Kultura

Okularnik kontra kobra

Zmierzch szpiegów. Bond na emeryturę.

David Dencik i Gary Oldman w „Szpiegu”, reż. Tomas Alfredson David Dencik i Gary Oldman w „Szpiegu”, reż. Tomas Alfredson ITI Cinema / materiały prasowe
Zdrajcy, szpiedzy i tajni agenci to wielki temat w dziejach kultury. Ostatnio jednak nastały dla nich gorsze czasy, czego dowody mamy w literaturze i kinie.
Już od jakiegoś czasu jest zła pogoda dla tajnych służb. Stasi nie uratowała NRD, CIA przegapiła atak na nowojorskie wieżowce...Corbis Już od jakiegoś czasu jest zła pogoda dla tajnych służb. Stasi nie uratowała NRD, CIA przegapiła atak na nowojorskie wieżowce...
Jessica Chastain i Marton Csokas w „Długu”, reż. John MaddenUIP/Universal/materiały prasowe Jessica Chastain i Marton Csokas w „Długu”, reż. John Madden

Fascynują swym podwójnym życiem. Budzą oburzenie, gdy działają przeciwko nam, a podziw, kiedy bronią „naszej sprawy”. W kulturze masowej bywają też plastrem na rzeczywistość. Bajkowy James Bond – wyposażony w techniczne cacka i efektowną męskość – wciąż od nowa ratował świat i okolice, osładzając Brytyjczykom utratę imperium i przesłaniając widmo Kima Philby’ego, przez całe lata agenta Moskwy w kierownictwie Secret Intelligence Service Jej Królewskiej Mości. Rambo, odbijając z niewoli amerykańskich lotników, przynajmniej na chwilę wygrywał wojnę wietnamską. A nasz Kloss pozwalał trzem peerelowskim pokoleniom odreagować kompleks niemiecki.

Jednak ostatnio jest zła pogoda dla tajnych służb. KGB nie zapobiegła rozpadowi ZSRR. Stasi nie uratowała NRD. CIA przegapiła atak na nowojorskie wieżowce. A nasza CBA po wyczynach agenta Tomka zarobiła na opinię firmy, która nie tyle wykrywa, ile inscenizuje afery na zamówienie politycznych mocodawców.

Literatura popularna i film wychwyciły tę zmianę pogody. W obecnym właśnie na naszych ekranach „Długu” (reż. John Madden) agenci Mosadu beznadziejnie zawalają porwanie z NRD zbrodniarza wojennego. Po czym kłamią, że go zabili, i są fetowani jako bohaterowie.

Filmów o dwuznaczności metod tajnych służb jest co niemiara. W kiczowatym niemieckim filmie „Nadzieja umiera na końcu” (2011) niemiecka pacyfistka zostaje w 1944 r. zwerbowana do brytyjskiego wywiadu. Ma szpiegować przystojnego podwodniaka, którego okręt z tajną misją ma dotrzeć do Japonii. Dzięki informacjom agentki będzie zatopiony. Tyle że dziewczyna się w nim zakocha. Miłość, zdrada i śmierć. Tuż przed wyjściem U-Boota w morze dziewczyna wyłoży chłopakowi karty na stół i będzie go błagać, by zdezerterował. Ten jednak nie zechce opuścić kolegów. Przed uderzeniem brytyjskiej torpedy zdąży do metalowej kapsułki włożyć list do agentki, że jej wybacza, bo on też jest przeciwny wojnie. Po 60 latach rybacy odnajdą wrak U-Boota i kapsułka dotrze do adresatki. Łzy się cisną, niczym w „Titanicu”.

Kret w Cyrku

Wchodzący wkrótce na nasze ekrany „Szpieg” (reż. Tomas Alfredson), według klasycznej już powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” (1974) mistrza powieści szpiegowskiej Johna le Carré, to zupełnie inna liga, choć recenzenci nie są zgodni. „Daily Mail” nazwał go „niewybaczalnym nudziarstwem”, „The Times” „absolutnie okropnym”, ale zarówno „Guardian”, jak i „Sunday Times” dały „Szpiegowi” dobre lub bardzo dobre oceny. Po wrześniowej premierze nawet w małych angielskich miasteczkach widownia była pełna.

Dla młodego widza, przyzwyczajonego do technicznej sprawności i potencji Jamesa Bonda, do szybkich samochodów, pięknych kobiet i wartkiej akcji, „Szpieg” to szpiegowski antyfilm. Poza dwiema krótkimi akcjami w terenie – Budapeszcie i Stambule – na ekranie niby nic się nie dzieje. Oglądamy ściany antypodsłuchowych pomieszczeń, pomalowane na musztardowobrązowy kolor. I słuchamy rozmów mężczyzn o ziemistych twarzach, którzy niby są kumplami, ale bez przerwy mają się na baczności, by nie chlapnąć czegoś, co by im zwichnęło karierę. Szef Secret Intelligence Service, zwanego Cyrkiem, dostaje od Amerykanów cynk, że w jego firmie jest radziecki kret. I znalezienie go zleca George’owi Smileyowi, którego w wyniku intryg kolegi wysłał niedawno na zieloną trawkę.

Smiley to dla starszych Anglików postać kultowa jak u nas Kloss, jakkolwiek grają w różnych ligach. W pierwszej adaptacji powieści, w 7-godzinnym serialu BBC z 1979 r., grał go sam Alec Guiness w towarzystwie połowy obsady brytyjskiego Teatru Narodowego. Teraz znakomicie gra go Gary Oldman. Smiley to wyraźny anty-Bond. Niski, jakby ulepiony z ciasta, zaniedbany i towarzysko nieporadny. Nieruchoma twarz, grube szkła okularów, w których odbija się otoczenie, zasłaniając oczy. Jego żona powiedziała publicznie, że jest mięczakiem, i najpierw zaczęła go zdradzać, między innymi z tym kolegą Smileya, który go wygryzł z kierowniczego stanowiska, a potem w ogóle odeszła. Jego przyjaciółki to niedopieszczone emerytki.

Ale Smiley ma kręgosłup. I biografię rozpisaną na osiem powieści. Urodził się gdzieś tak w 1906 r., skończył Oxford i od 22 roku życia jest w Secret Service. Do 1938 r. był w Niemczech, do 1943 r. w Szwajcarii, a potem w Londynie i Niemczech zachodnich, gdzie toczył bój, a raczej rozgrywał partię szpiegowskich szachów z Karlą, generałem KGB, którego spotkał w więzieniu w Delhi. W 1990 r. przeszedł na emeryturę i zajął się pszczołami. Jest postacią w stylu Sherlocka Holmesa, bohaterów Grahama Greene’a czy Agathy Christie, a nie Iana Flaminga czy Frederica Forsytha. W „Szpiegu” szuka i znajduje kreta.

Jest w filmie świetna scena, gdy w czasie nudnego firmowego party całe to towarzystwo z SIS nagle wpada w trans. W uniesieniu śpiewają mocnym głosem – ale nie „Rule Britannia”, lecz „Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich. Ruś wielka na setki złączyła nas lat”. Taki sam respekt i podziw dla przeciwnika w niemieckim „Okręcie” kazał niemieckim podwodnikom śpiewać „It’s a long way to Tipperary” – żart, utożsamienie się z wrogiem, a także podświadome poczucie, że z kim się przestaje, takim się staje.

W wojnie wywiadów nikt nie ma czystych rąk i nie ma fair play. Trzeba dużo pewności siebie, by taką scenę nakręcić i wziąć na siebie takie uwagi jak „Guardiana”, że filmowy Cyrk to prowincjonalne, oparte na szemranych zasadach widowisko podstarzałych klownów, siłaczy i akrobatów, walących w bębny na wojnę, która być może już jest nieprawdziwa. Wszyscy ci ludzie są jakoś tam winni, każdy z nich pił z tego samego zatrutego źródła.

 

 

Pogruchotana Brytania

Łatwo sobie wyobrazić Johna le Carré, a właściwie Davida Cornwella, bo tak się nazywa 80-letni dziś pisarz i były agent MI5 i MI6, jako gentlemana, który gdzieś w Kornwalii siedzi na tarasie swego cottage’u, popija portwein i sarka na nasz złachmaniony świat. W księgarniach już jest polskie wydanie jego najnowszej – i jak twierdzi ostatniej – książki, „Zdrajca w naszym typie”. To już dzisiejsze czasy. Secret Service nie gra w szpiegowskie szachy z równym sobie, lub nawet lepszym, przeciwnikiem, lecz z terrorystami i mafią piorącą w Zurychu czy Londynie brudne pieniądze z handlu narkotykami. I nikogo nie ratuje.

Partnerami agents w terenie i operatives w centrali MI5 nie są już radzieccy czy enerdowscy koledzy po fachu, lecz rosyjscy knajacy. A i agenci Jej Królewskiej Mości nie są absolwentami Eton, lecz mówią rynsztokowym żargonem, przy którym dawny podmiejski cockney miał literacki wdzięk. A przede wszystkim nie dotrzymują dżentelmeńskich umów. Tak to wygląda w „Zdrajcy”. Lepiej się od nich trzymać z daleka.

Ale czar firmy działa. I nie brak kandydatów na agentów. Jednym z nich jest Peregrine Makepiece, 30-letni profesor literatury angielskiej w Oxfordzie, wysportowany, lewicowo-konserwatywny i głodny przygód – podobnie jak jego piękna dziewczyna. W ośrodku wypoczynkowym na Antigui poznaje Dimę, rosyjskiego „biznesmena”, prostaka i nuworysza, obstawionego zbirami, który prosi profesorka o nawiązanie dla niego kontaktu z SIS. Brytyjczycy to dżentelmeni, mówi, a on za azyl i miejsce dla córki w elitarnym college’u ma coś do zaoferowania – czarne konta i nazwiska polityków, finansistów i przedsiębiorców brytyjskich współpracujących z mafią.

Makepiece jest z jednej strony odbiciem autora powieści – Davida Cornwella – sprzed 60 lat. Tylko czasy są inne. Nie ma o co walczyć. Jego humanistyczne wykształcenie nie ma żadnej wartości. A on sam jest już tylko cytatem ze zwietrzałych dziejów klasycznej kultury angielskiej klasy wyższej. Jego nazwisko jest zapożyczone z „Targowiska próżności”, tyle że u Thackeraya pisze się inaczej i znaczy coś innego: Makepeace – Uspokój. A u le Carré: Makepiece – Rozwalaj. I tak też się dzieje.

Siłą powieści le Carré jest nie tyle sama akcja, co psychologia. Agenci, goryle, gangsterzy, luksusowe hotele na Karaibach czy w Szwajcarii to tylko kulisy. Na swego ostatniego bohatera klasyk powieści szpiegowskiej nie wybrał wytrawnego operative, jako następcę Smileya, lecz 30-letniego profesorka, który przygląda się wszystkiemu z boku, gra go wciąga, ale musi w sobie znaleźć moralny kompas, bo oczywistości poprzednich generacji – walka z Hitlerem czy zimna wojna z Układem Warszawskim – nie dają już żadnego oparcia.

Knajaccy nowi Rosjanie w dresach i ze złotymi rolexami to nie solidni agenci Abwehry i KGB, lecz gangsterzy o pokręconych biografiach (Dima jest byłym więźniem Gułagu, śmiertelnie zagrożonym przez mafijne porachunki, a jego dzieci płacą rachunek za wszystko...). Ale i urzędnicy państwowi nie są lepsi. I jedni, i drudzy nie budzą w sędziwym autorze respektu, a jedynie wstręt, że plugawią świat tradycyjnych brytyjskich wartości. Makepiece to nie Makepeace.

Pogruchotana Brytania, Broken Britain – mówił le Carré w Weimarze, odbierając Medal im. Goethego, zmaga się z tuzinem chorób naraz, „oburzeniem wywłaszczonych, nienawiścią rasową, imigracją, nieprzyzwoicie rozszerzającą się przepaścią między biednymi i bogatymi, ohydnym wpływem baronów prasowych, jawną korupcją wielu polityków, policjantów i finansistów, którzy zgarniają nasze subwencje i z zimną krwią odwracają się plecami do ludzi chorych. Krótko mówiąc: moral vacuum, pustka moralna”.

Zwykłe narzekanie starego człowieka, który ze swego tarasu w Kornwalii patrzy na upadek Merry England? Może też. Szczęśliwa Anglia Davida Cornwella to ta, która dzięki brytyjskiej wytrwałości, bez użalania się nad sobą, stawiła czoła III Rzeszy. Cornwell jest angielskim patriotą, ale nie znosi rządu Davida Camerona za bezwzględność i znieczulicę. Nie uważa zresztą, by patriotyzm był warunkiem bycia porządnym człowiekiem. Jest angielskim patriotą i – może właśnie dlatego, że był agentem Secret Service – Europejczykiem z przekonania: „Nigdy jeszcze członkowie europejskiej rodziny nie potrzebowali siebie nawzajem aż w takim stopniu. I nigdy jeszcze tak bardzo nie potrzebowali Niemiec...”. Nie jest to w Brytanii pogląd zbyt powszechny.

Akcja, nie dedukcja

Drugi klasyk brytyjskiej literatury sensacyjnej, 73-letni Frederick Forsyth, ma całą tę Unię Europejską za nic. Euro to bzdura. A to, że Niemcy tak się cackają ze swymi partnerami, jest głupotą. Podobnie jak le Carré mieszka w południowej Anglii. Farma niedaleko Herford ma 70 hektarów. Autor „Szakala”, „Odessy”, „Psów wojny” nie nosi wytartej tweedowej marynarki jak brytyjscy ziemianie, lecz jasne spodnie typu chinos i błękitny pulower. Na przegubie złoty rolex, na stole butelka Good Ordinary Claret. Dom jest stylowy, XVIII-wieczny. A spojrzenie na świat zupełnie inne niż z tarasu w Kornwalii.

Bohatera swej nowej powieści „Cobra” – już jest w naszych księgarniach – Forsyth ulokował w amerykańskich służbach specjalnych. Bo w brytyjskiej byłoby mu za ciasno. Agent, wywalony ze służby za bezwzględność, wraca do niej, by na osobiste zlecenie Baracka Obamy wypowiedzieć skuteczną wojnę kolumbijskiemu kartelowi kokainowemu. Metoda prosta. Wystarczy mafię narkotykową prawnie zrównać z terrorystami i zwalczać wszelkimi możliwymi środkami technicznymi. Topić statki przewożące bele kokainy. Zestrzeliwać kurierskie samoloty. Z zimną krwią uwodzić córki hersztów mafii. Napuszczać jednych na drugich, by się nawzajem powyrzynali. Żadne normy prawa i etyki nie powinny tej wojny ograniczać.

Cel uświęca środki. Żołnierz nie ma co sobie łamać głowy, czy rozkaz zabijania był zgodny z prawem. Metoda się sprawdza, tyle że gangi, wygłodzone przerwami w dostawach i podejrzewające się nawzajem o zdradę, jawnie skaczą sobie do gardeł. W strzelaninach giną także osoby postronne. A Obama chce ponownie wygrać wybory. I odwołuje akcję.

Styl Forsytha to odwrotność stylu le Carré. Żadnej psychologii, żadnej dedukcji w stylu Sherlocka Holmesa. Żadnych zapożyczeń z Thackeraya, za to dużo z Iana Fleminga. Sama akcja.

Tych dwóch – choć są prawie rówieśnikami – różni też biografia. Forsyth nie był agentem, lecz najmłodszym pilotem odrzutowców w dziejach RAF, a potem reporterem wojennym. Mentalność żołnierska pociągała go również wtedy, gdy dzięki „Szakalowi” został milionerem. Nie znosi psychologizowania i gadania o literaturze. Dziennikarzom tłumaczy, że jego bebechy są w porządku i nie musi ich uspokajać pisaniem. Pisarstwo to ciężka praca, a jej celem jest zarabianie pieniędzy w zamian za dawanie ludziom odprężenia i rozrywki. Wzorem, rzecz jasna, jest James Bond, „największa fantasy ostatniego półwiecza”, która urzędniczynom pozwala na kilka godzin zanurzyć się w oddalony o tysiące kilometrów świat nieograniczonej przemocy. I to wszystko.

Dwie biografie dwóch milionerów – klasyków powieści sensacyjnej. Dwie filozofie polityczne i dwa przecięcia literackiej fikcji z rzeczywistością.

Polityka 46.2011 (2833) z dnia 08.11.2011; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Okularnik kontra kobra"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wojewódzki z Matą o „Patointeligencji” i „Patoreakcji”

Mata, autor „Patointeligencji”, który właśnie opublikował nowy utwór z równie mocnym tekstem: – Społeczną rolą artysty czasami jest wystawienie się na strzał. Ja się czuję z tym dobrze, to zamieszanie czemuś służy.

Kuba Wojewódzki
03.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną