Kultura

Diabeł nie istnieje

Rozmowa z Cristianem Mungiu

Cristian Mungiu to jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich. Również scenarzysta i producent. Cristian Mungiu to jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich. Również scenarzysta i producent. Scanpix
Rumuński reżyser opowiada o jego nagrodzonym w Cannes filmie „Za górami”, o nietolerancji, przekleństwie komunizmu, prawosławiu i przyszłości nowej fali.
Pokazywany w tym roku „Za górami” (rum. „Dupa dealuri” ) został nagrodzony za scenariusz i główne role kobiece.Festival de Cannes/materiały prasowe Pokazywany w tym roku „Za górami” (rum. „Dupa dealuri” ) został nagrodzony za scenariusz i główne role kobiece.
„Za górami” przypomina wielowątkową powieść - z silnie zarysowanym tłem społecznym - o zamordowaniu młodej dziewczyny w żeńskim klasztorze prawosławnym.Festival de Cannes/materiały prasowe „Za górami” przypomina wielowątkową powieść - z silnie zarysowanym tłem społecznym - o zamordowaniu młodej dziewczyny w żeńskim klasztorze prawosławnym.

Janusz Wróblewski: – Pięć lat temu początkujący reżyser z Rumunii wyjechał z Cannes ze Złotą Palmą za dramat o aborcji „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”. Niektórym takie wyróżnienie odebrałoby ochotę do dalszej pracy.
Cristian Mungiu: – Czułem presję, ale o emeryturze nie myślałem. Moje życie zasadniczo się nie zmieniło. Może dlatego, że nie chciałem, by tak się stało. Reżyseruję. Wykończyłem dom, urodziło mi się drugie dziecko. Wciąż urzęduję w swoim biurze, kieruję tym samym samochodem i żeby się utrzymać, kręcę reklamówki.

„Za górami” przypomina wielowątkową powieść, z silnie zarysowanym tłem społecznym, o zamordowaniu młodej dziewczyny w żeńskim klasztorze prawosławnym. Tę zbrodnię naprawdę popełniono 7 lat temu i tyle czasu zajęło panu zastanawianie się, czy warto nakręcić o tym film. Co pana przekonało?
Historia wydawała mi się zbyt sensacyjna, za bardzo melodramatyczna. Rok temu wypuszczono z więzienia ostatnią zakonnicę oskarżoną o współudział w egzorcyzmach. Wyrok odsiaduje już tylko ojciec zakonnik, były pracownik elektrowni, któremu niegdyś objawił się anioł. Po rozmowie z Tatianą Niculescu Bran, dziennikarką BBC, która opisała w dwóch książkach okoliczności zabójstwa, zajrzałem do Internetu, żeby sprawdzić reakcje ludzi. Odkryłem, że ta tragedia nadal budzi ekstremalne emocje i dzieli społeczeństwo. Ateiści ostrzegali, do czego może doprowadzić nietolerancja i zabobon. Wierzący obwiniali instytucje państwowe, że nie zapobiegły nieszczęściu. To mi uświadomiło, że rzecz nie sprowadza się tylko do afery kryminalnej, lecz dotyczy sfery wartości. A najlepszym sposobem, by o tym opowiedzieć, jest perspektywa miłości łączącej obie bohaterki, które próbują coś z nią zrobić.

Tego wątku nie znalazł pan w reportażach Tatiany Niculescu Bran?
Jej książki tylko rekonstruują przebieg wydarzeń. Autorka skupia się na faktach. Dotarła do wszystkich postaci dramatu, wysłuchała każdej wersji. Wykorzystałem te relacje jako materiał dokumentacyjny do psychologicznego dramatu.

Co w nim jest najważniejsze?
To właśnie, co ludzie czynią z miłością, gdy czują się bezradni i opuszczeni. Jakie podejmują decyzje, gdy od najbliższych nie otrzymują żadnego wsparcia, a środowisko nie jest w stanie udzielić im odpowiednich wskazówek i rad. Mówiąc najprościej, interesowała mnie prawdziwa historia dwóch zakochanych dziewczyn i reakcja społeczeństwa na to, co je spotkało.

A nie szukanie winnych?
Tak jak autorka książek starałem się nie osądzać osób zamieszanych w egzorcyzmy. Nie piętnować, chociaż poczucie winy jest, oczywiście, jednym z głównych tematów. W filmie wszyscy popełniają błędy. Lecz wina, ta oficjalna, rodzi się z potrzeby znalezienia kozła ofiarnego. Jest narzucana urzędowo. Przeor i zakonnice ponoszą odpowiedzialność za zamęczenie bohaterki. Ale pytania: dlaczego to było możliwe, jakie tu zadziałały mechanizmy, wymagają szerszego kontekstu. Przyjrzenia się z bliska życiu małej, biednej, zacofanej osady w rumuńskiej części Mołdawii. Tych ukrytych, może najważniejszych sprawców nie ujrzymy nigdy.

Bo winna jest nietolerancja, ciemnota religijna, które zakłóciły zdolność rozróżniania dobra od zła?
Błąd tkwi w dosłownym traktowaniu nauk Kościoła. W obowiązku ślepego, bezdyskusyjnego posłuszeństwa. Wiadomo, że diabeł, o którym tak wiele ma do powiedzenia pop, nie istnieje. To żaden demon, tylko nasza ignorancja, obojętność w stosunku do drugiego człowieka.

Decyzja jednej z dziewczyn o pozostaniu w klasztorze wynika z lęku przed otwarciem się na grzeszną miłość?
Okrucieństwo życia we wspólnocie zakonnej polega na tym, że w imię miłości do Boga każą dziewczynie wyrzec się uczuć do najbliższej osoby. Nie wydaje mi się, aby Bóg był aż tak bezduszny i wymagał od niej czy od kogokolwiek złożenia podobnej ofiary. A jaka jest jej wiara? Czy w końcu ją traci? Nie sądzę. Problem polega na tym, że nie rezygnując z powołania, ona chce pomóc. Jej przyjaciółka traci kontrolę nad emocjami, jest oskarżona o konszachty z diabłem. Ale nie wie, jak ma jej pomóc. Do tej pory stanowiła część religijnej wspólnoty. To zapewniało jej bezpieczeństwo i poczucie sensu. Gdy nagle musi odpowiadać sama za siebie, przed własnym sumieniem, nie potrafi się zachować.

Nad decyzjami bohaterek „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” ciążyło przekleństwo komunizmu. W „Za górami” wybory uniemożliwia ortodoksyjny Kościół. Jeden opresyjny system zastąpił drugi?
Pokazuję, jak 50 lat komunistycznego totalitaryzmu przełożyło się na rozchwianie wartości i zanik elementarnego poczucia moralności. Jeśli naprawdę chce się zrozumieć przyczyny tragedii, trzeba spojrzeć głębiej. Wyciągnąć wnioski z tego, że dzieciństwo bohaterek przebiegało w sierocińcu, że nie otrzymały żadnego wykształcenia, że krewni się ich wyrzekli, a ojciec jednej z dziewczyn popełnił samobójstwo. Wszystko to razem, łącznie z wszechobecną biurokracją, skutkuje aksjologicznym chaosem.

Chodzi o wykorzenianie?
Komunizm zniszczył poczucie więzi, co stało się bolesne zwłaszcza na prowincji, gdzie tradycyjne związki grupowe i rodzinne zawsze były bardzo silne. Przestano szanować drugiego człowieka, znikło zaufanie. Ludzie ze wsi znaleźli pracę w fabrykach na obrzeżach miast. Wyniesiony z domu system wartości, niegdyś ukształtowany przez Kościół, zastąpiła pustka.

To skutek indoktrynacji?
Między innymi. Ideologia oduczyła samodzielnego myślenia. A człowiek po to ma rozum, by nie rezygnował z podważania nawet najbardziej fundamentalnych prawd. Uważam, że wszystko, włączając w to wiarę, winno być kwestionowane. Z różnych przyczyn rumuńscy politycy i dziennikarze nie podjęli dotąd ryzyka poważniejszej dyskusji na te tematy. Mówiąc to nie chcę, aby uważano, że ostrze krytyki „Za górami” skierowane zostało przeciwko religii.

 

 

Jaką rolę odgrywa dziś religia i prawosławie w Rumunii?
W komunizmie wiarę tolerowano. Rumuńskich duchownych, w przeciwieństwie do rosyjskich, nie prześladowano. Ale tłumów na mszach też nie było. Po obaleniu reżimu Ceauşescu religia stała się niezwykle popularna. W ciągu minionego dwudziestolecia częściowo z dotacji rządowych zbudowano 4 tys. nowych kościołów. Mówiąc obrazowo, co trzy dni otwierano nową świątynię, a największa Katedra Zbawienia Narodu w Bukareszcie (za około 400 mln euro) powstaje naprzeciwko parlamentu. W kraju liczącym 30 mln mieszkańców mamy więc w sumie jakieś 20 tys. kościołów i tylko 8 tys. szkół oraz 500 szpitali. W filmie starałem się pokazać, że odzyskujące swój blask wyznawane powszechnie prawosławie wbrew pozorom nie wywiera istotnego wpływu na życie i postawy ludzi. Zostało zredukowane do pustych, bezmyślnych rytuałów.

Pan wierzy?
Zostałem ochrzczony. Formalnie należę do Kościoła prawosławnego, ale nie uważam się za osobę religijną. Nie wierzę, że Kościół jest w stanie wypełnić swoimi praktykami zamęt powstały po komunizmie, że pomoże odzyskać utracone poczucie sensu i moralności. Wierzę w wartości. Ale takie, które każdy nosi w swoim sumieniu, a nie narzucane i dosłownie traktowane przez Kościół. Dlatego nakręciłem ten film.

Jakiego typu reakcji spodziewa się pan po hierarchach Kościoła prawosławnego?
Książki Tatiany Niculescu Bran zostały przez środowiska kościelne dobrze przyjęte, ponieważ nie stygmatyzują nikogo. Nie sądzę, by hierarchowie odczuwali potrzebę zabierania jeszcze raz głosu. 7 lat temu, gdy nagłośniono sprawę i zaczęto ją komentować za granicą, lokalny biskup obszedł procedury i natychmiast ekskomunikował popa i zakonnice. Zakazano też czytania podczas liturgii nauk świętego Bazylego z Cezarei na temat sposobów zwalczania diabła. W ten sposób Kościół odciął się od wszystkiego.

„Za górami” w niewielkim tylko stopniu przypomina osiągnięcia rumuńskiej nowej fali. Po premierze w Cannes padły porównania do „Viridiany” Buńuela. Doceniono zaskakujący styl, kojarzący się z naturalistycznym malarstwem niderlandzkim.
Filmowałem tę historię długimi ujęciami, stosując zasadę: jedno ujęcie – jedna scena, niezależnie, ile ona trwa. To daje widzowi wolność wyboru, nie narzuca sposobu percepcji, nie podpowiada montażem, co jest znaczące, a co zupełnie nieważne. Chciałem uniknąć w ten sposób manipulacji emocjami widzów. Taka metoda wymaga skupienia wyłącznie na tym, co każdy uzna sam za godne uwagi. To, oczywiście, budzi opór niektórych widzów. I komplikowało sposób realizacji. Trzeba było wybudować specjalną dekorację imitującą pozbawiony elektryczności i bieżącej wody monastyr, bo wielominutowe ujęcia kamery wymagały odpowiednio większej przestrzeni. Aktorów też to kosztowało sporo poświęcenia. Mam świadomość, że gram trochę przeciwko sobie, ponieważ publiczność nie jest przyzwyczajona do tego rodzaju narracji. Zwłaszcza w Rumunii, gdzie młodzież, wychowywana na standardach kina amerykańskiego, doskonale wie, jak „powinna” wyglądać dramaturgia.

Miniona dekada upłynęła pod znakiem odrodzenia kinematografii rumuńskiej i jej sukcesów na arenie międzynarodowej. Na czym pana zdaniem polega ten fenomen?
W 2000 r., po długim okresie zastoju, do głosu doszło pokolenie młodych twórców, którzy zaproponowali nowy język. Nie było przemysłu filmowego (wciąż go nie ma). Poruszaliśmy się w obrębie prostych pytań o kryzys wartości, upadek komunizmu. Szukaliśmy zwierciadła, w którym pozbawieni złudzeń ludzie i zdewastowane społeczeństwo mogliby się sobie przyjrzeć. Po 10 latach potencjał artystyczny nie wyczerpał się, ale wymaga odświeżenia, innej jakości, nowej energii. Wierzę, że następna grupa zbuntowanych twórców będzie miała dość siły, by rozwijać własne pomysły.

Po Złotej Palmie oraz kolejnych nagrodach za „Za górami” ugruntował pan swoją pozycję jako lidera tego ruchu. Co to dla pana znaczy?
Czuję większą odpowiedzialność. Wiem, że jestem widoczny, młodzi patrzą mi na ręce. Dlatego ostatnie lata poświęciłem na pracę z debiutantami. Moje podejście do zawodu o tyle się zmieniło, że mam coraz więcej wątpliwości. A duma z robienia czegoś ważnego dla siebie niekoniecznie oznacza akceptację innych.

*

Cristian Mungiu (ur. w 1968 r.) – jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich. Również scenarzysta i producent. Studiował literaturę angielską. Początkowo pracował jako nauczyciel i dziennikarz. Po ukończeniu w 1998 r. reżyserii w Bukareszcie zajął się realizacją dokumentów. W fabule debiutował w 2002 r. komedią satyryczną „Zachód”. „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” są pierwszym i jedynym rumuńskim filmem nagrodzonym (w 2007 r.) Złotą Palmą. Pokazywany w tym roku „Za górami” został nagrodzony za scenariusz i główne role kobiece. Rozmowa z reżyserem odbyła się dzięki Rumuńskiemu Instytutowi Kultury na festiwalu w Cluj-Napoca.

Polityka 25.2012 (2863) z dnia 20.06.2012; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Diabeł nie istnieje"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną