Kultura

Odzyskać Herberta

90 lat temu urodził się Zbigniew Herbert

Zbigniew Herbert (1924–1998) Zbigniew Herbert (1924–1998) Fundacja im. Zbigniewa Herberta / materiały prasowe
Poezję Herberta należy czytać tak, jakby była i o nas, i dla nas. Przyjmować jak dar. Chociaż można go łatwo przeoczyć albo wymazać jednym kliknięciem, i nawet nie wiedzieć, co się traci – mówi poeta Ryszard Krynicki.
Ryszard Krynicki – poeta, tłumacz poezji niemieckiej oraz wydawca. Jeden z najważniejszych twórców współczesnej polskiej poezji.Paweł Ulatowski Ryszard Krynicki – poeta, tłumacz poezji niemieckiej oraz wydawca. Jeden z najważniejszych twórców współczesnej polskiej poezji.
W tomie „Utworów rozproszonych” Zbigniewa Herberta, który Krynicki przygotował, znalazły się wiersze odczytane z rękopisów.a5/materiały prasowe W tomie „Utworów rozproszonych” Zbigniewa Herberta, który Krynicki przygotował, znalazły się wiersze odczytane z rękopisów.
„Pismo Herberta dramatycznie zmienia się pod koniec życia, w czasie choroby. Wielu wierszy z tego czasu nie potrafiłem odczytać” – wyznaje Krynicki.Paweł Ulatowski „Pismo Herberta dramatycznie zmienia się pod koniec życia, w czasie choroby. Wielu wierszy z tego czasu nie potrafiłem odczytać” – wyznaje Krynicki.

Justyna Sobolewska: – W wydanym w 2012 r. tomie „Utworów rozproszonych” Zbigniewa Herberta, który pan przygotował, znalazły się wiersze odczytane z rękopisów. Czy coś pana zaskoczyło w archiwum poety?
Ryszard Krynicki: – Naturalnie nie wszystkie są odczytane z rękopisów, tylko jakaś ich część, ponieważ wiele z nich Zbigniew Herbert albo opublikował w czasopismach lub antologiach, albo najwyraźniej przygotował do druku, bowiem pozostały w postaci maszynopisów – albo wydruków komputerowych (w wypadku wierszy ostatnich). Niemniej każdy z nich porównywałem z rękopisami, jeśli się zachowały. Natomiast z utworów, które zachowały się jedynie w rękopisie, łatwiejsze do odczytania są oczywiście wersje ostateczne, przepisane na czysto, niż bruliony. Jednakże nawet w czystopisach zdarzają się słowa trudniej czytelne, zwłaszcza jeśli w końcówce pojawia się „ą” lub „ę”, często trudne do odróżnienia. Żeby nie szukać daleko, już w pierwszym z trzech utworów, którymi Herbert (zresztą bez własnej woli) zadebiutował w „Dziś i Jutro”, w wierszu „Złoty środek” pojawiły się takie błędy, powielane później w przedrukach.

Ja oczywiście nie znam całego archiwum poety, które jest ogromne. Mogę powiedzieć, że znam dosyć dobrze materiały dotyczące poezji, „Króla mrówek” i podróży Herberta do Izraela. Jednak kiedy pracowałem nad „Królem mrówek”, nie znałem jeszcze notatników, gdzie znaleźć można zapisy pomysłów do tej książki, niekiedy bruliony tekstów nieukończonych; gdybym je znał, moje wydanie tej książki wyglądałoby trochę inaczej. Albo na przykład dopiero po wydaniu korespondencji Zbigniewa Herberta z Davidem Weinfeldem znalazłem przypadkowo w teczkach zawierających różne materiały wycinek z jakiejś niemieckiej gazety (prawdopodobnie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”) ze zdjęciem, którego fragment poeta przerysował w swoim szkicowniku jerozolimskim. Zamieściłem ten rysunek w książce, do tej pory jednak w czasie swoich krótkich pobytów w Jerozolimie nie udało mi się tego zakątka miasta odnaleźć.

Rozumiem jednak, iż przede wszystkim pyta pani o wiersze. Tak, bardzo mnie zastanawia, dlaczego na przykład tak ważne utwory, jak „Z nienapisanej teorii snów”, „Generacja”, „Zagubiony fragment” czy wreszcie „Epilog burzy” (odnaleziony przez Barbarę Toruńczyk), pozostały w rękopisie. Wiadomo od dawna, że Zbigniew Herbert w przeciwieństwie do wielu poetów nie układał swoich nowych książek poetyckich z tego, co napisał w ostatnim czasie. Zdarzało się i tak (jak w przypadku wiersza „Wit Stwosz: Uśnięcie NMP”), że włączał do nowego tomu utwór napisany (i opublikowany) kilkadziesiąt lat wcześniej. Kiedy się o tym pamięta, widać, jak bardzo odmiennym tomem jest pożegnalny „Epilog burzy”, zawierający, jak się zdaje, wyłącznie utwory napisane w ostatnich latach życia poety.

Czyli jego ostatni tom wierszy mógł wyglądać zupełnie inaczej?
Myślę, że tak, bo przecież nie bez powodu nadał mu tytuł od wiersza, którego w książce nie ma, bo nie zdążył go niestety dokończyć, jak wielu innych. Najwyraźniej chciał jednak, żeby pozostał po nim chociaż taki ślad w tomie, o którym wiedział, że będzie jego pożegnaniem ze światem. W dodatku na okładce tomu, powstałej przecież według projektu autora (z wyjątkiem liternictwa oczywiście), znajduje się reprodukcja obrazu Giorgiona, powstałego ponad wiek wcześniej niż „Burza” Szekspira. Tytuł tomu nawiązuje zatem do dwóch zupełnie różnych utworów: w oczywisty sposób do sztuki, tradycyjnie uważanej (jak pisze Stanisław Barańczak) za ostatnie dzieło Szekspira – i w nieoczywisty do najbardziej chyba tajemniczego obrazu Giorgiona.

Z kolei poemat „Epilog burzy” (w rękopisie Herberta tytuł pisany jest dużą literą: „Epilog Burzy”) nawiązuje, jak sądzę, do „Morza i Zwierciadła” W. H. Audena, z tym że główne pytanie Herberta brzmi trochę inaczej: Czym jest zło? Tak w każdym razie pojawia się ono w zaniechanym fragmencie utworu (noszącego początkowo tytuł „Ariel mówi”):

Hej, Kalibanie
Nie ma Kalibana, nigdy go nie było, to ja,
Ariel, grałem na przemian dla tych głupcówuzurpatora Antonia, Prospera, Alonsa, MirandySebastiana, Trynkula i tych marynarzy
podwójną rolę, bowiem niemal wszędy ludzie mądrzy i głupi,
cnotliwi i grzeszni jakby się uparli, aby zło i dobro
były oddzielone, gdy w istocie wszystko jest zmianą,
i najczystszy płatek powietrza, lilia, święty
noszą w sobie skazę jak ranę śmiertelną
i ciemna struga plami białe szaty.
Zło. Czym jest. Czy tylko negatywną formą,
antytezą bytu

Możliwe zatem, iż w ostatnim dziele Zbigniewa Herberta miały się ukazać takie wiersze, jak „Z nienapisanej teorii snów”, „Znaki” oraz „Pan Cogito a utopie”, w których to fundamentalne pytanie również się pojawia.

Wierzyłem, że tom „Epilog burzy” uda się zrekonstruować przynajmniej do tego stopnia, co „Króla mrówek”, teraz jednak, kiedy trochę lepiej znam archiwum, obawiam się iż nie będzie to jednak możliwe. Mogę się tylko domyślać, że nawet bez wiersza tytułowego – jak wynika z wczesnego, próbnego wydruku komputerowego, pochodzącego prawdopodobnie z maja 1997 roku (i zawierającego siedem wierszy) – miała to być jednak trochę inna książka, może jeszcze bardziej osobista, i ułożona inaczej, nie w porządku alfabetycznym. Autor „Pana Cogito” potrzebował zwykle co najmniej kilku lat, żeby ułożyć nowy tom wierszy. Dla „Epilogu burzy” tego czasu niestety zabrakło.

Istnieje sporo nieukończonych projektów Herberta, wydany jakiś czas temu „Mistrz z Delft” to przecież też zbiór zalążków rozmaitych książek.
Zarówno „Mistrz z Delft”, ułożony przez Barbarę Toruńczyk (przy współpracy Henryka Citko), jak i „Węzeł gordyjski”, tom zredagowany przez Pawła Kądzielę. W „Mistrzu z Delft” znajdują się na przykład teksty z planowanej książki „Prywatna historia świata”, a w „Węźle gordyjskim” oprócz innych utworów prozą cykl „Charaktery”, inspirowany zapewne przez książkę Zofii Nałkowskiej. Równolegle do „Króla mrówek” Zbigniew Herbert pracował także nad zbiorem esejów „Narzeczona Attyli”, którego jednak nie dokończył, choć zostało z niego opublikowanych kilka tekstów. W odpowiedzi na „Rok myśliwego” Miłosza zaczął pisać „Rok Jagnięcia”. Wiadomo też, że chciał napisać książkę o malarzu Davidzie, mistrzu przystosowywania się do okoliczności, ostatecznie pozostał z tego projektu krótki esej, napisany w roku 1990 i opublikowany pośmiertnie. Zamierzał rozprawić się z Freudem (i freudyzmem), pozostały zebrane materiały i rozproszone notatki. I wiele, wiele innych planowanych utworów, po których niekiedy pozostały tylko tytuły. Są też niedokończone książki, chociaż zawierają ukończone teksty, jak „Labirynt nad morzem”.

Wracał po latach do dawnych planów?
Tak było chociażby z „Królem mrówek”, który ma długą historię. Nie wiadomo, kiedy Zbigniew Herbert postanowił napisać swoją prywatną mitologię, zainspirowaną prawdopodobnie ukazaniem się dzieła Roberta Gravesa. Przypuszczam, że zaczął myśleć o napisaniu tej książki (która pierwotnie miała nosić tytuł „Atlas”) pod koniec lat siedemdziesiątych, a intensywnie zajął się pisaniem w latach osiemdziesiątych i pracował nad nią do końca życia. Dokładnych dat raczej nie da się ustalić, bo rękopisy tekstów prozą (w odróżnieniu od wierszy) rzadko są datowane. Ostatecznie także „Król mrówek” nie został ukończony, chociaż istnieje wydruk komputerowy z ostatnich miesięcy życia poety, który nie zawiera jednak wszystkich utworów, i w którym zresztą, podobnie jak w „Epilogu burzy”, teksty ułożone były alfabetycznie. Próbowałem zatem zrekonstruować tę książkę, częściowo z rękopisów. Do końca jednak nie wiem, czy nie powinny się w niej znaleźć takie graniczne utwory, jak „Na drogę” albo „Tomasz”, wydrukowane kiedyś razem z „Dziesięcioma ścieżkami cnoty”, przeznaczonymi do „Króla mrówek”. 

Zżył się pan z charakterem pisma Herberta?
Zżyłem się z nim od czasu pracy nad „Królem mrówek”, kiedy każdy tekst ukończony porównywałem z rękopisami, a nieukończone odcyfrowywałem z brulionów, jak na przykład „Pegaza” albo „Ofiarę”. Przeważnie Herbert lubił jednak pisać ołówkiem, a miękki ołówek się rozmazuje i to powoduje, że niektóre teksty są trudno czytelne, a wielu słów wręcz się nie da odczytać, jeśli się nie dysponuje nowoczesną, specjalistyczną aparaturą, a ja wcześniej nie miałem nawet skanera. Z rękopisów, które widziałem, tylko Robert Walser miał jeszcze drobniejsze pismo, też zresztą pisał ołówkiem, tyle że twardym. Tworzył mikrogramy, które zostały po latach odczytane.

Pismo Herberta dramatycznie zmienia się pod koniec życia, w czasie choroby. Wielu wierszy z tego czasu nie potrafiłem odczytać, często się też zdarzało, że do odcyfrowania całości brakowało mi jednego lub dwu słów, jak w wierszach „Śnił mi się znowu Miłosz” albo „Kamień w Jeruzalem”. 

Stara się pan rekonstruować książki Herberta zgodnie z wizją i wolą autora. Czy zostawił wytyczne?
Przy „Królu mrówek” mogłem się opierać na licznych projektowanych spisach treści, które, chociaż różne, okazały się bardzo pomocne w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza jeśli chodzi o kolejność utworów. W wydruku komputerowym, o którym wspominałem, podobnie jak w „Epilogu burzy”, są one ułożone alfabetycznie, nie wydaje mi się jednak, żeby taka była wola autora, żeby chciał wydać tę książkę jako rodzaj leksykonu czy alfabetu Zbigniewa Herberta. Utwierdza mnie w tym przekonaniu znajdujący się w archiwum komputerowo sporządzony spis utworów przepisanych w tym czasie, gdzie wszystkie tytuły (zarówno wierszy przewidzianych do tomu „Epilog burzy”, jak i prozy do „Króla mrówek”) ułożone są alfabetycznie – i dopiero ręką Herberta dopisane jest, do której książki są przewidziane. Można zatem przypuszczać, że układ alfabetyczny miał charakter czysto roboczy.

W wydruku komputerowym „Króla mrówek” zdarzają się zresztą błędy, których złożony ciężką chorobą poeta nie miał już siły poprawić. Szczególnie wiele jest ich w opowiadaniu „Triptolemos”, które w tej postaci zostało wydrukowane w nieistniejącym już piśmie „Kresy”. Przywykło się ostatnią wersję opublikowaną za życia autora traktować jako ostateczną, w tym wypadku musiałem jednak ją rekonstruować z rękopisów.

Podobnie było z niektórymi utworami z tomu „Epilog burzy”, nad którymi Zbigniew Herbert pracował do końca, chociaż książka już była w druku, dlatego w moim wydaniu „Wierszy zebranych” zamieściłem późniejsze wersje – na przykład niektórych „Brewiarzy” albo wiersza prozą „Pan Cogito a Małe Zwierzątko” – przypuszczając, że to one są ostateczne.

Spróbujmy wyobrazić sobie jego ostatnie miesiące: gorączkowa praca nad dwiema książkami – „Epilogiem burzy” i „Królem mrówek” – pisanie nowych wierszy, listów do przyjaciół, listów otwartych, porządkowanie rękopisów, notatników, szkicowników, listów i pamiątek, przerywane częstymi pobytami w szpitalu, tracheotomię, po której stracił mowę i tylko żona mogła się z nim porozumieć. Tu nie było czasu na korekty. Pamiętam moje ostatnie spotkanie z nim, w Wielki Piątek 1998 r., kiedy zawiozłem mu, prosto z drukarni w Białymstoku, pierwsze egzemplarze „89 wierszy”. Mówił prawie niedosłyszalnym szeptem, i gdyby nie Katarzyna Herbertowa, tylko niewiele potrafiłbym zrozumieć. Dopiero później, pod koniec kwietnia albo na początku maja, stał się cud: odzyskał mowę. To wtedy, 8 maja, powstało piękne, bardzo osobiste i poruszające nagranie jego 20 wierszy i trzech wierszy ulubionych poetów: Gajcego, Norwida, Słowackiego.

Powiedział pan w jednej z rozmów, że Zbigniew Herbert stworzył Pana Cogito, żeby móc pisać o sobie.
Może: żeby móc łatwiej mówić o sobie. A przy tym dokonał tego, co rzadko się udaje poetom: stworzył postać, figurę emblematyczną dla XX w., jak Settembrini, doktor Żywago czy niekiedy filmowe wcielenia Charliego Chaplina. To jest coś więcej niż alter ego. Dzięki postaci Pana Cogito łatwiej mu było mówić o sobie, o najbliższych: ojcu, matce i siostrze – ale też stawiać najtrudniejsze, fundamentalne pytania, jak w wierszach „Rozważania Pana Cogito o odkupieniu” oraz „Pan Cogito szuka rady”, w książce nieprzypadkowo sąsiadujących ze sobą.

Warto porównać dwa wiersze o ojcu: „Mój ojciec” ze „Struny światła” (jeden z moich ukochanych wierszy) i „Rozmyślania o ojcu” z „Pana Cogito”. W pierwszym jest to ojciec mityczny, przypominający nieco postać ojca z „Sanatorium Pod Klepsydrą” Brunona Schulza, w drugim – jedna z najważniejszych i najbliższych osób w życiu poety.

Początkowo Herbert, tak dyskretny w sprawach osobistych, zastanawiał się nawet, czy do tomu nie włączyć wiersza „Z erotyków Pana Cogito”. Ostatecznie w druku ukazał się on tylko raz, w piśmie „Akzente” w niemieckim przekładzie Karla Dedeciusa. Jak można się domyślać, raczej za sprawą tłumacza niż autora.

Pan Cogito rzeczywiście bywa postacią autoironiczną i wręcz komiczną, jak w wierszu „Pan Cogito a poeta w pewnym wieku”. Trudno jednak to sobie uświadomić, bo tak silnie ta postać zrosła się w powszechnej świadomości z powagą i patosem.
Bo w powszechnej świadomości kojarzy się przede wszystkim z „Przesłaniem Pana Cogito”, ponieważ jeśli chodzi o sprawy fundamentalne, jest wyznawcą kodeksu rycerskiego i zgodnie z nim postępuje. Zachowuje jednak dystans do siebie, dzięki czemu w wierszu „O dwu nogach Pan Cogito” potrafi jedną porównać do Don Kichota, a drugą do Sancho Pansy – a w „Grze Pana Cogito” powiedzieć, że wolałby być pośrednikiem wolności niż bohaterem. Potrafi być heroiczny, ale też sceptyczny i autoironiczny. Dzięki swojej złożoności i wyrazistości stał się szybko rozpoznawalną i ulubioną postacią dla inteligencji nie tylko w naszej części świata. Warto przypomnieć, że już w roku 1973, czyli przed ukazaniem się tomu, powstało w Stanach Zjednoczonych pismo młodych poetów „Mr. Cogito”.

Poezja Herberta za granicą funkcjonuje chyba zupełnie inaczej niż u nas?
Przede wszystkim za granicą czyta się go bezinteresownie, jako jednego z wielkich poetów współczesnych, a nie tylko i jedynie jako poetę polskiego. Natomiast w Polsce jego twórczość redukuje się często do kilku wierszy i sprowadza do polskiego kontekstu, zapominając o tym, że ma ona wymiar o wiele większy, uniwersalny. Czyta się poprzez kompleks polski, spycha do polskiego piekła. Być może to powoduje, że młodszym poetom zdarza się go nie zauważać albo mówić o jego poezji niechętnie. Sam jako młody poeta nie byłem tu zresztą bez winy.

W wielu krajach ukazują się zbiorowe wydania jego poezji, co nie jest przecież częste w tym skomercjalizowanym świecie. Na przykład w Holandii wkrótce po śmierci Zbigniewa Herberta wyszło zbiorowe wydanie jego poezji w świetnym przekładzie Gerarda Rascha, które jest pod wieloma względami wzorowe, bo zawiera nie tylko kanon herbertowskiej poezji, lecz również wybór utworów rozproszonych, niektóre wiersze z dramatów oraz – co nie jest bez znaczenia – bardzo wnikliwe przypisy, które nie odstraszają czytelników, wprost przeciwnie. Siedem lat temu ukazały się w Stanach Zjednoczonych „The Collected Poems” w przekładzie i pieczołowitym opracowaniu Alissy Valles, która zresztą włączyła do tej edycji klasyczne już tłumaczenia Czesława Miłosza i Petera Dale Scotta. Wydanie to było tak wielkim wydarzeniem i odniosło tak wielki sukces na rynku amerykańskim, że wkrótce potem to samo wydawnictwo opublikowało obszerny zbiór utworów prozą. A w Polsce? Wolę nie cytować, co niekiedy musiałem czytać po ukazaniu się „Wierszy zebranych”.

Młodym twórcom często podoba się np. erotyk Herberta „Różowe ucho”, a poza tym stają w obronie tych kochanków w hotelu z wiersza „Dlaczego klasycy”.
Być może dlatego, że „Różowe ucho” jest jednym z nielicznych prywatnych utworów Herberta, bliskim w tonacji jego wierszom młodzieńczym, a przy tym bardzo oryginalnym, na wskroś współczesnym, chociaż nie przekracza granic zwierzenia, co jest powszechne we współczesnej kulturze masowej.

Jest przy tym znacznie prostszy, o wiele mniej złożony, niż „Dlaczego klasycy”. Im częściej czytam ten ostatni, tym bardziej mi się wydaje, że Herbert wcale nie potępia płaczących kochanków – tylko mówi o konieczności wyboru, czy też podjęcia swojego losu, któremu trzeba próbować sprostać do końca. Myślę tak, bo coraz częściej czytam ten wiersz przez pryzmat jednego z moich najbardziej ulubionych wierszy z „Napisu”, „Układała swe włosy”, w którym następuje jakby odwrócenie sytuacji: na pierwszym planie jest para kochanków, a to, co w „W dlaczego klasycy” jest tematem głównym, tu skondensowane jest do trzech linijek.

Wydaje mi się jednak, że młodsi poeci rzadziej przyznają się teraz do Herberta, który, jak wiadomo, w poezji cenił przezroczystość semantyczną – przede wszystkim dlatego, że w nowej poezji dominuje inny stosunek do języka, że jest ona nieustającą grą językową, pragnie stworzyć idiom nowoczesności, jak niegdyś poezja lingwistyczna. Znacznie bliższy jest im więc Miron Białoszewski. Mogę ich tylko zapewnić, że Herbert wysoko cenił Białoszewskiego i że napisał o nim jeden ze swoich ostatnich wierszy. Nie udało mi się go odczytać do końca, dlatego w „Utworach rozproszonych” zamieściłem tylko faksymilia dwóch jego różnych wariantów.

Dziś używa się Herberta jako argumentu skierowanego przeciwko komuś lub czemuś nie tylko w sprawach politycznych, ale i poetyckich. Choćby po to, żeby powiedzieć, że jego poezja jest dobra, bo zrozumiała, w przeciwieństwie do tej współczesnej, niezrozumiałej.
Przede wszystkim jednak w sprawach politycznych. W tym Herbert dzieli los Norwida. Podobnie zresztą jak przy cytowaniu Norwida, kiedy polityk zaczyna cytować „Potęgę smaku”, to przekręca nawet tytuł.

Aby odzyskać Herberta, trzeba by zapomnieć, że ta poezja pisana była w pewnych czasach i w Polsce. Czytać tak, jakby nie była o nas.
Czytać tak, jakby była i o nas, i dla nas. Przyjmować jak dar, bezinteresownie ofiarowany. Chociaż można go łatwo przeoczyć albo wymazać jednym kliknięciem, i nawet nie wiedzieć, co się traci.

***

Ryszard Krynicki (ur. 1943 r. w Sankt Valentin) – poeta, tłumacz poezji niemieckiej oraz wydawca. Jeden z najważniejszych twórców współczesnej polskiej poezji. Zaliczany jest do poetów Nowej Fali. Ostatnio opublikował „Wiersze wybrane” (2009 r.). Laureat m.in. Nagrody Fundacji im. Kościelskich i Nagrody Polskiego PEN Clubu. Razem z żoną Krystyną prowadzi wydawnictwo a5, w którym ostatnio ukazały się „Utwory rozproszone” Zbigniewa Herberta.

Polityka 51.2011 (2838) z dnia 14.12.2011; Kultura; s. 90
Oryginalny tytuł tekstu: "Odzyskać Herberta"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną