Kultura

Akademia poderżnęła sobie gardło

Rozmowa z Agnieszką Holland nie tylko o Oscarach

Agnieszka Holland: Zwycięstwo „Artysty” uważam za nieszczęście. Wygrał fajny, ale pusty film. Agnieszka Holland: Zwycięstwo „Artysty” uważam za nieszczęście. Wygrał fajny, ale pusty film. Newspix.pl
Rozmowa z Agnieszką Holland nominowaną do Oscara za film „W ciemności”.
Przed oscarową galą: reżyserka z Robertem Więckiewiczem i Michałem Żurawskim, aktorami filmu „W ciemności”.ADRIAN SANCHEZ-GONZALEZ/AFP/EAST NEWS Przed oscarową galą: reżyserka z Robertem Więckiewiczem i Michałem Żurawskim, aktorami filmu „W ciemności”.
Kadr z filmu „W ciemności”.materiały prasowe Kadr z filmu „W ciemności”.

Janusz Wróblewski: – Skończyło się na nominacji, ale szczęście było bardzo blisko. Jest pani rozczarowana?
Agnieszka Holland:
– Nie. Przypuszczałam, że tak się stanie. Mieliśmy pecha, że w naszej konkurencji startowało irańskie „Rozstanie”. Gdyby nie ten film, mogliśmy wygrać. A przegrana z takim przeciwnikiem ujmy nie przynosi. Czuję się lepiej niż kilku kolegów, na przykład Terrence Malick. Zarówno on, jak i jego „Drzewo życia” nic nie dostało, mimo że mieli dużo słabszych konkurentów.

W kategorii nieanglojęzycznej werdykt był sprawiedliwy?
W ocenie sztuki nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość. Mogę tylko powiedzieć, że ten werdykt na pewno nie był niesprawiedliwy. Bardzo cenię „Rozstanie”. Uważam je za wyjątkowe dzieło. Asghar Farhadi jako człowiek i reżyser przypomina Krzysztofa Kieślowskiego. Kiedy odbierał nagrodę czułam do niego podziw. Cieszyłam się, że to on, a nie Kanadyjczyk Philippe Falardeau. Gdyby wygrał „Monsieur Lazhar” uznałabym to za nieporozumienie.

Co by się zmieniło, gdyby jednak to pani otrzymała Oscara?
Poczułabym większego kopa. Chociaż w tej kategorii Oscar nie liczy się na rynku amerykańskim aż tak bardzo. „W ciemności” wciąż jest oglądane, ma przyzwoitą frekwencję. Może zobaczyłoby go trochę więcej widzów.

W głównych kategoriach wygrała francuska, czarno-biała, niema komedia „Artysta”. To był również pani faworyt?
Zwycięstwo „Artysty” uważam za nieszczęście. Wygrał fajny, ale pusty film. Widownia za nim nie przepada. To powoduje, że ta nagroda trochę ucierpiała na prestiżu. Akademia poderżnęła sobie gardło. Gdy wymieniano nazwisko reżysera czuć było, że sala zamarła. Przy ogłaszaniu najlepszego filmu oklasków prawie się nie słyszało. Tak jakby wszyscy się złapali za głowę, o rany co myśmy zrobili! A dlaczego zwyciężył? Na tym polega zagadka masowych ruchów. Bracia Weinstein, którzy dystrybuują „Artystę” włożyli w niego dużo pracy, pomysłów, no i pieniędzy. Jak widać, to przyniosło rezultaty.

Jak się pani podobała gala?
Średnio. Było nudnawo. Słaby rok, słabe filmy, atmosfera ociepliła się dopiero przy nagrodzie dla Maryl Streep. Przemówienia były strasznie konwencjonalne, nic ciekawego się nie wydarzyło. Najlepszym nagrodzonym filmem było według mnie „Rozstanie”.

A na jaki film pani głosowała?
Na „Drzewo życia”.

Jest pani od dawna zadomowiona w Hollywood, niejednokrotnie kręciła tam filmy. Jak nominacja wpłynęła i czy dodatkowo poprawiła pani sytuację zawodową w Ameryce?
Rzuca znów na mnie światło. Przez ostatnie lata w Los Angeles postrzegano mnie głównie jako dobrego reżysera telewizyjnego i stamtąd miałam najwięcej sensownych propozycji. Odbiór „W ciemności” i nominacja zmieniły trochę sytuację.

„Gorzkie żniwa”, „Europa, Europa” również były poświęcone tematyce Zagłady. Czy w Ameryce się o tym pamięta? Czy jest tam pani odbierana jako specjalistka od tematyki żydowskiej?
Czuje się pewien przesyt tą tematyką (trudno się zresztą dziwić: było w ostatnich 15 latach tak dużo słabych, kiczowatych filmów na ten temat). Nieliczne głosy krytyczne pod adresem naszego filmu tego właśnie dotyczyły: że już to było, że po co do tego wracać i tak dalej. Ciekawe, że nigdy nie ma tego typu zastrzeżeń przy innej tematyce; nikt nie krytykuje w ten sposób komedii romantycznych, kryminałów, westernów czy dramatów sportowych... Co do kojarzenia mnie... Ludzie tu pamiętają „Europę, Europę”, ale i „Tajemniczy ogród”, „Plac Waszyngtona”, nie mówiąc o serialach jak „The Wire”, „Treme” czy „The Killing”.

 

 

Film jest obecnie dystrybuowany w wielu amerykańskich kinach studyjnych. Zbiera na ogół bardzo pochlebne recenzje. Porównuje się go do „Listy Schindlera” i „Pianisty”. Według pani, co go od nich odróżnia? Co mówi nowego?
Trudno mi obiektywnie oceniać własny film. Myślę, że stopień realizmu, troska o autentyzm w wyrażaniu rzeczywistości, złożoność i „totalność” postaci, głównie postaci Żydów, tzn. pokazanie ich w wielu aspektach, różnych wymiarach, nie tylko jak ikoniczne, bezwolne ofiary bez skazy, przeciętność, „ludzkość” głównego bohatera, brak sentymentalizmu i moralizmu odróżniają „W ciemności” od tamtych – dobrych przecież, ale hollywoodzkich w języku – utworów. Nie wiem, co mówi nowego, stawia być może nowe trochę pytania o istotę tych wydarzeń, a w każdym razie aktualizuje je. Celem mego filmu nie były jakieś sensacyjne odkrycia, ale udrożnienie pewnych kanałów wrażliwości, uruchomienie wyobraźni emocjonalnej u widza, a w rezultacie możliwości identyfikacji i – co najważniejsze – empatii. Sądząc z reakcji w Polsce, Stanach i Kanadzie to się udało.

Uważa się, że tematyka Holocaustu jest oczkiem w głowie amerykańskiej Akademii. Czy istotnie ułatwiło to przebicie się „W ciemności” przez selekcyjne sito?
Fakt, że film opowiada o Zagładzie, a nie o jakimś współczesnym dramatycznym problemie raczej zmniejsza niż zwiększa dziś jego szanse. Zaczął – już jakiś czas temu – działać syndrom, o którym mówiłam: „już się z tym rozliczyliśmy”. Dotyczy to również Akademii, choć tu zapewne wrażliwość na tę tematykę jest wyższa od przeciętnej.

Miała pani pierwotnie reżyserować „W ciemności” z hollywoodzką obsadą po angielsku w Ameryce. Wiadomo, że powstałby inny film. Dlaczego wybrała pani opcję „lokalną”?
Od początku chciałam robić film w prawdziwych językach historii. W pewnym momencie postawiłam to jako warunek sine qua non. Od dłuższego czasu nie wierzę że można prawdziwie opisywać rzeczywistość naszego regionu, jeśli jest ona wyrażona po angielsku. To jakoś konwencjonalizuje, uteatralnia, „ugładza” horror. Czyni go znośniejszym.

To film o przemianie moralnej Leopolda Sochy ze Lwowa, biednego człowieka ratującego Żydów, który sam siebie nie potrafi określić i którego dosięga absurdalny los. Bardzo pesymistyczny, brutalny. A jednak promieniujący na swój sposób nadzieją. To w nim panią zainteresowało?
Już parę razy mówiłam, co mnie zainteresowało w tym scenariuszu. Tak, postać Sochy i skomplikowanie jego przemiany były kluczowe. Chcieliśmy osiągnąć – bez happy endu tak naprawdę – jakiś rodzaj katharsis. Ale ona się rodzi w widzu, nie na ekranie.

Najpierw były próby pokazania tego filmu na najważniejszych festiwalach świata (Berlin, Cannes, Wenecja). Nie udało się. Dlaczego Amerykanie poznali się na jego wartości, a Europejczycy nie?
Holocaust na tych upolitycznionych i lewicowych festiwalach nie jest w modzie. „Pianista” skwitował dla nich temat. Nie jest trendy ani sexy, ja również nie. Cannes i Berlin sekują mnie od dawna, praktycznie od wyjazdu z Polski (olały i „Europę, Europę”, i „Olivier, Olivier”, i „Całkowite zaćmienie”), a już szczególnie od kiedy „sprzedałam się Amerykanom”. Dyrektor Berlinale filmu w ogóle nie obejrzał, nagle po sukcesie na prestiżowym festiwalu w Telluride zaproponował, że pokaże go w tym roku, ale było na to już za późno, film miał premiery w wielu miejscach, w Europie również. Berlin jest zresztą – jeśli chodzi o konkurs – słabym festiwalem, nakręcanym polityczną poprawnością zmieszaną z potrzebą ściągnięcia hollywoodzkich gwiazd. Takie perły jak „Rozstanie” trafiają tam rzadko. W Cannes – z tego, co wiem – bardzo za filmem optowało parę osób, nie zmieścił się jednak w koncepcji ekskluzywnego klubu, który składa się z wybitnych, zaabonowanych od lat weteranów i nowych, „gorących” talentów, najlepiej z Azji. To wciąż najwybitniejszy festiwal, ale dość zabetonowany.

 

 

Dlatego tak trudno przebić się polskim filmom na międzynarodowej arenie? Czy ich poziom jest naprawdę tak bardzo odstający od tego, co prezentuje zagranica?
Polska nie ma na tych festiwalach łatwego przebicia i zdecydowanie nie jest w modzie. (Parę innych jeszcze krajów też ma przechlapane). Trochę to z naszej winy: za dużo było filmów przeciętnych czy hermetycznych, brak było bezsprzecznych strzałów (jakie udały się Rumunom). Ale moim zdaniem poziom polskich filmów niebywale się w ostatnich latach podniósł i przynajmniej kilka zasłużyło na obecność w tych konkursach, przynajmniej w Berlinie i w Wenecji, choć ze dwa, trzy i w Cannes. Co do „W ciemności” to według mnie (a potwierdzają to moi słynni koledzy, poza dobrym przyjęciem filmu przez krytykę i widownię w krajach, gdzie był pokazywany) film mógł stanąć w jakiejkolwiek ubiegłorocznej konkurencji.

W Polsce „W ciemności” obejrzało już ponad milion widzów. Nikt, łącznie z panią, chyba się tego nie spodziewał. O czym świadczy tak wielkie zainteresowanie filmem pokazującym na tle skomplikowanych, wojennych relacji polsko-żydowsko-ukraińskich heroiczną postawę człowieka o niedookreślonej tożsamości?
Recepcja w Polsce, jej skala i jakość to moja największa satysfakcja. Wydaje mi się, że ten film połączył najróżniejszych widzów, ludzi o różnej wrażliwości i przekonaniach. Coś otworzył. Uruchomił właśnie empatię. Więcej to dla mnie znaczy niż wszystkie nagrody. Nie liczyłam na to. Mam wrażenie, że stał się jakiś cud. Mówi to też coś nowego o naszej publiczności. Ona się zmienia i warto z tego wyciągnąć wnioski.

Mówi się, że członkowie Akademii Filmowej to grupa starszych (po sześćdziesiątce), konserwatywnych, białych artystów, niekoniecznie dobrze reagujących na nowe trendy. Czy istotnie ma to wpływ na decyzje oscarowe? W tym roku na przykład nie nominowano bardzo odważnego „Wstydu”. Czym to wytłumaczyć?
Tak, członkowie Akademii są starzy, biali, konserwatywni. Zawsze – to znaczy od kiedy pamiętam – tacy byli. Nie nagrodzą nigdy awangardy. Ani skrajnie brutalnego obyczajowo filmu. Generalnie promują (czego niestety coraz mniej) dobre kino środka. Ale czasem nie przechodzą obojętnie obok arcydzieł. Choć jeszcze częściej im się to zdarza. Arcydzieł zresztą też coraz mniej. Ja osobiście zawsze głosuję w angielskojęzycznej kategorii na film, który nie wygrywa – jeszcze mi się nie zdarzyło być w zgodzie w gustach z Akademią. Aktora, operatora, nawet scenarzystę czasem trafię z nimi, filmu nigdy. To blisko 6 tys. ludzi, oni reprezentują przeciętność gustów. Takie ciała mają zwykle „wisdom of the crowd” (mądrość tłumu), ale nie wytyczają nowych ścieżek.

Jaki typ kina obecnie panią interesuje? Czemu chce pani poświęcić kolejne lata pracy?
Chciałabym jakoś spróbować uchwycić to, co ważne we współczesności. Z filmów ostatniego roku zainteresowało mnie właśnie „Rozstanie” i „Elena” Zwiagincewa. Chodzę koło kameralnego tematu, w którym wyraża się jakaś prawda, jakaś tęsknota współczesności. Ale nie wiem, czy mi się uda tego dotknąć. Poza tym chciałabym zrobić prowokacyjny, zwariowany film gatunkowy. Ma to być oparte na ostatniej powieści Olgi Tokarczuk.

W XXI w. kino stanęło na rozdrożu. Nowe technologie i 3D idą w kierunku cyrkowego widowiska. Na drugim biegunie mamy minimalizm i sztukę wideo-artu. Jak się pani w tym odnajduje?
Ważniejsze są zmiany odbioru i dystrybucji; one określą nowe tendencje. Internet i cyfrowe kina. Pierwsze zmienią aktywność widza, drugie zmienią ekonomię (pierwsze też zresztą, po walce przeciw ACTA pojawia się pytanie – jak finansować produkcje złożonych treści?)

Obecnie przygotowuje pani film o Janie Palachu, który w proteście przeciwko wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji dokonał aktu samospalenia na placu Wacława. Czy pani go znała? Czy to będzie film po części również autobiograficzny, o pani burzliwej młodości spędzonej w Pradze?
We wtorek wracam do Pragi. W czwartek rozpoczynam zdjęcia. Nie znałam Palacha (nikt go nie znał, spłonął i przeszedł do historii), ale znałam paru bohaterów tych zdarzeń, sama byłam trochę jedną z nich. To dla mnie ważny powrót do osobistego formatywnego doświadczenia, do bardzo istotnego dla mnie czasu i miejsca, ale tak wprost żadnych autobiograficznych elementów tam nie ma.

Polityka 09.2012 (2848) z dnia 29.02.2012; Oscary 2012; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Akademia poderżnęła sobie gardło"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jacy są nowi bohaterowie dziecięcej wyobraźni

Prof. Małgorzata Bogunia-Borowska, socjolog kultury, mówi o tym, jacy bohaterowie zamieszkują dziś dziecięcą wyobraźnię i jakie mają zadania do wykonania.

Ewa Wilk
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną