Opiekunka Violetty Villas skazana na 10 miesięcy więzienia

Gwiazda
Sąd w Kłodzku uznał opiekunkę Violetty Villas winną nieudzielenia pomocy znanej piosenkarce.
Violetta Villas umarła w wieku 73 lat, a pod bramę jej domu przychodzą całkiem obcy ludzie zapalać znicze.
Grzegorz Jakubowski/Forum

Violetta Villas umarła w wieku 73 lat, a pod bramę jej domu przychodzą całkiem obcy ludzie zapalać znicze.

Violetta po prostu chciała być gwiazdą z Las Vegas, jej wizerunek był efektem fascynacji estetyką amerykańskiego teatru rewiowego.
Henryk Rosiak/Forum

Violetta po prostu chciała być gwiazdą z Las Vegas, jej wizerunek był efektem fascynacji estetyką amerykańskiego teatru rewiowego.

Violetta Villas w pobliżu swojego domu, Lewin Kłodzki 1999 r.
Marek Szymański/Forum

Violetta Villas w pobliżu swojego domu, Lewin Kłodzki 1999 r.

Opiekunka Violetty Villas została skazana na 10 miesięcy więzienia – orzekł sąd w Kłodzku. Uznano ją za winną nieudzielenia pomocy, ale uniewinniono od zarzutu psychicznego znęcania się nad piosenkarką. Syn Violetty Villas wnioskował o zmianę kwalifikacji czynu na zabójstwo – sąd go odrzucił.

Poniższy tekst ukazał się w listopadzie 2011 r.

*

Śmierć Violetty Villas w samotności i biedzie bardzo kontrastuje z przywoływanymi równocześnie opowieściami o jej niegdysiejszym światowym życiu. Zjawiskowym głosie, intrygującym wizerunku, błyskotliwej karierze.

Nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie o miejsce Violetty Villas w kulturze.

Zdarzył się przedziwny zbieg okoliczności: nieomal w dniu śmierci Violetty Villas wyszła jej książkowa biografia autorstwa Izy Michalewicz i Jerzego Danielewicza „Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia”. Tak pisze się dziś biografie bohaterów masowej wyobraźni: bez jakiegokolwiek ukrywania tego, co przykre, wstydliwe, smutne, przerażające. Fakt, w jej życiu znacznie więcej było cienia niż blasku.

Opowieść o Villas zaczęła się jak bajka o Kopciuszku, ale im dłużej ta opowieść trwała, tym bardziej stawała się horrorem. Owszem, na początku miała sporo szczęścia. Od pierwszego przeboju z 1961 r. „Dla ciebie miły”, który zwyciężył w plebiscycie „Expressu Wieczornego” na polski szlagier, zyskała opinię wielkiego talentu. Radio nie przestawało grać tej piosenki, tak jak i późniejszych hitów. Od razu została zaproszona do udziału w festiwalu sopockim, potem – w Opolu.

Muzykę rozrywkową traktowano wtedy jako sferę wrażliwą, bo znajdującą się w centrum uwagi mas. Utalentowana młodzież prowincjonalna z chłopskim lub robotniczym backgroundem mogła liczyć na wsparcie państwa. W takiej atmosferze także Czesia Cieślak, która potem stała się Violettą Villas, najpierw bez problemu trafiła do szkoły muzycznej w Warszawie, a w trakcie pobierania tam nauki mogła zadebiutować w radiu.

Podobną drogę do sławy przebyły gwiazdy wykreowane przez Festiwal Młodych Talentów w Szczecinie, jak Karin Stanek czy Helena Majdaniec. Akurat te dwie piosenkarki niemal od początku kariery związały się z nurtem muzyki młodzieżowej, stanowiącej odpowiednik anglosaskiego rocka. Violetta miała na siebie inny pomysł. Jej pierwsze hitowe piosenki, takie jak wspomniana „Dla ciebie miły” czy „Przyjdzie na to czas”, były bagatelne tekstowo i muzycznie, ale łatwo wpadały w ucho. Z kolei wykonywana w Sopocie „Ave Maria no morro” czy nagrana w 1965 r. „Do ciebie mamo” stały sie popisem możliwości wokalnych Violetty. W połowie lat 60. cała Polska wiedziała, że to czterooktawowa skala głosu, co zdarza się niezmiernie rzadko. Propagator opery Bogusław Kaczyński zawsze mówił, że była talentem na miarę Marii Callas i należy żałować, że zamiast do La Scali trafiła do rewiowej paryskiej Olympii.

Dlaczego nie stało się tak, jak chciał Bogusław Kaczyński? Z książki Michalewicz i Danilewicza wynika, że Violetta nie miała wielkiego zapału do nauki. Ale też wzorcem dla 22-letniej dziewczyny nie mogła być diva operowa reprezentująca przebrzmiałą dziedzinę sztuki.

Na początku lat 60. sympatia polskich fanów muzyki popularnej kierowała się głównie w stronę muzycznej estetyki francuskiej i włoskiej. Piosenki anglosaskie, wczesny rock’n’roll, tak jak i jazz, porywały węższe środowiska wielkomiejskie. Wszyscy znali Marino Mariniego i – oczywiście – Edith Piaf, ale już Elvis Presley w Polsce miał fanów głównie wśród słuchaczy Radia Luxemburg. Zawartość pierwszych albumów Violetty („Granada”, „Malaguena”, „Tiritomba”) wskazują ewidentnie na gust południowy. W Polskim Radiu też piosenka „łacińska” wygrywała z anglojęzyczną.

Była połowa lat 60. – apogeum beatlemanii i globalne szaleństwo wokół rocka. W Polsce tak jak Beatlesi próbowały grać Czerwone Gitary, Anglosasi inspirowali Polan i Niebiesko Czarnych, rodzimym Bobem Dylanem stawał się Tadeusz Woźniak. Tymczasem odpowiedzialne za zagraniczne wyjazdy polskich estradowców przedsiębiorstwo Pagart nie próbowało kontaktować się z rynkiem brytyjskim czy amerykańskim. Być może w słusznym przekonaniu, że polska oferta nie znajdzie zrozumienia wśród tamtejszej publiczności. Wyjątkiem mogła być publika polonijna w Stanach.

Występ Villas w paryskiej Olympii miał charakter rewii musicalowej: obok piosenkarzy występowali tancerze, akrobaci i parodyści. Do Polski docierały wieści o wielkim sukcesie. W skali ówczesnej światowej branży muzycznej był to sukces mniej niż umiarkowany. Violetta stała się jednak artystką rewiową i w tej roli właśnie znalazła się w Las Vegas. Coraz częściej pojawiała się opinia o niej jako o królowej kiczu. Rodzimi dziennikarze najpewniej nie wiedzieli, że przesada, nadmiar i przerysowanie należały do stylu estradowego w klubach Las Vegas (choć już nie Nowego Jorku).

A Violetta po prostu chciała być gwiazdą z Las Vegas, jej wizerunek był efektem fascynacji estetyką amerykańskiego teatru rewiowego. I taka Violetta, w białej sukni z krynoliną, blond lokami do ziemi, śpiewająca ckliwe teksty o miłości, nigdy nie przestała się podobać. Pod tym względem w dużej mierze dzieliła los Tercetu Egzotycznego czy Janusza Laskowskiego: dziennikarze i krytycy jej nie znosili, a zwyczajni fani, zwłaszcza ci z Polski niemetropolitalnej, uwielbiali ją.

Uwielbiali zarówno za piosenkowe wyciskacze łez, jak i jej image seksbomby znakomicie oddany w filmowej komedii Jerzego Gruzy „Dzięcioł”. Najwyraźniej mieli taki gust jak ona sama.

Szkoda, że ci, od których zależeć mógł przebieg jej kariery, nie zrozumieli w porę, na czym polega jej przewaga. Niebem tej gwiazdy nie było ani niebo piosenki literackiej, ani niebo szeroko pojętej muzyki tanecznej. Nawet – wbrew temu, co dziś się sądzi – nie była to fuzja opery z rozrywką. Była to raczej sfera ludowych wyobrażeń o tym, czym jest piękne śpiewanie i piękny wygląd. I że musi w tym być wielka melodramatyczna emocja. Tym właśnie trafiała do tłumów swoich wielbicieli.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną