Allen Ginsberg - duchowy ojciec hipisowskiej kontrkultury

Hipster kontra Moloch
Legendarny poeta, legendarny poemat. Na ekrany naszych kin wchodzi „Skowyt”, film poświęcony najpopularniejszemu utworowi Allena Ginsberga. Jest okazja, by przypomnieć sobie niezwykłą historię tego dzieła i jego autora.
Wieloletni partner poety Peter Orlovsky (z lewej) i 30-letni Allen Ginsberg w 1956 r.
TopFoto/Forum

Wieloletni partner poety Peter Orlovsky (z lewej) i 30-letni Allen Ginsberg w 1956 r.

W filmie „Skowyt” Aaron Tveit (jako Orlovsky) i James Franco (jako Ginsberg).
Mayfly/materiały prasowe

W filmie „Skowyt” Aaron Tveit (jako Orlovsky) i James Franco (jako Ginsberg).

Zmarły 15 lat temu Allen Ginsberg musiał stać się legendą jeszcze za życia. Był wszak emblematyczną postacią Beat Generation, grupy literackiej z San Francisco, uchodzącej w latach 50. za wcielenie antymieszczańskiej rebelii artystycznej. Potem mianowano go ojcem duchowym hipisowskiej kontrkultury, a nawet jej akuszerem – współorganizował przecież i prowadził słynny mityng w Golden Gate Park w San Francisco w styczniu 1967 r., wydarzenie, które w potocznej opinii stanowiło pierwszą w historii autoprezentację ruchu hipisowskiego.

Jako orędownik niczym nieograniczonej wolności, a przy tym głośno przyznający się do swojej orientacji homoseksualista, uchodził za żywy symbol rewolucji obyczajowej. Funkcjonował niby to na obrzeżach oficjalności, choć w końcu przecież zaczęto honorować go całkiem oficjalnymi nagrodami i został poetą najzupełniej kanonicznym. W 1984 r., kiedy Ameryka pod rządami Ronalda Reagana zwracała się ku konserwatyzmowi, ukazał się obszerny, opatrzony przypisami i komentarzami odautorskimi tom „Collected Poems” 58-letniego wówczas Ginsberga.

Jerzy Jarniewicz w swojej znakomitej książce „Od pieśni do skowytu. Szkice o poetach amerykańskich” zwraca uwagę na ten paradoks: patron hipisów doczekał się literackiej kanonizacji w czasach zupełnie innych niż te, w których zyskiwał sławę rebelianta. Właśnie w latach 80. „ożyły sentymenty zawsze Ginsbergowi obce, a widoczne w triumfalnej ofensywie neokonserwatyzmu, w pojawieniu się purytańskiej moralnej większości, w coraz głośniej wypowiadanym przekonaniu o narodowym posłannictwie”.

Ginsberg rzeczywiście narażał się konserwatywnej Ameryce właściwie przez całe życie. W latach 40. związał się ze środowiskiem, które dało początek subkulturze bitników – artystów, wyrzutków, palących marihuanę fanów hot jazzu i bebopu, zwanych też hipstersami. W latach 60. uczestniczył w licznych protestach przeciw wojnie w Wietnamie. Potem włączył się w ruch ekologiczny oraz wspólnie z mnichami buddyjskimi założył Instytut Medytacji w Colorado. Nie przepuścił żadnej okazji, by dać wyraz swojej niechęci do politycznego i kulturalnego establishmentu. Nawet kiedy w 1979 r. został uroczyście mianowany członkiem Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury, nie pozostawił złudzeń co do niezmienności swojej radykalnej, anarchistycznej postawy i potwierdzał to w licznych wywiadach.

Oskarżony poemat

Można by z jego biografii zrobić monumentalny filmowy fresk historyczny, a tymczasem film Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana koncentruje się na jednym zasadniczo fakcie: na procesie sądowym z 1957 r., w którym poemat Ginsberga „Howl” (Skowyt) został przez prokuratora uznany za tekst „sprośny, wulgarny i obsceniczny”. Stroną procesową nie był Ginsberg, ale jego wydawca, notabene też poeta z kręgu Beat Generation, Lawrence Ferlinghetti, właściciel wydawnictwa City Lights, oraz Shigeyoshi Murao, który zajmował się dystrybucją i sprzedażą książki „Howl and Other Poems”. Oskarżono ich – mówiąc w pewnym uproszczeniu – o sianie zgorszenia i demoralizację, czyli potraktowano tak, jakby byli dostarczycielami pornografii.

Dzieło Epsteina i Friedmana sięga do tradycji amerykańskich filmów „sądowych” nie dla samego wywołania napięcia dramaturgicznego, ale po to, by pokazać, na czym polegał społeczny sens poematu „Skowyt” i w ogóle istota poezji bitnikowskiej. Przez salę sądową przewija się osobliwe towarzystwo znawców i pseudoznawców literatury, jak choćby pewna paniusia, która wyznaje, że napisała własną wersję „Fausta” (co zajęło jej trzy lata) i wedle jej orzeczenia „Skowyt” poezją nie jest.

Prokurator chce za wszelką cenę dowieść, że Ginsberg jest po prostu zboczonym świntuchem, a w dziele literackim nie powinno być miejsca na jakąkolwiek sprośną dosadność, wciąż domaga się od zeznających przed sądem ekspertów, by prostym językiem wyjaśniali, o co w danym fragmencie utworu chodzi. Zależy mu, by utwór Ginsberga został zdyskredytowany i by odmówiono mu rangi dzieła literackiego.

I tak wygląda ten konflikt: przełamująca wszelkie – językowe, estetyczne, obyczajowe – konwencje poezja kontra strażnicy moralności, tradycji i dobrego smaku. Wolność ekspresji przeciw systemowi nakazów i zakazów. Poeta hipster przeciw bezdusznej cywilizacji prawa i porządku. Przeciw Molochowi. W „Skowycie” Moloch, imię biblijnego demona pożerającego niemowlęta, jest metaforą opresji. Z perspektywy naszych czasów to sądowe starcie sprawia wrażenie jakiejś groteski, ale film dość wiernie odtwarza klimat epoki wraz z niuansami, które go tworzą. Przede wszystkim pokazuje, że strażnicy społecznego i kulturowego status quo nic nie rozumieli ze zmian dokonujących się na ich oczach.

Otóż w 1957 r., kiedy toczy się rzeczony proces, kultura amerykańska znajduje się w stanie przesilenia. Z jednej strony triumfują wzorce charakterystyczne dla społeczeństwa masowego i korporacyjnego kapitalizmu, z drugiej zaś rozpoczyna się ekspansja młodego pokolenia, które nie ma zamiaru kultywować tradycyjnych cnót mieszczańskich, chce za to oddawać się hedonistycznym zabawom i słuchać rock’n’rolla. W tym samym 1957 r. ukazuje się powieść Jacka Kerouaca „On the Road” (W drodze). Jej pierwsza wersja była gotowa 10 lat wcześniej.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną