Kultura

Poeta i psycho-łotrzy

Tajemnicze cztery tygodnie Władysława Broniewskiego

Władysław Broniewski z córką Anką i wnuczką Ewą, Ustka, 26 sierpnia 1950 r. Władysław Broniewski z córką Anką i wnuczką Ewą, Ustka, 26 sierpnia 1950 r. Muzeum Literatury w Warszawie / EAST NEWS
To najbardziej tajemnicze cztery tygodnie w życiu Władysława Broniewskiego. I z każdym rokiem trudniej będzie wyjaśnić, co naprawdę stało się we wrześniu 1954 r.
„Broniewski”, obraz Wilhelma Sasnala z 2004 roku.Wilhelm Sasnal/ MN Warszawa/Materiały promocyjne „Broniewski”, obraz Wilhelma Sasnala z 2004 roku.

Nawet ci, którzy już wcześniej nie mieli złudzeń, że Broniewski przegrał walkę z nałogiem, patrzyli na to, co się dzieje, z przerażeniem. To już nie było tylko picie z przygodnymi znajomkami ani nawet namawianie na pół litra ogrodnika przysyłanego na Dąbrowskiego przez rządowych urzędników.

„Dziadek o mało nie zapija się na śmierć” – zanotowała rodzinny przekaz (sama nie mogła jeszcze świadomie zapamiętać tego, co działo się z dziadkiem) wnuczka poety Ewa Zawistowska. Być może to jedno zdanie zawiera całą prawdę o tym, co działo się po śmierci jego córki – Anki. Broniewski deklarował miłość wielu kobietom, ale naprawdę kochał tylko ją jedną. Kiedy Anki zabrakło, nie chciał dłużej żyć.

7 września 1954 r. przywieziono go do Państwowego Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie. Do teczki z dokumentacją pobytu męża w sanatorium Wanda Broniewska włożyła kartkę: „Akcja Jakuba Bermana i Janiny Broniewskiej [pierwszej żony poety – red.] przeciw Władysławowi Broniewskiemu”. Historię pobytu poety w Kościanie opisali w 1988 r. Jerzy Zielonka w „Wiadomościach Kościańskich” i Piotr Gabryel w „Dzienniku Zachodnim”. Nie żył już wtedy ani doktor Oskar Bielawski, dyrektor sanatorium od 1929 r., reformator polskiej psychiatrii i zwolennik eugeniki (dziś szpital nosi jego imię), ani Antoni Wilczewski, sanitariusz, jeden z tych, którzy opiekowali się poetą. O tym, co wydarzyło się w szpitalu 34 lata wcześniej, opowiadali reporterom ich bliscy. Jerzy Zielonka powoływał się także na osobiste rozmowy z Wilczewskim. Po latach wątek umieszczenia poety w Kościanie pojawił się w filmie Macieja Gawlikowskiego „Broniewski z cyklu „Errata do biografii”.

O pacjencie pod specjalnym nadzorem dr Bielawski miał dowiedzieć się 6 września. Następnego dnia poetę przywiozła karetka pogotowia.

Z domu przy Dąbrowskiego zabrano go siłą, w kaftanie bezpieczeństwa. Wandy Broniewskiej nie było w domu, wyszła na zakupy. Wspominając tamten dzień sugerowała, że wywabiono ją z domu podstępem, potem chciano siłą zatrzymać, ale wyrwała się i pobiegła na Dąbrowskiego. Pod domem zobaczyła dwóch, może trzech mężczyzn prowadzących męża. Na jej widok zaczął wołać o pomoc. Podbiegła, ale odepchnięto ją. Karetka odjechała. „Do gabinetu wszedł Kostkiewicz [psychiatra z lecznicy rządowej – MU] i słyszałam, jak zadzwonił do Jakuba Bermana: »Wszystko w porządku«” – opisywała Wanda Broniewska okoliczności „porwania”. Nie miała wątpliwości, że za wywiezieniem męża stoi właśnie Berman, członek Biura Politycznego partii, człowiek, który mógł w Polsce wszystko. Chciał zamknąć Broniewskiego w jakimś ośrodku już kilka miesięcy wcześniej, wspominała.

Jeśli Berman naprawdę podejrzewał, że Broniewski zechce targnąć się na swoje życie, miał dość władzy, żeby mu w tym przeszkodzić. A jeśli chodziło o to, że poeta przez swój alkoholizm i coraz bardziej niekontrolowane wypowiedzi stał się dla władzy kłopotliwy, to śmierć Anki była doskonałym pretekstem. „...to straszliwy cios dla Władka, teraz jest opanowany, ale ból wybuchnie i może być niebezpiecznie” – przekonywał ją znajomy lekarz, który nigdy wcześniej na Dąbrowskiego nie był, a tego dnia niespodziewanie się pojawił.

„Z tego domu mnie wzięli gwałtem...”napisał Broniewski w wierszu „Przez ścianę”. W grypsie do żony relacjonował: „W drodze konwojenci (jeden z nich to ten jednooki sanitariusz z lecznicy na Hożej) spoili mnie wódką, chcąc widocznie przywieźć pijanego”. Na miejscu dr Bielawski powiedział mu, że ma rozkaz wypuścić go dopiero wtedy, gdy będzie znów zdolny do pracy. Usłyszał, że został umieszczony w Kościanie ze względu na to, jak zachowywał się po śmierci córki. Ale nikt go nawet nie zbadał, co podkreślał w listach wysyłanych ze szpitala. „...a więc rozkaz przez kogoś wydany był nadużyciem władzy w stosunku do człowieka zdrowego na ciele i umyśle, był pozbawieniem wolności wolnego obywatela PRL” – pisał.

W Kościanie Broniewskiego umieszczono w jednoosobowym pokoju, w którym przez 24 godziny na dobę czuwało przy nim ośmioro (była wśród nich kobieta) zaprzysiężonych sanitariuszy.

Nikt nie miał prawa wiedzieć o obecności pacjenta „0”, jak go określano, w Kościanie. Pielęgniarze mieli pilnować, żeby nie kontaktował się z innymi pensjonariuszami, do nikogo nie telefonował, nie wysyłał listów bez kontroli, a tym bardziej nie wychodził na zewnątrz. Zostali zobowiązani, by utrzymywać nazwisko poety w tajemnicy. O jego zachowaniu mieli informować wyłącznie dyrektora.

Wiedzieli od Bielawskiego, że jest alkoholikiem i wpadł w głęboką depresję po ciężkich przeżyciach rodzinnych. Muszą więc dopilnować, żeby nie targnął się na życie i nie miał dostępu do alkoholu. Nie odmówiono Broniewskiemu papierosów, książek i gazet, ale spacery po parku mógł odbywać wyłącznie pod nadzorem. Mimo próśb nie zezwolono mu na widzenie z żoną, która chciała przyjechać do Kościana. „Bardzo, bardzo chcę Cię tu widzieć” – pisał. „...niestety na razie byłoby to niewskazane” – poinformował Wandę Broniewską dr Bielawski.

„...to w istocie durny rutynista, zmora pacjentów i personelu, człowiek lubiący łamać charaktery...” – napisał Broniewski w jednym z listów do żony, który prawdopodobnie wysłał któryś z pacjentów wychodzących na przepustkę. Listy z Kościana były dwojakiego rodzaju. Te wysyłane oficjalnie, podlegające szpitalnej cenzurze, były bardzo formalne i brzmiały uspokajająco. „Grypsy są tragiczne” – pisała Wanda Broniewska. Niektóre wysyłał na adres znajomej, bał się, że te adresowane do żony mogą być przez kogoś przejmowane.

Pielęgniarze pilnowali go na zmianę. „...bez ustanku jest przy mnie pielęgniarz, czy siedzę, czy śpię, czy spaceruję. To wpływa na mnie nadzwyczaj przygnębiająco, jątrzy mnie, upokarza! Taka bezustanna obecność obcego człowieka, któremu dano nade mną władzę, może mnie naprawdę doprowadzić do rozstroju nerwowego!” – skarżył się żonie. Prawie nie sypiał, bardzo dużo palił, niewiele jadł, czytał i często wspominał Ankę. Protestował przeciwko stałej obecności sanitariuszy, domagał się prawa do samotności, ale często z nudów grywał z nimi w karty. Czasem nawet dawał się namówić i czytał im któryś ze swoich wierszy. „Pielęgniarze zresztą są najbliżsi właściwej oceny mojej tu sytuacji, tzn. rozumieją krzywdę mi wyrządzaną, ale muszą robić swoje” – pisał.

Po paru dniach wydawało się, że nastąpiła poprawa. Zjadł obfitsze niż zwykle śniadanie i chciał się widzieć z dyrektorem. Ale dr Bielawski nie pojawił się u pacjenta „0”. Broniewski miał poskarżyć się Wilczewskiemu, że czuje się jak w 1931 r., gdy został aresztowany po raz pierwszy w życiu. Wtedy też nie miał wpływu na to, co się z nim dzieje, ani wiedzy, jak długo to potrwa i co będzie dalej. „...ja się czuję i jestem uwięziony, poddany gwałtowi, a tego nie mogę znieść” – pisał. Skarżył się, że w szpitalu nie jest w stanie pracować, a chciałby skończyć poemat „Wisła” i film rozpoczęty z Anką.

Pisał o „niedźwiedziej troskliwości” opiekunów: „...zachciało im się upiec od razu dwie pieczenie: i uchronić mnie od samobójstwa, i wyleczyć z alkoholizmu. Tu jednak i despotyczny Jakub [Berman – MU], i zarozumiali a dość tępi psychiatrzy popełnili i popełniają nadal kapitalne głupstwo: ja bynajmniej nie chcę popełnić samobójstwa i nie palę się do wódki, a niewola, w jakiej się znalazłem, stwarza dopiero ostre rozdrażnienie, poczucie krzywdy i myśl o czynach dziś jeszcze nieobliczalnych”. Chyba bano się o niego naprawdę, bo nie miał nawet prawa samodzielnie się golić. Żyletka mogła okazać się narzędziem zbyt niebezpiecznym.

 

Z każdym dniem gorzej znosił odosobnienie. Pisał do żony, że rozważa ucieczkę albo głodówkę. Ale dr Bielawski bez zgody ministra nie mógł zmienić sposobu, w jaki poetę traktowano. Pod koniec września miał być u niego ktoś z Warszawy. Broniewski liczył, że wyniki obserwacji i dobra opinia lekarzy pozwolą mu wrócić do domu. Ale rozmowa musiała pójść nie po jego myśli. Kilka godzin po wyjeździe gościa ze stolicy oświadczył, że rozpoczyna strajk głodowy. „...gdyby nie nadzieja, że wreszcie coś w Warszawie wskórasz, dawno bym rozpoczął głodówkę” – pisał do żony.

Głodówka trwała od 27 września do 3 października.

„Codziennie wypijał jedynie kilka szklanek wody z cukrem i wypalał niesamowite ilości papierosów” – zanotował opowieść pielęgniarza Wilczewskiego Jerzy Zielonka. W grypsie do żony skarżył się, że próbowano go zmusić do jedzenia, odbierając prawo do papierosów. Nie uległ. Zapewniał żonę, że czuje się nieźle, będzie nawet z jego głodówki jakiś pożytek, bo zrzuci nadwagę i odzyska linię. Żartował, że będzie jak koń z żydowskiej anegdoty, który na pewno odzwyczaiłby się zupełnie od jedzenia, gdyby wcześniej nie zdechł. Ale, uspokajał, nie wybiera się jeszcze do „parku sztywnych”. „W »Monte Christo« Dumasa naczytałem się o podłości ludzkiej i ucieczce z więzienia If. Biorę to wszystko, naturalnie, do siebie osobiście. Dantes uciekł przecież włażąc w worek trupa i pozwalając się wrzucić do morza” – pisał. Ucieczka z Kościana, uważał, byłaby nawet łatwiejsza, park i teren sanatorium nie są ściśle strzeżone, musiałby tylko odwrócić uwagę „straży osobistej”, potem przez płot, kawałek przez miasteczko „...i w pole”. Zastanawiał się tylko, jak zmylić szpitalny pościg i kościańską milicję.

Spodziewał się, że w końcu zaczną go karmić na siłę. Gdzieś przeczytał, że w czasie wkładania do gardła rurki do karmienia zdarzają się przypadki śmiertelnego poranienia krtani. „...ale ja na złość tym bydlakom nie umrę” – napisał do żony. „Myślę dużo o Ance, z ogromnym smutkiem, ale nie płaczę, żeby nie wydziwiali psycho-łotrzy” – dodał.

Zadeklarował, że przerwie głodówkę i nie podejmie próby samobójstwa, jeśli nie będzie kontrolowany przez 24 godziny na dobę. Lekarze odmówili. Tłumaczyli, że nic nie mogą, bo mają instrukcje z góry. „Zapytałem więc, czy jestem pacjentem, czy więźniem stanu?” – pisał. Uważał, że górze nie chodzi wcale o jego zdrowie, ale o odizolowanie go od życia literackiego i politycznego. „Dorabiają do tego rzekomy stan faktyczny, a więc alkoholizm, rzekomo grożący mi zupełną katastrofą, manię samobójczą, a nade wszystko nieodpowiedzialność moją w publicznych wystąpieniach, przy czym robili aluzje do mojej ostatniej bytności w Belwederze. To mogła być tylko zasługa Jakuba, bo lekarzy tam nie było. Ki diabli nadali mi tego od siedmiu boleści i od siedmiu lat mentora” – pisał. Słychać w tym liście echo odmowy przez Broniewskiego napisania nowego hymnu Polski. Berman i Bierut mogli pomyśleć, że naprawdę zwariował.

Prosił żonę, żeby interweniowała, gdzie to tylko możliwe. U ministra zdrowia Jerzego Sztachelskiego, u Ostapa Dłuskiego (kierownika wydziału w KC PZPR), u Leona Kruczkowskiego (prezesa Związku Literatów Polskich), u Janiny Broniewskiej (tej prośby Wanda Broniewska raczej nie spełniła!).

Psychiatra Jan Tomaszkiewicz zaczął pracować w Kościanie już po opuszczeniu lecznicy przez poetę. Ale przez wiele lat miał kontakt z ludźmi, którzy zajmowali się Broniewskim. „Oni nieustannie o nim mówili. Co do charakteru jego pobytu w zakładzie nie miałem wątpliwości. Po prostu facet był więziony” – opowiadał w filmie Macieja Gawlikowskiego.

W końcu, powiadomiony przez Wandę Broniewską, przyjechał do Kościana minister Sztachelski. Ryzyko, że głodującemu Broniewskiemu może coś się stać, było już zbyt duże. Rozmawiali kilka godzin. Wpół do szóstej wieczorem wsiedli do limuzyny i wyjechali za bramę szpitala. Jeszcze tego samego dnia poeta był w domu.

„...nie wiem, czy zdołam na nowo podjąć »ciężar pieśni«. I właściwie po takim potraktowaniu mnie przez rządzących dobroczyńców nie mam na to ochoty. Chamy, które mnie w wariackim kaftanie wepchnęły do auta, zdjęły mi go wprawdzie po kwadransie, ale moja poezja jest nadal spętana. Rośnie we mnie jakaś głęboka wrogość do fabrykacji sztucznych uczuć, czym wydaje mi się czytana dziś literatura” – pisał do żony jeszcze z Kościana.

Doktor Bielawski nie pozostawił Wandzie Broniewskiej złudzeń co do skuteczności kuracji. Wyniki leczenia zależą zawsze od udziału w nim chorego. „Tymczasem kuracjusz nasz czynił wysiłki w kierunku wręcz przeciwnym, pozbycia się naszej pomocy” – napisał. Jedyny pożytek z pobytu Broniewskiego w sanatorium to miesiąc abstynencji i możliwość gruntownego przebadania pacjenta. „Reszta to same straty” – podsumował Bielawski.

Wanda Broniewska była przekonana, że za akcją stała Janina Broniewska. „...od pierwszej chwili naszego małżeństwa w marcu 1948 r. robiła, co mogła, żeby bruździć, przeszkadzać, z nasileniem w 1953, kiedy jej się zmieniło w życiu osobistym” – napisała w komentarzu do sprawy Kościana. Wspominała, że 14 września wezwał ją szef biura Prezydium Rady Ministrów Kazimierz Mijal. Miał zaproponować, że rząd będzie jej wypłacał co miesiąc wysoką pensję, „...żebym od Władka odeszła”. A potem, jakby chciał jej dać coś do zrozumienia, zapytał, czy wie, kto z literatów jest do niej wrogo usposobiony? Dla trzeciej żony poety było oczywiste, że pierwsza żona.

Fragment książki „Broniewski. Miłość, alkohol, polityka”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Iskry.

Polityka 44.2011 (2831) z dnia 26.10.2011; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Poeta i psycho-łotrzy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną