Jim Jarmusch - muzyk czy reżyser?

Reżyser dźwięku
Żaden twórca filmowy nie zrobił tak wiele dla kształtu dzisiejszej sceny muzycznej. I chyba żaden nie współpracował z tyloma muzykami. Ale Jarmuschowi to nie wystarczyło, więc nagrał płytę.
Jim Jarmusch w swojej kategorii jest mistrzem kojarzenia obrazu i dźwięku – może dlatego, że nigdy nie przestał myśleć jak muzyk.
EK PICTURES, AP/EAST NEWS, GETTY IMAGES/FPM, REPORTER, FILA MAGIC/FPM/AN

Jim Jarmusch w swojej kategorii jest mistrzem kojarzenia obrazu i dźwięku – może dlatego, że nigdy nie przestał myśleć jak muzyk.

Jozef van Wissem i Jim Jarmuch opublikowaną właśnie płytę „Concerning the Entrance Into Eternity” nagrywali w dużej części korespondencyjnie.
materiały prasowe

Jozef van Wissem i Jim Jarmuch opublikowaną właśnie płytę „Concerning the Entrance Into Eternity” nagrywali w dużej części korespondencyjnie.

Jim Jarmusch jest muzykiem. Epizod grania i śpiewania w The Del-Byzanteens – ciekawej, ale mało znanej nowojorskiej grupie z początku lat 80. – miał miejsce wcześniej niż jego pierwsze sukcesy filmowe i został zapomniany. Mimo że zagrali wspólny koncert z New Order i zilustrowali muzycznie wczesną wystawę zdjęć Nan Goldin. Ale Jarmusch wraca jako gitarzysta w dość ambitnym przedsięwzięciu – duecie z lutnistą Jozefem van Wissemem.

Jeśli spojrzymy na karierę filmową Jarmuscha z perspektywy jego nowej płyty, okaże się, że była niezwykle konsekwentna – przedwcześnie posiwiały 59-letni amerykański reżyser przez całe życie pod płaszczykiem kina prowadził poszukiwania muzyczne. Publicznie rozszyfrowany został tylko raz. Gdy Tom Waits – po wejściu na ekrany filmu „Poza prawem” – zwrócił się do niego: „Jim, słuchaj, to nie jest twój film, to tylko reklamówka mojej piosenki”.

Scenariusz do muzyki

„Kiedy wchodziłem w świat kina, znałem więcej muzyków niż filmowców” – mówił Jarmusch. I było to widać już w „Inaczej niż w raju”, opowieści o wędrówce przez Stany Zjednoczone trzech młodych ludzi, których grają John Lurie (lider jazzowej grupy The Lounge Lizards), Danny Rosen (gitarzysta tej samej formacji) oraz Richard Edson (pierwszy perkusista Sonic Youth). W tle pojawia się jeszcze Rammellzee – artysta hiphopowy i twórca graffiti. Jarmusch, człowiek z tego samego środowiska, zamiast biedzić się ze znalezieniem aktorów, którzy mogliby zagrać wymyślone przez niego postaci, dopisywał scenariusz do ludzi, jakich znał.

Dalej robił to samo, tylko na większą skalę. Do „Poza prawem”, oprócz Luriego (i Roberto Benigniego), ściągnął przeżywającego bardzo kreatywny okres kariery Toma Waitsa, którego umiejętności kompozytorskie wykorzystał później w „Nocy na Ziemi” (i to w wymiarze większym niż tylko jedna piosenka). Z kolei „Mystery Train” zilustrował muzyką Johna Lurie, scenariusz osnuł wokół kultu Elvisa Presleya, a do obsady zaprosił bluesmana Screamin’ Jaya Hawkinsa i Joego Strummera z The Clash.

Powoli rozszerzał krąg znajomości, ale od skojarzeń muzycznych trudno mu się było uwolnić. W „Ghost Dog: Droga samuraja” zagrał u niego Forest Whitaker – świetny aktor, ale także niedoszły śpiewak operowy. W „Truposzu” – Johnny Depp, który był doświadczonym muzykiem, zanim trafił do świata filmu. Niejako w ramach podsumowania Jarmusch postanowił zebrać większość swoich gwiazd muzycznych w 11 epizodach kawiarnianych miniatur pod hasłem „Kawa i papierosy”. W połowie z nich muzyka pojawia się jako ważny temat rozmów, a jednym z najlepszych jest dialog dwojga członków duetu The White Stripes, kiedy to Jack White prezentuje transformator Tesli i zachwyca się twórczością serbskiego wynalazcy.

Isaach de Bankolé, grający w filmie „Limits of Control”, nie ma wprawdzie przeszłości muzycznej, ale za to prywatnie jest mężem supergwiazdy jazzu Cassandry Wilson. I chyba tylko Bill Murray (gwiazda „Broken Flowers”) nie wywołuje prostych skojarzeń z muzyką. Promując wszystkie te filmy, Jarmusch nieustannie podkreślał w wywiadach, że najpiękniejszą formą wyrazu, najczystszą formą sztuki jest dla niego muzyka. Albo że nic tak nie psuje kina jak beznadziejny i przewidywalny dobór ścieżki dźwiękowej. „Nostalgiczna muzyka filmowa emocjonalnie terroryzuje widza” – twierdził, szukając dla utworów muzycznych integralnego miejsca w fabule i najczęściej wykorzystując piosenki lub innego typu gotowy repertuar. „Kiedy siadam do pisania scenariusza, najpierw myślę o muzyce, która popchnie do przodu moją wyobraźnię”.

Na początku jest kaseta. Albo przynajmniej lista utworów, których Jarmusch słucha przygotowując scenariusz. Bez nich cała jego filmografia wyglądałaby inaczej.

„Truposz” został napisany głównie dla instrumentalnych, gitarowych partii z utworów Neila Younga – reżyser słuchał go obsesyjnie i cały projekt nabrał sensu, gdy udało się namówić kanadyjskiego artystę do nagrania muzyki do tego filmu. Już podczas zdjęć Jarmusch kupił bilety dla trzydziestu kilku osób z ekipy na koncert Younga z grupą The Crazy Horse – tylko po to, żeby zobaczyli, o co mu chodzi, i wczuli się w klimat.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną