to się robi

dobrze wiecie, co zrobić (ha!), Tedego dobić

tak kończą frajerzy, a on nie wie, o co chodzi”.

W rymotwórczej praktyce hip-hopu (podobnie jak w wypowiedziach polityków) trudno trafić na inspiracje lekturowe, ujawnia się za to wpływ Internetu, kultury audiowizualnej i tabloidowej. Ta uwaga nie musi się zresztą odnosić wyłącznie do wykonawców hiphopowych. Unikanie „piśmiennej literackości” to przecież jedna z głównych cech rocka, eksponowana szczególnie wyraźnie w momentach, gdy muzyka rockowa chciała ostro przeciwstawiać się kulturowemu establishmentowi.

Jak widać, ani politycy, ani telewizyjni showmani, ani hiphopowcy nie są wcale osamotnieni w swoim dystansie do Galaktyki Gutenberga.

Polityka 37.2011 (2824) z dnia 07.09.2011; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Mówi się"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Sarmata, hipis, mundurowy? Polskie wzorce męskości

Dr hab. Wojciech Śmieja o tym, jak ukształtował się osobliwy, polski wzorzec tak zwanego prawdziwego mężczyzny.

Ewa Wilk
30.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną