Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Kultura

Piękna depresja

Cohen znów śpiewa

Dziś Cohen jest wreszcie jako autor w centrum uwagi po obu stronach Atlantyku. Dziś Cohen jest wreszcie jako autor w centrum uwagi po obu stronach Atlantyku. Joel Saget / EAST NEWS
Najpierw zniknął na lata, potem go okradli, wreszcie odrobił straty i zbiera honory jak nigdy przedtem. Leonard Cohen ma już tylko jeden problem: nie potrafi się z tego wszystkiego cieszyć.
Zdaniem Cohena, piosenki nie uwznioślają naszego życia. To treść naszego życia uwzniośla piosenki.Sony Music/materiały prasowe Zdaniem Cohena, piosenki nie uwznioślają naszego życia. To treść naszego życia uwzniośla piosenki.
„Old Ideas” – nowa płyta Leonarda Cohena, ukaże się na rynku 30 stycznia.materiały prasowe „Old Ideas” – nowa płyta Leonarda Cohena, ukaże się na rynku 30 stycznia.

Leonard Cohen ma dziś 77 lat i od dawna wypracowane własne tempo pracy. Przez prawie pół wieku nagrał 12 płyt z klasycznymi i pięknymi, choć depresyjnymi piosenkami, walcząc przy okazji z własną depresją. Walkę tę najpierw ułatwiały mu alkohol i narkotyki, potem kolejne romanse, a w końcu coraz dłuższe, liczone w latach, pobyty w buddyjskim centrum Mount Baldy. Tam, pod okiem swego mistrza zen (obecnie 104-letniego), poddawał się klasztornej dyscyplinie i – jak sam to określa – „zgłębiał naturę rzeczy”.

Cierpliwość jest wpisana w każdy element świata Cohena. Muszą się nią wykazywać fani, którzy na nowy album „Old Ideas” czekali od ośmiu lat. I dziennikarze, którzy – tak jak ja – zabiegali o kontakt z artystą. Przy okazji poprzedniej płyty wysłałem nawet mail do klasztoru z prośbą o kontakt z Cohenem. Odpowiedź przyszła dopiero po roku, też mailem – od samego artysty. I była zwyczajowo lakoniczna: „Jestem w tej chwili w Mount Baldy. Nie mogę udzielać wywiadów”.

Po kilku latach nadarzyła się jednak okazja do spotkania – prezentacja nowej płyty w Paryżu. Pytam więc, jak mógł wytrzymać w Mount Baldy, w środowisku pozbawionym muzyki, przez wiele lat odizolowany od świata. – Zawsze można sobie mruczeć pod nosem, tego przecież w klasztorze nie zabraniają – odpowiada.

Może dlatego na „Old Ideas” – nowej płycie, która ukaże się 30 stycznia – jego głos, nagrywany niezwykle blisko mikrofonu, operujący na poziomie szeptu, zamienia się chwilami w basowy pomruk. Prawie jak w piosenkach Toma Waitsa. Choć przecież metrykalnie to raczej Waits był uczniem Cohena. Podobnie jak Bob Dylan, też eksponujący na ostatnich albumach starcze zmęczenie w głosie. Męscy bardowie mają się pod tym względem świetnie – nikt nie oczekuje od nich piękności, tak samo jak od starzejących się aktorów w filmie.

Podobnie jak młodsi koledzy po fachu, Kanadyjczyk w swoich nagraniach odwołuje się coraz częściej do bluesa. Choć u niego, jako pupilka europejskiej publiczności i człowieka, który przyszedł do piosenki z poetyckiego salonu, to dużo większe zaskoczenie. – Zawsze czułem, że nie mam prawa do wykonywania bluesa, choć bardzo lubiłem jego konstrukcję – tłumaczy. – Ale poczułem, że przyznano mi pozwolenie. Nie wiem tylko, jaka władza tego dokonała. Pewnie ta sama, która pozwala w tym wieku Cohenowi błyszczeć jednymi z najlepszych tekstów i piosenek od lat.

Najpierw weźmiemy Berlin

Opieszałość w czytaniu maili wywołała już w życiu Cohena konsekwencje znacznie poważniejsze, niż te opisane wyżej. Podczas pobytów w Mount Baldy nie śledził pojawiających się w korespondencji ostrzeżeń o stanie własnych finansów. Nie zwrócił więc uwagi na to, że Kelley Lynch, kolejna ekskochanka, a potem współpracowniczka i menedżerka, której w zaufaniu udzielił pełnego dostępu do swoich kont, przez lata zdefraudowała wszystkie oszczędności z jego ocenianego na 5 mln dol. funduszu emerytalnego. Pieniędzy, które mu zostały, nie wystarczyło na opłacenie podatków, wpadł więc w długi.Anthony Reynolds, biograf Cohena, opisuje tę historię jako ironiczny żart w stylu zen: „Bogaty człowiek próbuje uciec z materialistycznego świata, a potem opuszcza klasztor, żeby się dowiedzieć, że ukradziono mu wszystkie dobra materialne. W końcu jako biedak musi wrócić do świata materializmu na dobre, żeby odzyskać fortunę”.

Ten bodziec był zresztą w życiu Cohena potrzebny, a już na pewno przydał się jego fanom. W połowie poprzedniej dekady musiał z biedy zacząć pisać nowe piosenki, a dwa lata temu – wyjechać w świetnie przyjmowaną trasę koncertową. – Mam teraz dużo niedokończonego materiału. Z pewnością wystarczy na jeszcze jedną płytę, mam nadzieję, że uda mi się ją nagrać w ciągu najbliższego roku – mówi. Sama światowa trasa, podczas której zawitał również do Polski, przyniosła zyski rzędu 21 mln dol., więc summa summarum się opłacało.

Wierni fani Cohena powinni dobrze znać ten ekonomiczny aspekt twórczości idola. W latach 60., jeszcze przed trzydziestką, był bowiem nadzieją kanadyjskiej prozy i poezji. Zbierał świetne recenzje i pracował nad kolejną książką na swojej zielonej maszynie Olivetti (nie mniej sławnej niż znany z tytułu piosenki „Słynny niebieski prochowiec”) w domku na małej wyspie Hydra u wybrzeży Grecji. Za piosenki wziął się między innymi dlatego, że ich pisanie oznaczało dużo większe wpływy. Jego głos nie wszystkim się podobał, a brak obycia w świecie muzyki popularnej czynił z niego outsidera. Do dziś Cohen – nawet na płycie „Old Ideas” – nie czuje do końca amerykańskiej tradycji folkowej, żywe instrumenty zastępuje chwilami syntetycznymi brzmieniami, pozwala sobie na wiele elementów, które mogą brzmieć co najmniej dziwnie. „Na początku trudno było skłonić Leonarda do pracy z innymi muzykami, bo czuł, że się z niego śmieją” – wspominał jego pierwszy producent John Hammond, odkrywca talentów Dylana i Springsteena. „I rzeczywiście się podśmiewali”.

Z drugiej strony, późny (miał 33 lata) debiut płytowy Cohena przyniósł takie utwory, jak „Suzanne” czy „Sisters of Mercy”, i był dojrzałym arcydziełem. Recenzje zebrał świetne, ale wpływy na amerykańskim rynku okazały się niewielkie. Jego znana piosenkowa fraza „Najpierw zdobędziemy Manhattan, potem weźmiemy Berlin”, przełożona na realia kariery Cohena, musiałaby brzmieć dokładnie odwrotnie.

Na pościeli wymiętej

Najłatwiej tę karierę zestawiać z losami Woody’ego Allena. Nie dlatego, że Cohen jest urodzonym w dość majętnej rodzinie kanadyjskim Żydem (jego matka uciekała z terenów dzisiejszej Litwy). I nie tylko ze względu na skłonności do depresji. Obaj budowali swoje kariery głównie dzięki europejskiej publiczności. W połowie lat 70., gdy dla słuchaczy w Ameryce Cohen był wciąż stosunkowo mało znanym wykonawcą, w Paryżu zorganizowano mu koncert na otwartej przestrzeni dla 130 tys. widzów.

Tradycja, w obrębie której się poruszam, w Europie była znana od lat. Liryka, pozycja wokalisty, to wszystko było od dawna rozumiane we Francji – mówi dziś autor „I’m Your Man”. Liczne podróże artysty do Grecji, Francji i Wielkiej Brytanii nie były początkiem fascynacji Starym Kontynentem. Jego poetyckim patronem był od samego początku, odkryty we wczesnej młodości, Hiszpan Federico García Lorca. Fascynującym odkryciem, mającym wpływ na dość wyjątkowy styl gry na gitarze Cohena, była z kolei scena flamenco. – W zeszłym roku zmarł Enrique Moriente – przypomina. – Fakt, że przełożył kilka moich piosenek na język flamenco, był dla mnie powodem do dumy. Z kolei jedną z pierwszych płyt, które kupiłem, był album pieśniarki fado Amalii Rodriguez. Nie miałem wtedy pieniędzy na płyty, więc był to przemyślany zakup, słuchałem tych piosenek non stop.

Zmitologizowana jest sympatia Cohena dla Polaków. Nasza do niego – ani trochę. Artysta został do nas zaproszony w 1985 r. na cztery wyprzedane koncerty w dużych salach, miał tu oddanego tłumacza (zmarły w ubiegłym roku Maciej Zembaty), jego płyty świetnie się sprzedają do dziś. Biblijne i mitologiczne skojarzenia, poetyckie konteksty – wszystko to świetnie przemawiało do miejscowej inteligencji już w latach 70. Wprawdzie wykonywana przez niego pieśń „The Partisan”, która przypadła do gustu działaczom solidarnościowego podziemia, nie była akurat autorstwa Cohena, to jednak Kanadyjczyk wydawał się w latach 80. kimś niesłychanie nam bliskim i przychylnym.

 

On sam – co wyczytać można w wywiadach i biografii – podchodził do tego kultu z zaskoczeniem. O systemie komunistycznym wypowiadał się wprawdzie krytycznie, ale na upadek muru berlińskiego i zburzenie starego porządku patrzył (na albumie „The Future”) ze strachem. „Widziałem przyszłość bracie/Jest mordercza!” – śpiewał, szukając później potwierdzenia swych słów w wojnie w Jugosławii.

Dzięki przekładom (także tym Daniela Wyszogrodzkiego) znamy wyrafinowane opisy miłości niemożliwej do Zuzanny, żony znajomego rzeźbiarza („Suzanne”), albo dylematów mężczyzny w stałym związku („I Tried To Leave You”). Znamy artystyczne credo Cohena, wyrażone od razu w „Bird on a Wire”: „Jak ptak na drucie/Jak pijak w nocnym chórze/Próbowałem na swój sposób/Wolnym być”. Inny piosenkarz Kris Kristofferson wspominał, że chce je sobie wyryć na grobie. Dziś uzupełniają je słowa z najnowszej płyty, z utworu „Going Home” – rozmowy z samym sobą, „parszywym leniem, zawsze w garniturze”, który nie ma wolności. „Zawsze robi to, co każę” – śpiewa starzejący się Cohen. „New Yorker” przedrukował ostatnio ten tekst na swojej kolumnie poetyckiej.

Umknęło nam za to trochę z dosadności niektórych piosenek – choćby „Chelsea Hotel No. 2”, w którym scenę oralnego seksu z młodziutką Janis Joplin Maciej Zembaty przedstawił delikatnie: „Gdy w pościeli wymiętej/Całowałaś mnie wszędzie”. Cohen opisał ten szybki romans już po tragicznej śmierci Joplin, nie bez wstydu, i wielokrotnie się z tego tłumaczył. – Dziś wiemy, że zabójczy może być cukier, papierosy, ba, białe pieczywo! Wtedy nikt nam nie mówił nawet o tym, że heroina zabija – komentuje z perspektywy smutny los piosenkarki.

Cohen jak Yoda

„W Europie Wschodniej cierpimy na taką depresję, że klimat muzyki Cohena nam nie przeszkadza” – tłumaczył jego polskie sukcesy promotor koncertowy Andrzej Marzec na kartach biografii artysty „A Remarkable Life”. W ostatnich latach – szczególnie na albumie „Dear Heather” – ten klimat nieco się rozjaśnił, ale płyta „Old Ideas” jest znów bardziej przygnębiająca, brzmi bardziej jak wczesne nagrania Cohena.

Depresja nie jest jak nieudana randka albo zepsuty weekend – tłumaczy autor, wyjątkowo wylewnie i bez silenia się na dowcip. – Kiedy mówię o depresji, mam na myśli jej postać kliniczną, która rzuca się cieniem na całe życie, powoduje lęki, nieustające uczucie, że nic nie może się udać, że przyjemność jest niemożliwa do osiągnięcia, a wszystkie strategie ponoszą fiasko.

Dziś Cohen jest wreszcie jako autor w centrum uwagi po obu stronach Atlantyku. Wiele zrobili dla niego młodzi wykonawcy, oddający mu kolejne piosenkowe hołdy – od R.E.M. i Nicka Cave’a na płycie „I’m Your Fan”, po Antony’ego na ścieżce dźwiękowej dokumentu „I’m Your Man”. Pomógł zaskakujący sukces „Hallelujah” w wykonaniu Jeffa Buckleya, który do dziś skutkuje obecnością tej piosenki we wszystkich edycjach „Idoli” i „X Factorów”. A wreszcie wracająca moda na autorów-wykonawców, dzięki której ludzie chcą słuchać, co ma do powiedzenia Cohen o dziedzinie, na której zna się najlepiej – pisaniu piosenek.

Dobra piosenka operuje jego zdaniem na wielu poziomach – pozwala uleczyć złamane serce, ale też sprzątać dom i pozmywać naczynia. Zawsze jest w niej jednak pierwiastek smutku, który można wydobyć. – Nawet takie „Jingle Bells” można przecież zaśpiewać wolniej i uchwycić w ten sposób zupełnie inne emocje.

Piosenka jest jak tofu, łatwo ją nasycić dowolnym smakiem. Dowolnym rodzajem emocji – mówi w Paryżu. – W dobrej piosence można więc znaleźć miejsce pozwalające ją odczytać jako erotyczny impuls, lekarstwo na depresję, opowieść o samotności. Przypomnijmy sobie, co Marilyn Monroe zrobiła ze śpiewanym dla prezydenta „Happy Birthday”. Zamieniła to w zaproszenie erotyczne.

Zdaniem Cohena, piosenki nie uwznioślają naszego życia. To treść naszego życia uwzniośla piosenki. I sam potrafi swoje odczytać na nowo w dowolnych okolicznościach. Na prezentacji płyty „Old Ideas” odzywa się w pewnym momencie duński dziennikarz: „Panie Cohen, przeżywamy największy kryzys od lat, giełdy szaleją, cały świat pogrążony jest w długach, co pan o tym sądzi?”. Na co artysta, znów lapidarnie, odpowiada tytułem jednego ze swoich przebojów: – Everybody knows. Potem zastyga z kamienną twarzą w pozie piosenkowego mistrza Yody, w której spędził wcześniej 45 minut, czekając, aż dziennikarze z całego świata wysłuchają jego nowych piosenek.

Ta artystyczna filozofia i gigantyczny dorobek przyniosły Cohenowi w ubiegłym roku – prócz różnych innych honorów i wyróżnień – prestiżową Nagrodę Księcia Asturii w dziedzinie literatury. Co przypomina, że może wcale nie jest gorszym kandydatem do Nobla niż wymieniany ostatnio w gronie faworytów Dylan.

 

Fragmenty tekstów Leonarda Cohena – z wyjątkiem „Going Home” – w tłumaczeniu Macieja Zembatego.

Polityka 04.2012 (2843) z dnia 25.01.2012; Kultura; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Piękna depresja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Testy antygenowe i omikron. Jak poprawnie zrobić wymaz?

Testy antygenowe na koronawirusa mają tę zaletę, że są szybkie i można je zrobić samodzielnie, ale wiele wskazuje, że w dobie omikronu będzie trzeba zmienić sposób ich wykonywania. Większa skuteczność wykrywania infekcji jest szczególnie istotna w kontekście ostatniego komunikatu WHO.

Piotr Rzymski
12.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną