Kultura

Moc żywych trupów

Zombie z popkultury

Zombie-naziści z filmu Snow Dead, czyli horror do kwadratu. Zombie-naziści z filmu Snow Dead, czyli horror do kwadratu. BEW
Kultura masowa uzależniona jest od zombie. Świat potrzebuje ich jako idealnej symulacji możliwej katastrofy. A Polacy właśnie nauczyli się na nich zarabiać.
„The Walking Dead” - serial TV Fox, bedący klasycznym ujęciem apokalipsy zombie.Forum „The Walking Dead” - serial TV Fox, bedący klasycznym ujęciem apokalipsy zombie.
„Dead Island” - gra wideo polskiego studia Techland bije na świecie rekordy sprzedaży.materiały prasowe „Dead Island” - gra wideo polskiego studia Techland bije na świecie rekordy sprzedaży.
„Wysyp żywych trupów” z 2004 r. - naprawdę zabawna komedia o zombie.BEW „Wysyp żywych trupów” z 2004 r. - naprawdę zabawna komedia o zombie.

Artykuł w wersji audio

Najpewniejsza jest ucieczka. Zombie zwykle poruszają się wolno i niezdarnie. Chociaż nigdy się nie męczą, łatwo im zniknąć z pola widzenia. Pod warunkiem, że poza jedną grupą chwiejących się zombie nie czyha na nas kolejna. Wtedy przyjąć można plan B, który polega na wspinaniu się (na strome wzniesienia, budowle, drzewa), ponieważ żywe trupy mają z tym problem. A jeśli brak do tego warunków, zostaje plan C – eksterminacja. Strzał w głowę lub jej odcięcie i spalenie zwłok.

Niewielu wchodzących w dorosłość ludzi wie, jak się zachować, gdy atakuje ich niedźwiedź albo dzik. Za to na atak zombie przygotowany jest każdy nastolatek. Naturalnym poradnikiem są filmy, komiksy i książki. To wątek nieprzerwanie obecny w kulturze już od XIX w., choć i wcześniej w opowieściach ludowych pojawiały się dość podobne ghule i rewenanty. Nasilił się po premierze „White Zombie” z Belą Lugosim (to wtedy upowszechniło się określenie „zombie”, dawniej ograniczone do kręgu haitańskich praktyk voodoo), a wybuchł po wejściu do kin horroru „Noc żywych trupów” George’a A. Romero – czarno-białego, ponurego w wydźwięku, kameralnego i dość zgrzebnego, ale do dziś robiącego wrażenie.

W XXI w. zaczęliśmy na to fikcyjne zagrożenie patrzeć jako na część rzeczywistości. Symbolem czasów jest seria książek Maxa Brooksa, rozpoczęta osiem lat temu „The Zombie Survival Guide”, czyli „Poradnikiem obrony przed zombie”. Autor rzeczowo opowiada, co trzeba zrobić, jeśli atak jednak nastąpi. Skuteczność piły łańcuchowej to mit – pisze. Za ciężka, uzależnia nas od paliwa i wytwarza tyle hałasu, że ściągnie nam na głowę wszystkie zombie z okolicy. Maczeta i strzelba – owszem, te okażą się przydatne. Motocykl będzie lepszy niż samochód w wypadku ucieczki przed wrogiem. Łatwiej obronimy się też w mieszkaniu niż w domu – do pomocy mamy wtedy sąsiadów, a jeśli jeszcze przebywamy na wysokim piętrze, winda jest zepsuta, a klatka schodowa zniszczona – zyskamy trochę czasu. Bo mitologia zombie zakłada tylko przetrwanie. Nie ma mowy o zwycięstwie.

Bestsellerową książkę Brooksa – syna Mela, słynnego twórcy komediowych parodii – księgarnie uparcie klasyfikują jako non-fiction. Bo choć teoretycznie jest pozycją czysto rozrywkową, autor opisuje fenomen zombie ze śmiertelną powagą.

Trzymanie się granicy horroru i komedii to rzecz charakterystyczna dla kariery zombie w XXI w. Widać to w filmach, które często balansują na granicy autoparodii gatunku – jak nadspodziewanie dobrze oceniany przez krytykę angielski „Wysyp żywych trupów” (2004 r.) czy „Zombieland” (2009 r.) z pamiętną sceną, w której grupa uciekinierów przed zombie odnajduje w pozornie opustoszałej kalifornijskiej rezydencji aktora Billa Murraya, grającego tu samego siebie. Ten – jak przystało na profesję – udaje trupa tylko po to, żeby przetrwać. Dalej jest już mniej więcej tak jak w dowcipie: „Ile zombie potrzeba, żeby przykręcić żarówkę? Ile??? Nieważne ile! Na co czekasz?! Zastrzel je!”.

Zombie a sprawa polska

Są przynajmniej dwa powody, żeby zawracać sobie nimi dziś głowę. Pierwszy to kolejny sezon serialu „The Walking Dead”, który wszedł właśnie na antenę telewizji Fox. Widowisko jest wierną adaptacją serii komiksowej pod tym samym tytułem (w Polsce znanej jako „Żywe trupy”) i klasycznym ujęciem czegoś, co nazywa się apokalipsą zombie – grupa ludzi, którym udało się przetrwać, szuka drogi ucieczki przed hordami umarlaków, potykając się o problemy w relacjach między sobą. Zeszłoroczna krótka seria, wyprodukowana przez amerykańską sieć AMC (znaną z „Mad Men” i „Breaking Bad”), okazała się sporym sukcesem, druga będzie dwukrotnie dłuższa.

Dla nas ważniejszy jest jednak największy komercyjny sukces polskiej kultury masowej w tym roku – gra „Dead Island”, stworzona przez firmę Techland z Ostrowa Wielkopolskiego, odtwarzająca atak zombie na fikcyjną egzotyczną wyspę w Papui-Nowej Gwinei. Ukazała się na całym świecie (prócz Japonii, gdzie premierę zaplanowano na późniejszy termin) we wrześniu i w ciągu nieco ponad miesiąca znalazła już około 1,5 mln nabywców, co czyni z niej najszybciej sprzedającą się polską grę wideo w historii. Imponujący jest też ruch na serwerach obsługujących jej wersję online. Natychmiast ukazała się książka będąca adaptacją fabuły „Dead Island”, a koncern Lionsgate zapowiedział realizację filmu na podstawie polskiej gry. Zresztą po co film? Budżet produkcji Techlandu sięga 40 mln zł – to więcej, niż mają najdroższe polskie produkcje filmowe.

Co wyjątkowego wymyślili Polacy? – Brakowało nam gry z zombie, która potraktuje fabułę poważnie. Po drugie, chcieliśmy oddać ideę przetrwania zwykłych ludzi w warunkach apokalipsy zombie – wylicza Błażej Krakowiak z firmy Techland. – Po trzecie, zależało nam na ciekawym miejscu akcji, na stworzeniu dysonansu pomiędzy horrorem ożywionych trupów a cywilizowanym, bajkowym otoczeniem.

Przy tym wszystkim jednak polska gra jest nieodrodną częścią kultury zombie, która w ostatnich latach rozszerza się na wszystkie media. – Czy czytaliśmy „The Walking Dead” albo „Zombie Survival Guide”? Oczywiście! – dodaje Krakowiak. – Są w Techlandzie fani „28 dni później”, a także „Nocy żywych trupów”.

Parada umarlaków

Kultura zombie to dla gier wideo stała pożywka. Poza „Dead Island” świetnie sprzedawały się w ostatnich latach – i doczekały kontynuacji – „Left 4 Dead” i „Dead Rising”. Wcześniej do tematu nawiązywała superpopularna seria „Resident Evil”, znana też z ekranizacji filmowych, ale nawet w kosmicznym „Dead Space” czy fantastyczno-wojennym „Resistance” istoty przypominające zombie były kluczowe.

Wszystkie te wizerunki żywych trupów mocno się od siebie różnią w szczegółach, ale ich wspólną cechą jest to, że żywią się ciałami ludzi, przekazując im rodzaj – tu wizje bywają różne – bakterii lub wirusa. „Zakażenie” to zresztą jeden z kluczowych terminów w książce „Generation Zombie”, nowym zbiorze popularnonaukowych esejów poświęconych zagadnieniu, które pochłania także kręgi akademickie. – Samo rozprzestrzenianie się tej tematyki w najróżniejszych mediach jest rodzajem infekcji, zupełnie jak ta przekazywana przez zombie – uważa współautorka książki Stephanie Boluk z University of Florida. – Jak wirus adaptuje się do różnych mediów i kontekstów kulturowych. Dlatego haitański zombie pozostaje inny niż ten opisywany przez George’a Romero, a ten z kolei nie jest tym, czym istoty powstałe w wyniku eksperymentów medycznych w „28 dni później” i „Resident Evil”.

Jeśli pominąć główne zagrożenie, czyli żywe trupy przedstawione na sto sposobów, najważniejsza we wszystkich popularnych ostatnio filmach i książkach jest wizja zagłady naszej rasy – ostatnich ludzi przemierzających olbrzymie niezamieszkane przestrzenie i opustoszałe miasta. Zobaczymy to w „28 dni później” Danny’ego Boyle’a (2004 r.), w „Jestem legendą” (na podstawie ważnej dla gatunku powieści Roberta Mathesona, 2007 r.) czy serialu „The Walking Dead”. Nawet mainstreamowe powieści, w rodzaju nagradzanej „Drogi” Cormaca McCarthy’ego, garściami czerpią z tego postapokaliptycznego gatunku. McCarthy nie uwzględnia wprawdzie żywych trupów, ale buduje podobny nastrój i uwzględnia nie możliwość zwycięstwa czy też powrotu do dawnych dni ludzkości, a jedynie walkę o przetrwanie.

Powstają też nowe wersje klasyków, zamieniające je w opowieści o zombie. Przeróbki takiej doczekała się dwa lata temu książka Jane Austen „Duma i uprzedzenie” (w nowym ujęciu: „Duma i uprzedzenie i zombie”), w Polsce – „Przedwiośnie” Żeromskiego, przepisane na nowe czasy przez Kamila Śmiałkowskiego jako „Przedwiośnie żywych trupów”. Obie zaliczyć można do sfery remiksów literackich.

Od 10 lat na świecie odbywają się uliczne przemarsze zombie (ang. zombie walk). Tradycja parad ulicznych ludzi ucharakteryzowanych na żywe trupy zakorzeniła się również w Polsce – gra „Dead Island” promowała się u nas przy okazji zombie walk w Zielonej Górze. Do Europy moda ta przywędrowała oczywiście z USA. Tam nawet protestanci okupujący Wall Street urządzili niedawno przemarsz zombie. Nieśli hasło: „Żądni pieniędzy faszyści są w środku martwi”.

Po co komu żywe trupy?

„Zniszczenie zombie może być uznawane za proste, ale z całą pewnością nie należy do łatwych” – zauważa Max Brooks, opisując anatomię nieumarłych. „O ile człowieka można zabić na tysiąc sposobów, o tyle jest tylko jedna droga, gdy chcemy unieszkodliwić zombie. Zniszczyć jego mózg”. I właśnie dlatego jako ruchomy cel istoty te sprawdzają się nieźle. Ich podobieństwo do ludzi jest spore, ale wszelkie skrupuły moralne rozwiewa podstawowy fakt – że strzelamy do już nieżywych. Mnóstwo emocji i zero wyrzutów sumienia.

Zombie wydają się ulubionymi, obok nazistów, czarnymi charakterami świata gier wideo. Są odpowiednio złe i na tyle nieludzkie, by uniknąć cenzury moralnej – potwierdza Stephanie Boluk. Blisko ideału są więc bohaterowie nakręconego przed dwoma laty norweskiego filmu „Dead Snow”, już teraz otoczonego kultem. Bo są to zombie i naziści zarazem.

Osobiście upatrywałbym powodu tej popularności w ogromnej przewadze liczebnej i w instynktownym, pozbawionym jakichkolwiek emocji, działaniu – uważa Błażej Krakowiak z Techlandu. To ten instynkt stał się powodem, że słowo „zombie” wyszło daleko poza swój pierwotny kontekst i często służy jako metafora. W tekście protest songu Feli Kutiego „Zombie” oznaczało ludzi bezmyślnie wykonujących rozkazy innych. Jest też regularnie używane do opisywania komputerów biorących udział w atakach hakerskich bez wiedzy i zgody ich właścicieli.

Postać zombie jest dziś istotnym modelem w filozofii, przydatnym – jak zauważają autorzy „Generation Zombie” – do opisania dualizmu natury ludzkiej, bo zachowuje się i wygląda jak człowiek, ale brak mu naszej świadomości. Rozprzestrzenianie się ataku zombie zostało opisane za pomocą modelu matematycznego i doczekało się poważnego opracowania naukowego.

Poważne były też zamiary amerykańskiego Center of Disease Control, które zupełnie serio opublikowało komunikat o tym, jak się zachować w czasie ataku zombie – po to tylko, żeby przypomnieć ludziom, co powinni trzymać w domu na wypadek realnego kataklizmu: wodę, leki, środki higieny itd. Bo atak zombie zaczyna odgrywać rolę uniwersalnego modelu sytuacji krytycznej. – Jest używany jako rodzaj eksperymentu myślowego: co się stanie, gdy nasze społeczeństwo zostanie zmuszone do walki o przetrwanie – mówi Boluk. Ale – jak twierdzi – rzecz nie zawsze jest tak oczywista i prosta. Postacie kierowane przez nas w grze wideo są takimi samymi maszynami do zabijania jak te, na które rzucił czar haitański szaman voodoo. – Głębsze znaczenie tych filmów i gier bywa takie, że w swoich działaniach nie różnimy się zbytnio od zagrażających nam zombie – komentuje Boluk.

„Zombie będą popularne tak długo, jak długo żyjemy w niepewnych czasach” – mówił w wywiadzie telewizyjnym Max Brooks. Bo jest jeszcze wątek polityczny. Już „Inwazję porywaczy ciał”, film z lat 50., próbowano interpretować jako wyraz politycznego sprzeciwu wobec makkartyzmu. Przynajmniej dopóki – zauważa Stephen King w książce „Danse Macabre” – nie przypomniano sobie, że reżyser Don Siegel ma zdecydowanie prawicowe poglądy. Wtedy nagle prasa zaczęła dostrzegać w niej scenariusz antykomunistyczny (jak to określa King: „Better Dead Than Red”).

Cieszący się popularnością film „Noc żywych trupów” (nakręcony za niewiele ponad 100 tys. dol. przyniósł przez lata ponad 43 mln dol. zysku!) był z kolei swoistą reakcją na Wietnam i zimną wojnę. – Romero przenosił wojnę na poziom Ameryki, gdzie wrogiem mógł być sąsiad – uważa Boluk. – Wzrost zainteresowania zombie po 11 września wydaje się dość oczywisty. Pewnie nie jest też dziełem przypadku fakt, że druga część gry „Left 4 Dead” toczy się na amerykańskim Południu, niedawno zniszczonym przez huragan Katrina.

Kilka tygodni temu doszło do wypadku na planie kolejnej części „Resident Evil”. 16 aktorów grających zombie doznało obrażeń. Gdy służby medyczne przybyły na miejsce, mnóstwo czasu zajęło im sprawdzenie, co należy do prawdziwych obrażeń, a co jest tylko charakteryzacją.

Z szaleństwem ludzkości na tym punkcie nie można już wygrać. Można co najwyżej – wzorem bohaterów mnożących się historii o zombie – próbować tę falę przetrwać.

Polityka 44.2011 (2831) z dnia 26.10.2011; Kultura; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Moc żywych trupów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną