Kultura

HOP 20 lat!

Dinozaury polskiego hip-hopu

LIROY - Piotr Marzec, 1971 LIROY - Piotr Marzec, 1971 Kuba Dąbrowski / Polityka
Kultura hiphopowa po 20 latach obecności w Polsce trzyma się mocno. Jej pionierzy dojrzewają i sami prowadzą interesy.
PEJA - Ryszard Andrzejewski, 1976Kuba Dąbrowski/Polityka PEJA - Ryszard Andrzejewski, 1976
TEDE, Jacek Graniecki, 1976Kuba Dąbrowski/Polityka TEDE, Jacek Graniecki, 1976

Liroy

Piotr Marzec, rocznik 1971

Dla niego rap w Polsce ma 30 lat – przyjechał do Kielc, w wakacje 1982 r., z disc jockeyem z Warszawy, który uległ namowom i pozwolił 11-latkowi zajrzeć do swojej walizki i puszczać samemu muzykę. – Na jednej z kaset był przebój „Rapper’s Delight” Sugarhill Gang. Odleciałem. Zabiłem ten utwór tamtego wieczoru.

Nie będę ukrywał, że dużo ludziom we łbach mieszałem – mówi Liroy, który w latach 80. nagrywał, a potem rozdawał wśród znajomych z osiedla nagrywane przez siebie kasety. Wkrótce do Kielc, jak do Nowego Jorku, trafiły wszystkie elementy kultury hiphopowej – była sekcja breakdance’u, pojawili się grafficiarze. Ale ludzie wciąż pukali się w czoło, że można gadać zamiast śpiewać do muzyki. Liroy nagrał więc jako lokalny korespondent dla Rozgłośni Harcerskiej 40-minutową audycję o rapie, a w 1993 r., gdy dogorywał Jarocin i scena alternatywna, zorganizował w Kielcach duży festiwal, Rapmanię. – Ludzie mnie pytali: Co mamy, Liroy, robić? Skini nas ganiają! Odpowiadałem: Niedługo będzie nas tak dużo, że to inni mogą mieć problem z nami. Nie miało to brzmieć groźnie, tylko mówić o rozwoju branży.

Branża eksplodowała, gdy ukazał się „Alboom” – pół miliona sprzedanych płyt i utwór „Scyzoryk”, dzięki któremu rap z Kielc poznała cała Polska: „Czas powiedzieć prawdę powiedzieć tak jak jest/W kraju latających noży numerem jeden jest rap/Bo o nim tak naprawdę mowa/Czarny rytm i dosadne słowa”. Jeszcze bardziej dosadną reakcją na sukces Liroya był pierwszy głośny polski beef, czyli rapowy spór na słowa – utwór Nagłego Ataku Spawacza „Antyliroy”, składający się głównie z bluzgów.

Do dawnych ataków Liroy ma dziś dystans. Mieszka z rodziną w Gdyni. Współprowadzi firmę zajmującą się nowymi technologiami. Muzykę nagrywa dla pasji – w tym roku ukażą się dwie jego płyty. Jest szansa, że spodobają się jego kilkunastoletniej córce.

Peja

Ryszard Andrzejewski, 1976

Gdy Ice-T, gwiazdor z Ameryki, przyjechał na koncert do Sopotu w 1995 r., swoim zwyczajem wpuszczał na scenę osoby z publiczności. – Kumpel mnie podsadził, odbiłem się od barierki, dojrzał mnie człowiek z ochrony i wskoczyłem – wspomina Peja występ. – Spotkanie z Ice-T to było wtedy jedno z największych wydarzeń w moim gównianym życiu. A skoro trafiło na mnie, uznałem, że mogę być w tej muzyce kimś ważnym. Peja pochodził z poznańskich Jeżyc, reprezentował, jak o nim mówiono, ulicę. Swoją grupę nazwał Slums Attack. Wcześnie zainteresował się hip-hopem, wyróżniał w dzielnicy wśród metalowców i punków. – Jak usłyszałem kawałek „Scyzoryk”, dostałem kurwicy – mówi. Chodziło o to, że Liroy wykorzystał fragment utworu innej hiphopowej grupy, Cypress Hill. Dograł więc swoją zwrotkę do „Antyliroya”, który był wtedy najgłośniejszym nielegalem, czyli kasetą kolportowaną z rąk do rąk. – Po dwóch tygodniach zauważyliśmy, że ci sami kolesie, którzy słuchali „Scyzoryka”, zapierdalali z magnetofonem, słuchając „Anty”.

Ale topór wojenny dawno został zakopany. Peja sam stał się klasykiem po wielkim sukcesie „Głuchej nocy” Slums Attack i dużej płyty „Na legalu?”. Był wtedy na ustach wszystkich, grał koncerty dla telewizji, zainteresowanie hip-hopem w mediach osiągnęło apogeum. Potem przyszło załamanie na rynku i problemy osobiste rapera. – Teraz znów gram 70 koncertów rocznie, ale powody są inne niż przed laty. To chęć wykonywania profesjonalnej roboty, bez podjarki gówniarskiej, że będą panienki, alkohol i dragi.  I chociaż na ostatnim wydanym krążku „Reedukacja” rapuje „jestem rollingstonesem”, to ciągle mieszka na Jeżycach.

DJ 600V

Sebastian Imbierowicz, 1972

20 lat temu zbierał płyty z rapem. W 1993 r. miał ich już tyle, że postanowił zadzwonić do Bogny Świątkowskiej, która w stołecznym Radiu Kolor zaczęła prowadzić pierwszą regularną audycję o hip-hopie. – Pomyślałem, że z racji trudnego dostępu do tej muzyki mógłbym pomóc – wspomina DJ 600V. Za chwilę był współtwórcą programu, który stał się skrzynką kontaktową i sceną prezentacji. – Kaliber 44, Wzgórze Ya-Pa 3, wszyscy, którzy mieli jakieś nagrania, wcześniej czy później do nas trafiali. Liroy przywoził mu demówki z Kielc na imprezy, które 600V, zwany też po prostu Voltem, prowadził w warszawskich Hybrydach.

Był żywą legendą w latach 90., pracował jako producent z większością liczących się raperów, promował polskie teksty. – Zresztą dzięki narodowemu charakterowi ta muzyka w Polsce przetrwała – mówi. Długo wydawało mu się, że nie ma już takiego społecznego odzewu, że zjawisko wygasa. Ale dwa lata temu wszystko się zmieniło, gdy ukazała się jego kolejna składanka w serii „Mixtape Prosto”. Teraz przygotowuje nową, znów – jak 20 lat temu – pracując z młodymi raperami. Różnice? – W latach 90. można było ich policzyć na palcach dwóch dłoni. Teraz są tysiące. Co z tego, że mają Facebooka, skoro przez ten kanał chce się przebić tylu artystów?

Finansowo Volt żyje z dnia na dzień. – Załatwianie interesów, praca biznesowa wymywa tę subtelność, którą nabywasz przez godziny poprzedzające moment nagrania.

Ryszard Lenar

1948

Zanim pojawiły się PLNY, ubrania Respekt Molesty i inne hiphopowe firmy, rządziły spodnie Lenar, od lata 1993 r. – Spodobał mi się krój luźnych, dużych spodni. Powstał projekt. Znakiem charakterystycznym były bardzo mocno obniżone, aż na uda, tylne kieszenie. Wszystko szyte białą nitką. Pod prawą tylną kieszenią umieściłem znaczek firmowy – elipsę w czarnej obwódce na srebrnym tle z czerwonym napisem – wspomina Ryszard Lenar. Starszy od innych pionierów hip-hopu. I niezwiązany z nimi środowiskowo. Od lat jest wykładowcą gimnastyki w warszawskiej Akademii Teatralnej, wcześniej był trenerem polskiej kadry gimnastyki sportowej. Ale już od studiów na AWF lubił szyć. Najpierw własnoręcznie, a potem – projektując i zlecając zadanie innym.

Pionierskiego wzoru lenarów jego szwaczki nie chciały szyć. – Zawiozłem pierwszą partię do budki z dżinsami na Banacha. 10 sztuk poszło w jeden dzień. Następnego dnia właściciel przyjechał do mnie po więcej. Wieści rozchodziły się szybko – między raperami, skejterami i tymi, którzy jeździli na rolkach. Za chwilę, oprócz charakterystycznych kolorowych lenarów, firma miała w sprzedaży cały asortyment – czapki, koszulki, bluzy z kapturami. Rozwoził je po Polsce samochód ozdobiony graffiti. A półtora roku później, gdy właściciel zdobył już trochę pieniędzy, zaczął budować skate park pod skocznią na warszawskim Mokotowie. Dopóki nie został zdewastowany, trenowała na nim sponsorowana przez Lenara drużyna rolkarzy. – Trochę szkoliłem ich w saltach, przewrotach. Jestem w końcu gimnastykiem. Umówiliśmy się, że będą jeździć w moich ciuchach z serii Lenar Prof.

Do produkcji zniechęciły go – po prawie 10 latach – masowo pojawiające się podróbki, także zagraniczne. O tym, że na fali nostalgii wspomina się jego wzory, przypomniał mu ktoś na Facebooku: – Może dojrzeję do tego, żeby zrobić krótką serię spodni numerowanych, podpisanych ręcznie, ale to trudne, wymaga dużej inwestycji.

Tede

Jacek Graniecki, 1976

Tede od biznesu nie ucieka. Łatwo go spotkać w odzieżowym sklepie PLNY z firmowanymi przez niego ubraniami. Po drugiej stronie prestiżowej ulicy Chmielnej sklep mają członkowie legendarnej grupy Molesta. Prowadzi wytwórnię Wielkie Joł, która – wśród mnóstwa raperów – odkryła dla świata grupę Sistars. Rodzice wykształceni, prawnicy, ojciec pracował w Kancelarii Sejmu. On studiował dziennikarstwo, teraz spotyka kolegów z uczelnianej ławki w telewizji, pracując jako prowadzący w  „Operacji tuning” na TVN Turbo. Na to obycie medialne nerwowo reagują inni raperzy. – Byłem jedną z pierwszych osób, które się zaczęły w kontekście hip-hopu pojawiać w mediach – mówi. – Ale to wynikało też z tego, że ja potrafiłem powiedzieć coś więcej niż tylko kurwa i chuj.

Polski hip-hop usłyszał w wieku lat 18. – To było nagranie Volta w Radiu Kolor. Potrafiłbym dokładnie wskazać, w którym miejscu chodnika na esendzie [SND – warszawski Służew Nad Dolinką], idąc od mojego bloku do muru z graffiti, usłyszałem ten kawałek. Potem sam współpracował z Voltem i Janem Mariem w grupie Ein Killa Hertz. Punktem zbornym kształtującej się warszawskiej sceny były kluby Hybrydy i Alfa. No i prywatne mieszkania, gdzie również słychać było pierwsze raperskie próby. – Matka z ojcem słyszeli, że coś tam mruczę za ścianą. Notabene z tego właśnie wynikały różnice w języku między tym, co wówczas, i tym, co teraz. Wtedy było spokojniej i bez przekleństw, bo matka była za ścianą.

Najistotniejszy czynnik, który doprowadził do rozwoju hip-hopu? Łatwość i przystępność. – Przy komputerze, na którym ja robiłem płyty „Warszafski deszcz” i „S.P.O.R.T.”, mój dzisiejszy iPhone jest jak CIA i NASA razem wzięte.

Nie było Internetu, ale była audycja w Radiu Kolor, która działała w podobny sposób. – Gdy nagraliśmy demo Trzyha „WWA”, Bogna podała w audycji mój numer telefonu i ogłosiła, że będę stał w piątek od 19.00 do 20.00 na Waryńskiego przy sklepie żeglarskim i sprzedawał z kartonika kasety po 15 zł. To mówiła jedna kobieta w jednym radiu, a ja tych kaset sprzedałem 500 w tydzień.

Borixon

Tomasz Borycki, 1977

Lenary przyszły później, na początku ubieraliśmy się w sklepach z tanią odzieżą – wspomina Borixon, kolejna postać kieleckiego środowiska. Przez lata członek Wzgórza Ya-Pa 3, potem solo. Bo chociaż hip-hop w jego mieście rozwijał się wcześnie, po deski i spodnie trzeba było ganiać do Warszawy. – Jeździliśmy do skejtera Marcina Mai Majewskiego, on dał nam stare buty, deski i stąd mieliśmy pierwszy sprzęt. Potem w różny sposób kombinowaliśmy pieniądze, przez chwilę nawet handlowaliśmy narkotykami.

Zmianę przyniósł hip-hop. Pierwsze demo Wzgórza ukazało się w Kielcach w 1992 r. – mniej więcej w tym samym czasie co pionierska kaseta Liroya „East On Da Mic”. Ale już 2–3 lata później kielecką szkołę znał cały kraj. – Jeździliśmy na koncerty z Liroyem i czasem przychodziło tyle ludzi, że o 19.00 graliśmy jeden koncert dla pełnej hali, czyli jakiegoś tysiąca osób, po czym kończyliśmy, ludzie wychodzili i wchodził następny tysiąc. Na moment wszyscy trochę oszaleliśmy.

Pomogła atmosfera miasta, w którym wszyscy się znali – hiphopowcy mieli wsparcie muzyków jazzowych i rockowych. Wszyscy spotykali się w Pałacyku Zielińskich (ośrodek środowisk twórczych) lub w parku obok, pijąc wino. A za chwilę w korytarzach ZAiKS i wytwórni płytowych. – Podpisywaliśmy to, co nam podsunęli.

Borixon miał kilkuletnią przerwę w tworzeniu muzyki. – Przez ostatni rok pracowałem w Londynie. Pomaga żonie prowadzić butik i dorabia sobie w siłowni. Ale zdążył w ostatnich miesiącach wydać dwa ciepło przyjęte utwory, a w czerwcu wyda album o znaczącym tytule „Rap Not Dead”. Ostatnio poszedł zwolnić z lekcji 14-letnią córkę. – Wszedłem do tej szkoły i poczułem się trochę jak małpa w zoo, te dzieciaki wiedziały, kim jestem. Mam już 35 lat, miałem długą przerwę, ale jestem rozpoznawalny na lokalnym gruncie.

Abradab i Joka

Marcin i Michał Marten, 1978 i 1977

Nazwę Kaliber 44 wymyślili, jeszcze zanim zdążyli przerobić „Dziady” Mickiewicza. Chodzili do szkoły w Katowicach, nagrywali na kasety VHS wszystkie odcinki „Yo! MTV Raps” i oglądali po sto razy, ale myśleli, że na Górnym Śląsku są sami. – W jednym z tekstów użyliśmy nawet słów „Pierwszy polski rap”, ale Magik, który do nas dołączył, zwrócił nam uwagę, że jednak nie – przypomina sobie Abradab (młodszy brat). Joka (starszy) próbował się skontaktować z Liroyem: – Uważaliśmy, że robimy lepszą muzykę, ale podobały nam się jego pomysły organizacyjne. Wkrótce wylądowali w Kielcach, na urodzinach Borixona. Oni poznali środowisko, a środowisko zafascynowało się ich psychorapem – stylem, którego nie uprawiał nikt inny, mistycznym, pokręconym. I koncertami, które wyglądały wtedy jak żadne inne – może dlatego, że nie wiedzieli, jak powinny wyglądać, w MTV pokazywano głównie teledyski.

Ta energia zwróciła uwagę sceny rockowej, bo kontrakt zaoferował im Sławek Pietrzak, wydawca Kazika (który próby z rapem miał już na koncie). – Podpisywaliśmy go przed moimi 18 urodzinami, więc musieli przyjechać rodzice – wspomina Abradab. Był 1996 r., za moment ich muzykę grano nawet w RMF. Występowali w telewizyjnym „Halo Gramy” i w „Rowerze Błażeja”.

Po dwóch latach rozluźnił się ich kontakt z Magikiem, który – już po odejściu z Kalibra i wydaniu płyty z Paktofoniką, w 2000 r. – wyskoczył z okna bloku na Bogucicach. Kaliber i zmarły Magik stali się kolejnymi, po Jerzym Kukuczce, legendami dzielnicy. Joka po wydaniu trzeciej płyty zespołu pojechał do USA, a Abradab wydał solowy album, potem kolejne i dziś jest ciągle jedną z największych gwiazd gatunku, grywa koncerty na imprezach, na które przychodzi po 20 tys. osób. – Jestem artystą, składek do ZUS państwo za mnie nie odkłada jak za Kościół. Postawiłem więc wszystko na jedną kartę i zamierzam jak najdłużej żyć z muzyki.

Sokół

Wojciech Sosnowski, 1977

Swój rapowy pierwszy raz opisał już dawno w jednym z tekstów grupy WWO: „Pamiętam przełom 88/89/ Mam to przed oczami: kierowca Ikarusa jedzie/Literkami ze Smerfami wyklejone: Bogdan 607/Puszki po napojach szoferkę zdobią/W wielkim walkmanie mam ze sobą pierwszą kasetę rapową/Kiwam głową, myślę – jak oni to robią?”.

Pierwsze kasety to Beastie Boys, Public Enemy, Run DMC i Fat Boys – od starszego brata z Ameryki. Pomysł, żeby tworzyć własną muzykę narodził się kilka lat później. – Wtedy skrystalizował się skład melanżowników, z którymi spędzaliśmy wspólnie czas, czyli Zip Skład – wspomina Sokół. –  Samo słowo zipuję oznaczało: pierdolę wszystko i robię swoje.

Jedną z tych rzeczy stało się stawianie dyktafonu na środku pokoju i nawijanie napisanych wcześniej tekstów do podkładu puszczonego z wieży. Z amerykańskimi nowościami byli już na bieżąco. – Czuliśmy się elitą, bo wiedzieliśmy, czego inni słuchają – Tupaca. To było dla nas tak banalne – mówi Sokół. Z tych samych powodów nie chodzili w lenarach i nie zażywali amfetaminy, którą posiłkowali się inni. Choć używek i bez tego było dużo.

Pięć lat temu odstawił narkotyki. Jest uznaną postacią środowiska. Żyje muzyką i Prosto – firmą, w której obecnie jest przewodniczącym rady nadzorczej. To logo można znaleźć na płytach, ale też na popularnych ubraniach. Bo nikt spoza środowiska biznesu na hip-hopie nie zrobił. Teraz się zmieniło. – Współpracowaliśmy z MSZ, teraz robimy ogromny festiwal Prosto na Bemowo z dzielnicą, to są zupełnie inne kontakty, nikt nas nie traktuje jak jakichś kryminalistów, my płacimy spore podatki, od lat pokazaliśmy, że tu nie może być krzty wątpliwości w naszą uczciwość.

Ale teraz hip-hop sam obudował się w działalność gospodarczą, jako kultura niestroniąca od pieniędzy. – Powtarzaliśmy, że nie chcemy tego robić tylko i wyłącznie dla pieniędzy, a to różnica – zwraca uwagę Sokół. Kiedy więc firmy i media zaczęły proponować współpracę, było już za późno. A przychodzą coraz częściej. Idą dobre czasy.

Polityka 20.2012 (2858) z dnia 16.05.2012; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "HOP 20 lat!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną