Kultura

Sztuka kopania

Sztuka ziemi coraz popularniejsza w Polsce

„Swobodny przepływ”, Jarosław Koziara, praca zrealizowana w 2011 r. na granicy polsko-ukraińskiej „Swobodny przepływ”, Jarosław Koziara, praca zrealizowana w 2011 r. na granicy polsko-ukraińskiej Wojciech Pacewicz / PAP
Land art, czyli sztukę ziemi, wymyślili Amerykanie ponad pół wieku temu. Już dawno stworzyli wzorcowe prace, zdążyli się nimi nacieszyć i niemal o nich zapomnieć. Za to dziś ów kierunek sztuki robi się coraz bardziej popularny w Polsce.
Jedno z 365 drzew, na które wspięła się Cecylia Malik w ramach swego artystycznego projektu „365 drzew”Bogdan Krężel/Visavis.pl/Forum Jedno z 365 drzew, na które wspięła się Cecylia Malik w ramach swego artystycznego projektu „365 drzew”
Ikona land artu – „Spiralna grobla” Roberta Smithsona – na Wielkim Słonym Jeziorze w Utah, 1970 r.Tom Smart / The New York Times/Fotolink Ikona land artu – „Spiralna grobla” Roberta Smithsona – na Wielkim Słonym Jeziorze w Utah, 1970 r.

Sztuka ziemi, czyli właściwie co? Otóż landartowy artysta przypomina nieco dziecko, które na plaży buduje zamki z piasku czy kopie dołki i wlewa w nie wodę z morza. Twórca robi to oczywiście w znacznie większej skali, a ponadto potrafi do swej pracy dołączyć przekonującą ideologię. Ścina (w ściśle określony sposób) trawę, rozwiesza coś na drzewach, przekopuje pole, ale też (jeśli tylko ma odpowiednie fundusze) zakrywa całe wybrzeża, przenosi góry, a nawet steruje błyskawicami. Generalnie naturalny teren pod każdą postacią (łąki, gór, jeziora, lasu) nie tyle jest miejscem pokazywania sztuki, ile sam staje się materiałem rzeźbiarskim.

Land art ma tę niezwykłą i luksusową dla historyka sztuki właściwość, że bardzo precyzyjnie można podać datę jego narodzin. To 5 października 1968 r., kiedy to w nowojorskiej Dwan Gallery odbył się wernisaż wystawy zatytułowanej „Earthworks”. Te początki były zresztą dość osobliwe, bo zaczęło się nie od dzieł, lecz od teorii.

Artysta Robert Smithson najpierw przygotował solidny ideologiczny grunt. W serii artykułów opublikowanych jeszcze przed wspomnianą wystawą krytykował tradycyjną rzeźbę (autorów z tej dziedziny nazywając pogardliwie rzeźbiarzami spawaczami) i proponował odmienione spojrzenie na sztukę przestrzenną. Uważał, że należy ją wyprowadzić z galerii, im dalej od ludzkich siedzib, tym lepiej, najchętniej w pustynne ostępy. Uniezależnić od komercyjnego traktowania, ignorując tradycyjnych (czytaj: nieprzyzwoicie bogatych palaczy cygar) kolekcjonerów. A tradycyjne materiały (marmur, stal, brąz) zastąpić tym, co się znajdzie w terenie.

Twórcom wcale nie przeszkadzał fakt, że ich dzieła często ulegały szybkiemu zniszczeniu – rozmyte przez deszcz, rozsypane przez wiatr. Ba, to było powodem do dumy, świadectwem tego, że nie dbają o klientów czy o sławę, ale o czystą kreację. To był jeden z tak typowych dla owych czasów aktów buntu wobec artystycznego establishmentu i mechanizmów rządzących skomercjalizowanym światem sztuki. Nic więc dziwnego, że ta artystyczna kontestacja doskonale wpasowała się w ducha epoki (hipisi, młodzieżowe rewolucje). Była więc skazana na sukces.

Grobla ikoną

Wystawa „Earthworks” była jeszcze skromniutką prezentacją sztuki ziemi. Ale wkrótce artyści ruszyli do prawdziwego ataku na otaczającą ich naturę. A że Amerykanie lubią wszystko co największe i łatwo znajdują sponsorów, również ich dzieła land artu rzuciły widzów na kolana skalą ingerencji w krajobraz.

Przykład innym dał wspomniany Robert Smithson, który okazał się nie tylko obiecującym teoretykiem, ale i konsekwentnym praktykiem. W 1970 r. wydzierżawił niewielki kawałek Wielkiego Słonego Jeziora w stanie Utah, a następnie usypał tam z 6 tys. ton kamieni spiralną, długą na 460 m groblę. Ta praca uchodzi dziś za ikonę światowego land artu. Niestety, ów prekursor kreatywnego grzebania się w piasku zmarł trzy lata później, ale inni śmiało podążyli jego drogą.

Godnym kontynuatorem okazał się Michael Heizer. W jego artystycznym CV znaleźć można między innymi akcję przeniesienia gigantycznych skalnych bloków z masywu Sierra na depresyjne tereny pustyni Nevada, wycięcie imponującej szczeliny (9x15x457 m) w jednym ze skalnych masywów, a nawet zbudowanie na pustyni imaginacyjnego miasta z piasku. Z kolei Walter de Maria zapisał się w historii gatunku pracą „Pole błyskawic”. Na rozległym płaskowyżu w stanie Nowy Meksyk, znanym z częstych burz, ustawił on regularną sieć (z dokładnością co do 1 mm) 400 metalowych prętów o wysokości 7 m dodatkowo ściągających pioruny.

Niezwykle obiecująco rozwijała się, też podszyta gigantomanią, terenowa kariera, dobrze znanego także w Polsce, Bułgara Christo. Opakował on w materiał kawałek (milion stóp kwadratowych) wybrzeża w pobliżu Sydney, zawiesił kurtynę przedzielającą dolinę w Colorado (rozpiętość 380 m, wysokość do 111 m), otoczył różową tkaniną 11 małych wysepek w Zatoce Biskajskiej. Mógłby pewnie zostać królem land artu, ale z czasem bardziej pochłonęło go opakowywanie przeróżnych budynków. A zdaniem niektórych teoretyków, koncentrując się na projektach miejskich, sprzeniewierzył się ideom sztuki ziemi.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie wszyscy amerykańscy twórcy land artu ulegli pokusie bicia plenerowych rekordów. Na przykład Carl Andre próbował wprowadzić do sztuki ziemi (udanie) reguły minimalizmu, zaś Dennis Oppenheim oryginalnie łączył land art z podszytym szamanizmem body artem, czyli sztuką ciała.

W połowie lat 70. kryzys ekonomiczny sprawił, że amerykańscy sponsorzy (a jednak niezbędni!) przestali tak ochoczo finansować terenowe szaleństwa artystów. Praktycznie jedyną pracą, nawiasem mówiąc, najbardziej imponującą w historii land artu – kontynuowaną od lat 70. XX w. po dziś dzień – jest szalona próba Jamesa Turrela przerobienia wygasłego wulkanu Roden Crater (Arizona) o średnicy ponad 5 km na naturalne obserwatorium astronomiczne.

 

 

Własną ścieżką

Natomiast w Europie (cóż, nie te możliwości) twórcy skupili się na tworzeniu land artu kameralnego, subtelnego, efemerycznego, ale i przesiąkniętego różnorodną symboliką. Szczególną sławę zyskał sobie brytyjski artysta Richard Long. Można powiedzieć, że sztukę ziemi odkrył niezależnie od kolegów zza oceanu. Wszystko zaczęło się w 1967 r., kiedy to zaledwie 22-letni Long, jeszcze student, spacerował sobie po łące tam i z powrotem, a wydeptaną w ten sposób ścieżkę sfotografował. Dziś ta praca znana jest pod nazwą „A line Made by Walking”, należy do kanonu gatunku i doczekała się setek opracowań analityczno-krytycznych. Dopatrywano się w niej przeróżnych metafor i metafizycznych sensów. Nic dziwnego, że artyście to spacerowanie się spodobało.

Przez następne dziesięciolecia przemierzył niemal wszystkie kontynenty, pozostawiając po sobie na trasie wędrówek różne ulotne ślady (kółka, linie) stworzone z tego, co było w zasięgu ręki: piasku, kamieni, patyków, śniegu, a nawet popiołu. A fotograficzne zapisy owych peregrynacji trafiały do najlepszych galerii i muzeów.

Trudno powiedzieć, by polscy twórcy w jakiś szczególny sposób zaznaczyli swoją obecność w sztuce ziemi. Kilka ciekawych osiągnięć oczywiście było. Teresa Murak próbowała łączyć ją z wątkami ekologiczno-feministycznymi, Jacek Tylicki – z konceptualizmem, a Zbigniew Warpechowski – z performansem.

W ostatnich latach echa land artu spotkać można było w pracach Julity Wójcik (ogródki warzywne, malowanie wody jeziora) czy w efemeryczno-ekologicznych projektach Cecylii Malik „365 drzew” (przez cały rok codziennie wdrapywała się na inne drzewo – zapis tego działania w formie albumowej wydała fundacja Bęc Zmiana) oraz „6 rzek” (które przepłynęła wpław, co w Polsce jest raczej wyczynem kaskaderskim, a nie artystycznym).

Chyba jednak najbardziej spektakularną pracą gatunku jest „Projekt Mars” Jarosława Kozakiewicza, czyli zagospodarowanie terenów po nieczynnej kopalni węgla brunatnego na niemieckim Pojezierzu Łużyckim. To wielka (250x350 m) kompozycja usypana z ziemi, porośnięta trawą i mająca kształt ludzkiego ucha (widocznego wszelako dopiero z lotu ptaka).

W ziemi, na wodzie i wśród drzew

Czy rodzime zainteresowanie land artem wzrośnie? Sądząc po organizowanych ostatnio przedsięwzięciach, nie jest to wykluczone. W tym roku odbyły się aż dwa festiwale land artu. Oba w międzynarodowej obsadzie. Skromniejszy zorganizowano w lipcu w Kozłówce. Pomimo nazwy był to raczej festiwal instalacji tworzonych z naturalnych materiałów i w naturalnym otoczeniu.

Poważniejsze przedsięwzięcie firmuje Lublin, a inicjatorem jest Jarosław Koziara, znany jako autor okładek płyt muzycznych, ale także twórca land artu. Tym razem prace powstawały w sierpniu na Roztoczu: w kamieniołomie i lesie w Józefowie oraz na stawie i w parku w Zwierzyńcu, a wśród artystów pracujących w ziemi, na wodzie i wśród drzew znaleźli się m.in. Duńczyk, Ukrainiec i kilku Polaków. Będąc w najbliższych tygodniach w pobliżu, warto w ramach dobrego spaceru pozwiedzać powstałe dzieła sztuki. Może jeszcze przetrwają?

A jeśli już je wiatr rozwieje, to pozostaje jeszcze Toruń ze swoją drugą edycją Land Art Festiwal (22–23 września). W parku na Jakubskim Przedmieściu powstanie sześć prac zapowiadanych jako sztuka ziemi. Artystycznych fajerwerków nie należy się spodziewać, bo każdy z twórców dostał na wykonanie swego dzieła tylko 1500 zł, ale liczy się idea i dobra zabawa.

Wprawdzie land art nie ma już dziś tej siły kontestacyjnej jak przed pół wiekiem, dawno utracił też walor nowości, publiczności nieco się opatrzył, a cała ideologia gdzieś się ulotniła, bo dziś spora część sztuki jest i antygaleryjna, i antykomercyjna. Wielu klasyków gatunku nie żyje (Smithson, Oppenheim) lub jest zbyt sędziwych, by ganiać z łopatą po polach. I jeżeli już z czymś kojarzy się dziś sztuka ziemi, to chyba najbardziej z ekologią. W świecie funkcjonuje na obrzeżach wielkiej sztuki, ale u nas nieoczekiwanie przeżywa mały renesans i miejmy nadzieję, że nie okaże się on tak efemeryczny jak niektóre z dzieł. Bo czyż to nie pożyteczne połączenie: wycieczka dla zdrowia plus kultura dla ducha?

Polityka 34.2012 (2871) z dnia 22.08.2012; Kultura; s. 66
Oryginalny tytuł tekstu: "Sztuka kopania"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną