Kultura

Deszczowy Łowca

Kultowy „Łowca androidów” ma 30 lat

„Łowca androidów”, w momencie wejścia na ekrany niedoceniony przez krytyków i widzów, stał się po latach jednym z najważniejszych obrazów SF. „Łowca androidów”, w momencie wejścia na ekrany niedoceniony przez krytyków i widzów, stał się po latach jednym z najważniejszych obrazów SF. Polityka
Trzydzieści lat temu, 25 czerwca 1982 roku, w kinach pojawił się „Blade Runner”. Niedoceniony i źle przyjęty w chwili powstania, stał się dziś niemal obiektem kultu i sztandarowym dziełem artystycznego kina SF.
Świat „Blade Runnera” był, obok postaci Deckarda i Rachael pełnoprawnym bohaterem filmu Scotta.Forum Świat „Blade Runnera” był, obok postaci Deckarda i Rachael pełnoprawnym bohaterem filmu Scotta.
Deckard i Rachael - ta zmysłowa scena miłosna została jedną z ofiar cięć dokonanych w trakcie przemontowania materiału.Forum Deckard i Rachael - ta zmysłowa scena miłosna została jedną z ofiar cięć dokonanych w trakcie przemontowania materiału.

A narodziny wcale nie były łatwe. Literackim pierwowzorem cyberpunkowego arcydzieła była powieść Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”. Brian Aldiss, inny z gigantów SF, nazwał Dicka jednym z największych i najbardziej niedocenianych pisarzy, nie tylko w ramach gatunku, ale również „głównego nurtu” literatury (do którego zresztą Dick całe życie bezskutecznie aspirował). Jego proza stawiała przed czytelnikiem różnorakie wyzwania – cyberpunk z samej swej istoty ma wywoływać u odbiorcy dyskomfort, na co nakładała się niełatwa, wymagająca skupienia narracja i trudna, nieprzystająca do obiegowej opinii o SF, tematyka.

W czasach, w których fantastyka naukowa opisywała przygody kosmicznych herosów, Dick - poruszając się po cienkiej granicy pomiędzy szaleństwem a geniuszem - zadawał pytania o człowieczeństwo, religię, granice i cel postępu. Nie dawał jednak optymistycznych odpowiedzi, nie dawał nawet w ogóle odpowiedzi. Wieszczył zwycięstwo równie bezdusznych, co wszechmocnych korporacji. Mimo uznania - otrzymał m.in. prestiżową nagrodę Hugo za „Człowieka z wysokiego zamku” - Dick za życia nie cieszył się wielką popularnością. Ta miała przyjść wraz z karierą jego fabuł w Hollywood, której jednak nie doczekał – pisarz zmarł na zawał 2 marca 1982 roku.

Pomysł sfilmowania „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” narodził się jednak kilka lat wcześniej w głowie scenarzysty Hamptona Fanchera.

Przyszłość jest mroczna
Fancher pozostał wierny duchowi książki, ale w porównaniu z nią uprościł znacznie historię, przesuwając środek ciężkości opowieści na sprawy związane z ekologią i przeludnieniem. By stworzyć wiarygodny wątek romansowy, usunął postać żony Deckarda, w finale uśmiercił Rachael, a o całości myślał jak o detektywistycznym SF. Jego wymarzonym kandydatem do roli Deckarda był Robert Mitchum, odtwórca głównej roli w chandlerowskim „Żegnaj laleczko”. Pierwsza wersja scenariusza trafiła w ręce producenta Michaela Deeleya, który z kolei przekonał do projektu Ridleya Scotta. Brytyjski reżyser, opromieniony sławą twórca „Obcego” pracował nad adaptacją „Diuny”, ale zniechęcony przedłużającymi się przygotowaniami zrezygnował. Jednym z powodów, dla których Scott podjął się reżyserii, była potrzeba walki z depresją, w jaką wpadł po śmierci chorego na raka brata. Oglądając „Blade Runnera” trudno się oprzeć wrażeniu, że stan ducha reżysera znacząco wpłynął na przygnębiający klimat i wymowę jego dzieła.

Pieniądze miała zapewnić firma Filmways (dała 2,5 mln dolarów na preprodukcję), jednak na skutek trudności z płynnością musiała zrezygnować z finansowania filmu. Deelay szybko znalazł trzech inwestorów na czele z Alanem Laddem, byłym prezesem wytwórni Fox, który kilka lat wcześniej dał zielone światło pierwszej części „Gwiezdnych wojen”.

Świat zbudowany
Wraz z przyjściem Scotta, rozpoczęciem jego pracy nad scenariuszem, scenografią i doborem obsady „Łowca androidów” zaczął nabierać kształtów. Scott – miłośnik komiksów Moebiusa i Enki Bilala - stworzył ogólny zarys graficznej strony świata przedstawionego. Jako inne inspiracje często przywołuje się również „Metropolis” Langa czy słynny obraz Edwarda Hoppera „Nighthawks”. To również Scott wpadł na pomysł, by adaptacji prozy Dicka wykorzystać schematy występujące w kinie noir.
Pod jego kierownictwem „Blade Runner”, pomyślany pierwotnie jako kameralna, niezbyt droga, kręcona głównie we wnętrzach i oparta na dialogach produkcja, zamienił się w przedsięwzięcie, które swoim ogromem zdumiewało jego amerykańską ekipę. Przy tworzeniu dekoracji zatrudniono ponad czterystu robotników i rzemieślników, pracujących głównie metodą „doposażenia”, czyli doklejania cyberpunkowych detali do zwykłej, hollywoodzkiej scenografii. Syd Mead, grafik odpowiedzialny za wygląd futurystycznych maszyn, zaprojektował setki urządzeń (w tym morderczy, rażący prądem parkomat). Wykonaniem samych tylko pojazdów pojawiających się na planie - łącznie dwudziestu siedmiu - zajmowało się pięćdziesięciu ludzi pracujących po osiemnaście godzin dziennie w trzech warsztatach. Te z nich, które miały się poruszać, skonstruowano na przerobionych podwoziach volkswagenów. Zaprojektowano i wykonano setki neonów, tak charakterystycznych dla Los Angeles z 2019 roku. Gigantyczna praca, jaką wykonano tworząc plan „Łowcy androidów”, trwała dziewięć miesięcy. Szczęściem w nieszczęściu, w tym czasie trwał w Hollywood strajk aktorów – ta niespodziewana przerwa pozwoliła dopracować świat Deckarda.

Każdy, najmniejszy nawet szczegół, nadzorował osobiście Scott. Już na tym etapie prac okazało się, jaki jest jego pogląd na rolę reżysera – nie tolerował żadnych dyskusji, zależało mu na sprawnych wykonawcach, a nie na współpracownikach. Jeśli ktoś nie spełniał jego wymagań, był natychmiast i bez sentymentów usuwany z ekipy. Pierwszą ofiarą perfekcjonizmu Scotta stał się Hampton Fancher – bez pytania go o zdanie zatrudniono drugiego scenarzystę, Davida Peoplesa, który wprowadził znaczące zmiany do skryptu. Ta wersja bardziej przypadła do gustu również Philipowi K. Dickowi, który publicznie krytykował pracę Fanchera. Na marginesie – Dick odrzucał również wcześniejsze wersje scenariusza, przygotowywane jeszcze w latach 70.

Horror w deszczu
Pierwszym poważnym kandydatem do roli Deckarda był Dustin Hoffman, jednak mimo kilku miesięcy współpracy, między aktorem a reżyserem nie zaiskrzyło. Wtedy Scott zwrócił uwagę na Harrisona Forda, szybko zdobywającego pozycję gwiazdy po niezwykle dobrze przyjętym „Imperium kontratakuje”. Ford, któremu zależało na zmianie ekranowego wizerunku, z radością przyjął propozycję. W roli partnerującej mu Rachael Scott obsadził mało doświadczoną, ale idealnie odpowiadającą jego wyobrażeniu o urodzie pięknego androida Sean Young. Strzałem w dziesiątkę okazało się obsadzenie w roli zbuntowanego robota Roya Batty’ego aktora Rutgera Hauera, który nie tylko wymyślił genialną frazę o „łzach w deszczu”, ale i ukradł Fordowi poruszającą scenę zakończenia pojedynku pomiędzy głównymi antagonistami.

Zdjęcia rozpoczęto 9 marca 1981 roku. Podczas kręcenia Scott okazał się jeszcze bardziej bezlitosny dla ekipy niż w trakcie przygotowań. Miał zwyczaj powtarzać nawet najprostsze ujęcia po kilkadziesiąt razy, eksperymentując ze światłem, kamerą „komponując obrazy”, czym doprowadzał do szału zarówno ekipę, jak i coraz bardziej nerwowo liczących pieniądze producentów. Nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego po pierwszym dniu zdjęciowym projekt miał pięć dni opóźnienia, po tygodniu – dwadzieścia jeden dni, i tak dalej…

Nocni wędrowcy
Ze względu na światło, zdecydowaną większość materiału (trzydzieści trzy „dni” zdjęciowe) nakręcono w nocy, pracując po kilkanaście godzin w strugach sztucznego deszczu. Dym z agregatów okazał się tak dokuczliwy, że ludzie z ekipy technicznej nosili na planie maski przeciwgazowe. Woda i dym, niezbędne do oddania klimatu cyberpunkowej opowieści noir, miały dla reżysera również znaczenie praktyczne – doskonale ukrywały brak perspektywy i niedoskonałości scenografii.

Atmosfera na planie była fatalna. Ekipa, traktowana przez Scotta bez cienia szacunku, odpłacała mu tym samym. Niewytrzymujący warunków pracownicy odchodzili z dnia na dzień, a Scottowi udała się rzecz niebywała – ciągłymi dublami zdołał wykończyć nawet ekipę kaskaderów. Kiedy reżyser udzielając wywiadu brytyjskiej gazecie powiedział, że wolałby pracować z Brytyjczykami, na planie wybuchł bunt „koszulkowy” – niezadowoleni członkowie ekipy założyli t-shirty z nadrukiem „Yes Guv’nor, My Ass”. Bliscy współpracownicy Scotta odpowiedzieli hasłem „Xenophobia sucks”. Aktorzy, mimo że skrajnie wyczerpani, mieli jednak „wrażenie udziału w czymś wyjątkowym” (R. Hauer) i stali po stronie Scotta. Nic dziwnego - większość z nich zagrała w „Blade Runnerze” swoje życiowe role.

Utrata kontroli
Wszyscy zaangażowani w projekt czuli, że perfekcjonista Scott zbliża się do granicy, której przekroczyć nie wolno. W ostatnim dniu na planie kręcono scenę skoku na dach i monolog umierającego Batty’ego. Godziny mijały, a żaden z wymęczonych kaskaderów nie był wstanie wykonać skoku. Wreszcie Hauer zaproponował, że zrobi to sam, jeśli tylko fasada drugiego budynku zostanie przesunięta o trzydzieści centymetrów (ta część dekoracji została zbudowana na specjalnym wózku) – udało się za pierwszym razem. Wstający świt uniemożliwił dokończenie sceny, więc dekoracje pocięto i zmontowano powtórnie w studiu. Ten ostatni „dzień zdjęciowy” (10 czerwca 1981 roku) trwał łącznie dwadzieścia osiem godzin. Wreszcie, po czterech miesiącach katorżniczej pracy, zdjęcia były gotowe. Reszta materiału miała być uzupełniona efektami specjalnymi, kręconymi tradycyjną metodą na 65-milimetrowej kamerze. „Blade Runner” miał być ostatnim takim filmem.

Jednak radość ekipy nie trwała długo. Przekroczenie budżetu o dziesięć procent stało się dla coraz bardziej zniecierpliwionych inwestorów wygodnym pretekstem do odebraniu filmu Scottowi, który miał być pozbawiony wpływu na montaż i ostateczny kształt dzieła. Tu jednak opór postawił producent Alan Ladd, stając murem po stronie Ridleya Scotta. Montaż przeprowadzono w Anglii, gdzie również dokręcono równie słynną, co niezrozumiałą scenę z jednorożcem. Pierwsza wersja filmu nie zyskała aprobaty, obraz został więc przemontowany. „Blade Runner” został skrócony, usunięto kilka scen istotnych dla filmu, w tym sugestię o mechanicznym pochodzeniu Deckarda. Dodano też happy end, całkowicie zmieniający jego mroczną wymowę i stawiający pod znakiem zapytania spójność świata przedstawionego. Mimo to, publiczność na zamkniętych pokazach nie rozumiała filmu, postanowiono zatem dodać głos narratora tłumaczący, niczym w latach czterdziestych, co widzowie właśnie widzą na ekranie. Harrison Ford, zmuszony warunkami kontraktu do przeczytania dopisanych linii dialogowych, jawnie okazywał swoje niezadowolenie. 

Powrót Łowcy
Okaleczony film wszedł na ekrany amerykańskich kin 25 czerwca 1982 roku. Po początkowym zainteresowaniu przyszedł weekend, w trakcie którego „Łowca androidów”, wyświetlany w 1295 kinach, zarobił zaledwie 6,15 mln dolarów, co uznano może nie za klęskę, ale za wynik poniżej oczekiwań. Co więcej, krytyka okazał się bardzo nieprzychylna. Chwalono stronę wizualną, ale strona fabularna okazała się zagadką dla większości widzów.

- Zrobić film wyprzedzający swoje czasy jest tak samo źle, jak zrobić film z poprzedniej epoki. W obu przypadkach nikt go nie zrozumie – miał po latach powiedzieć Scott. Pytania o kondycję człowieka w nadchodzącej epoce technologii, o granice ludzkiego poznania, wytrzymałość ekologiczną planety na której żyjemy – wszystkie te dylematy dopiero miały stać się aktualne.

Przyczyn ówczesnej kasowej porażki filmu było wiele. Publiczność, wprowadzona w błąd reklamami telewizyjnymi, zapewne też zwiedziona udziałem Harrisona Forda, spodziewała się czegoś w rodzaju „Gwiezdnych wojen”. W walce o pieniądze z biletów „Blade Runnerowi” przyszło się zmierzyć z „E.T.” Spielberga, największym przebojem 1982 roku i jednym z kasowych hitów wszechczasów. Ale chyba najważniejsze okazało się to, że wizja niedalekiej a przerażającej przyszłości, jaką przedstawił Scott, była dla masowego widza wyzwaniem zbyt trudnym. W poziomie niezrozumienia zbliżonym do wyraźnie trudnej prozy Dicka.  

Wydawało się, że „Blade Runner” odejdzie w niesławie. Ale niespodziewanie, wraz z nadejściem kaset wideo i płyt DVD oraz nowym, bardziej aktywnym i krytycznym sposobem oglądania filmów, „Łowca androidów” zaczął zdobywać coraz szerszy krąg miłośników. Wraz ze wzrostem zainteresowania zaczęły pojawiać się kolejne, montowane na nowo wersje – ostatnia, reżyserska, pozbawiona happy endu i natrętnego voice over została wydana w 2007 roku. „Blade Runner”, oparte na powieści genialnego pisarza dzieło genialnego reżysera, narodzone trzydzieści lat temu w wielkim trudzie, stało się z czasem jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, filmem w historii SF. I mimo tych trzydziestu lat scenę zamykającą konflikt Deckarda i Batty’ego ogląda się z zapartym tchem. Wielkie kino.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Operacja „Hiacynt”. Jak to było naprawdę?

Na ekrany wszedł „Hiacynt”, film o akcji służb PRL skierowanych przez gen. Czesława Kiszczaka przeciwko homoseksualistom.

Andrzej Krajewski
17.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną