Kultura

Malarz dyrygent

Co zmalował Hans Makart w Wiedniu

„Wenecja składająca hołd Caterinie Cornaro”, 1872/73 r. „Wenecja składająca hołd Caterinie Cornaro”, 1872/73 r. Belvedere Vienna / materiały prasowe
Podziwiając wszechobecne w Wiedniu i niemal teatralne przeładowanie i dekoracyjność, warto pamiętać, że za ów osobliwy gust odpowiada właściwie jeden człowiek – Hans Makart, któremu wdzięczni Austriacy poświęcili właśnie dwie wystawy.
Słynna pracownia Makarta, 1880 r.Wien Museum/materiały prasowe Słynna pracownia Makarta, 1880 r.
Artysta w renesansowej kreacji stanął na czele pochodu na cześć cesarskiej pary, 1879 r.Wien Museum/materiały prasowe Artysta w renesansowej kreacji stanął na czele pochodu na cześć cesarskiej pary, 1879 r.
Część ekspozycji cyklu „Pięć zmysłów”, 1872-79 r., prezentowanej w wiedeńskim Dolnym Belwederze.EVA WÜRDINGER/materiały prasowe Część ekspozycji cyklu „Pięć zmysłów”, 1872-79 r., prezentowanej w wiedeńskim Dolnym Belwederze.

Wiedeńczycy noszą w sercach Makarta równie troskliwie jak cesarza Franciszka Józefa czy Franza Josefa Straussa. A może i bardziej, bo nie tylko rozsławiał on miasto, ale i był dla jego mieszkańców wielkim przewodnikiem po splątanych ścieżkach gustu i estetyki. Szybko bogacące się austriackie mieszczaństwo drugiej połowy XIX w. potrzebowało dla swojego materialnego prestiżu odpowiedniej oprawy. I właśnie młody malarz z Salzburga okazał się w tej kwestii mężem opatrznościowym: pokazał, jak lokować pieniądze, by budzić zachwyt i zazdrość innych. Przekonał rodaków, że przeładowanie, ostentacja, nadmiar dekoracji czy umowność stylistyczna są walorami, a nie wadami.

Dziś wystarczy pooglądać wiedeńskie wystawy, zajrzeć do restauracji, popatrzeć na ludzi odwiedzających teatry, by przekonać się, że idee Makarta są ciągle żywe.

Urodził się w 1840 r. w Salzburgu, gdzie w lobby hotelu Bristol do dziś wiszą jego prace. Studia kończył w 1865 r. Można powiedzieć, że ze swym zawodowym debiutem trafił na czasy, gdy powoli kruszały fundamenty europejskiej sztuki. Już wcześniej lekko naruszył je Courbet czy Turner, a w latach 60. do dzieła ostatecznego zburzenia zabrała się mocarna gromadka Francuzów: Renoir, Monet, Manet (już w 1863 r. namalował „Olimpię”), Degas, Pissarro. Praktycznie rówieśnikiem Makarta był Cezanne, zaś tylko o 10 lat młodsi od niego – Gauguin i van Gogh.

Uzdolnionemu Austriakowi dalekie były jednak twórcze rozterki i poszukiwania epoki. Wybrał drogę prowadzącą wówczas dużo prościej do sukcesu i uznania: tzw. malarstwa akademickiego. To tam czekała sława, pieniądze, przychylność możnych i niezliczone zamówienia.

Zgorszeni Dżumą

Pozbawiony talentu Makart i na tej usłanej różami drodze niczego by nie wskórał. Ale jemu talentu nie brakło. A także mecenasa – został wcześnie rozpoznany i dobrze prowadzony przez jednego z najsłynniejszych akademików owych czasów, działającego na uczelni w Monachium Karla von Piloty’ego. Nic dziwnego, że jego kariera rozwijała się bez przeszkód.

Trzy lata po dyplomie namalował „Dżumę we Florencji” – tryptyk przedstawiający orgię w obliczu śmierci. Pracę komentowali słynni uczeni i myśliciele (m.in. Nietzsche), a pokazywana w wielu europejskich krajach wywoływała zarówno zainteresowanie, jak i zgorszenie.

Sława malowidła dotarła do wiedeńskiego dworu i o to chyba chodziło. Już w następnym roku do młodego malarza nadeszło zaproszenie do zamieszkania w Wiedniu, wystosowane osobiście przez cesarza Franciszka Józefa.

Władca szczycił się wprawdzie tym, że nie przeczytał w życiu ani jednej książki, ale piękne przedmioty najwyraźniej cenił. Propozycja nadeszła w kwietniu, a już we wrześniu artysta zajął apartament i okazałą pracownię, znajdujące się niedaleko cesarskiej rezydencji Belvedere. Nie musiał zaciągać kredytu – lokum zafundował mu cesarz, płacąc dodatkowo za przebudowę zaprojektowaną przez wybitnego architekta von Hasenauera.

Makart miał wówczas 29 lat. Trzy lata później rozbudował siedzibę do rozmiarów potężnej neorenesansowej willi. Oto mecenat! – mogą jedynie westchnąć współcześni młodzi mistrzowie artystycznych instalacji, happeningu czy wideo-artu.

Twórca dokładnie wiedział, czego się od niego oczekuje. Już w rzeczonej „Dżumie...” ujawnił najbardziej charakterystyczne walory malarskie tak kochanego przez europejskich mieszczan akademizmu: wybór oryginalnego tematu, ekspresja, narracyjność, staranna kompozycja i nienaganna technika, alegoryczność. I starannie owe cechy rozwijał.

Nic więc dziwnego, że szybko zaczęto wymieniać jego nazwisko jednym tchem z innymi mistrzami gatunku, takimi jak Bourquereau, Alma-Tadema, Delaroche czy Meissonier. Ale Makart dołączył jeszcze jedną wartość, która sprawiła, że popularnością szybko prześcignął konkurentów. Otóż obraz stał się dla niego jedynie pretekstem do budowania wspaniałego, olśniewającego spektaklu – początkowo malarskiego, a z czasem obejmującego jego życie.

Gdyby do ówczesnej sztuki stosować dzisiejsze kryteria, można by o obrazach Makarta powiedzieć: efekciarskie. Ale wówczas takich właśnie od niego oczekiwano. I artysta malował. Sporo wystudiowanych, upiększonych portretów, bo przecież nie sposób zignorować bogate klientki. Ale przede wszystkim sceny historyczne. Wypełnione narracją, emocjami i kłębowiskiem ciał. Ogromne, bywało, że liczące po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Mające widza rzucić na kolana i utrzymać w tej pozycji przez dłuższy czas.

 

Kroczącemu od sukcesu do sukcesu artyście szybko przestała wystarczać sława malarza. On postanowił kształtować kompleksowo estetykę wiedeńczyków, być kimś takim jak dziś Phillipe Starck pospołu z Frankiem Gehrym, Lady GaGą i Kevinem Kleinem. Projektował więc fasady pałaców i ubiory, decydował o tym, jakie meble powinny znaleźć się w salonie, jakie kolory preferować, czym się zachwycać, a co pogardliwie odrzucać.

Szczytowym momentem owego królowania gustom było przygotowanie przez Makarta w 1879 r. uroczystego pochodu z okazji srebrnych godów cesarza Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety. 14 tys. uczestników przebrano w stroje z epoki renesansu, przygotowano 29 specjalnie uszykowanych powozów. Na czele tego pompatycznego tłumu kroczył, oczywiście, sam artysta. A wszystkiemu przyglądało się 300 tys. widzów.

Oryginalne eksponaty z tego wydarzenia oglądać można na drugiej z wystaw poświęconych artyście, zorganizowanej pod znamiennym tytułem „Makart. Artysta, który dyryguje miastem”.

Pracownia jak dzieło

Niezwykle ważnym elementem kształtowania przez Makarta własnego image’u stała się jego pracownia. To w ogóle były czasy, gdy najważniejszym elementem, świadczącym o pozycji twórcy, stawało się jego miejsce pracy. Makart, który sam się chętnie zwał „księciem malarzy”, zadbał o nie w sposób szczególny.

Tak go opisuje Andrzej Pieńkos w książce „Dom sztuki. Siedziby artystów w nowoczesnej kulturze europejskiej”: „Do wielkiej przestrzeni atelier przylegała poczekalnia, »pokój audiencyjny«. Wnętrza dekorował Makart tak obficie tkaninami, sztucznymi palmami, bukietami, meblami, zbrojami, że stylistyczny wyraz całości zupełnie się zatarł (...). W istocie pozorny nieład pracowni był aranżacją, która nie musiała już nawet inspirować malarza, przede wszystkim spełniała rolę dekoracji w spektaklu życia artysty”.

Codziennie między godziną 16 a 17 pracownię można było zwiedzać, oczywiście uprzednio zapisawszy się na specjalnej liście. Bywał w niej i cesarz, organizowano liczne przyjęcia, m.in. na cześć Ryszarda Wagnera. A zamożni wiedeńscy mieszczanie starali się przenosić do swoich mieszkań ów styl, jak tylko potrafili.

W pewnym momencie co drugi apartament wzdłuż Ringu był mniej lub bardziej udaną wariacją na temat pracowni Makarta. Niestety, żadne z tych wnętrz nie zachowało się do dziś, choć na wystawie spróbowano częściowo zrekonstruować jedno z nich – obficie dekorowany gigantycznymi obrazami artysty gabinet znanego w owych czasach mecenasa sztuki Nikolausa Dumby.

Będącego u szczytu powodzenia artystę powalił prozaiczny syfilis. Zmarł w 1884 r. na skutek chorobowych powikłań, kilka miesięcy wcześniej przeżywając jeszcze stres z powodu pożaru w jego willi, który strawił wiele elementów wyposażenia i część prac.

Sentymentalizm i przesada

Wiedeńska wystawa prowadzi nas przez twórczość Makarta uważnie i niespiesznie. Od najwcześniejszych po najpóźniejsze dzieła. Z uwzględnieniem dorobku mistrzów, na których się wzorował (m.in. Piloty, Delacroix), i tych, którzy wzorowali się na nim.

Sporo tu prac o tematyce mitologicznej, będącej ulubionym, poza historią, źródłem inspiracji artysty. Króluje ogromne płótno „Bachus i Ariadna” (5×8 m), ale nie brak rozlicznych nagich nimf, lubieżnych faunów, pomniejszych bogów, a wszystko zanurzone w sielankowej atmosferze. Jest popularny, pełen ruchu i narracji „Wjazd Karola V do Antwerpii”, sentymentalna „Śmierć Kleopatry”, a przede wszystkim największe z dzieł (4×10 m) „Wenecja składająca hołd Caterinie Cornaro”. Wszystko doskonale zainscenizowane, z rozmachem i maksymalną zmysłowością.

Makartowi trzeba oddać należne honory przede wszystkim za to, że swą wtórną akademicką dekoracyjnością przygotował grunt pod nadejście dużo już bardziej oryginalnej i nie tak rozbuchanej secesji. Dzisiaj jego dzieła można oczywiście podziwiać, ale zachwycać się nimi lub je przeżywać już trudno. Chyba że nie przeszkadza nam sentymentalizm, efekciarstwo, przesada. Był Makart niedoścignionym mistrzem w kreowaniu ekskluzywnej kultury, tej codziennej i tej odświętnej. A z takich wzorców trudno się rezygnuje, nawet gdy mocno trącą naftaliną.

Polityka 41.2011 (2828) z dnia 04.10.2011; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Malarz dyrygent"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną