Jacek Żakowski z Marią Peszek o Polsce i nowej płycie

Sorry Polsko
Rozmowa z Marią Peszek o tym, jak jest na samym dnie, o braku szczęśliwych Polaków i prawie do wrzeszczenia.
Myślałam, że nigdy już nic nie napiszę. Czułam się, jakby ktoś mi wyjął wtyczkę z kontaktu - opowiada Maria Peszek.
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Mystic Production

Myślałam, że nigdy już nic nie napiszę. Czułam się, jakby ktoś mi wyjął wtyczkę z kontaktu - opowiada Maria Peszek.

Maria Peszek: Kiedy mówiłam lekarzom, że nie planuję dzieci, potrafili mi mówić, że jestem zboczona albo zaburzona.
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Mystic Production

Maria Peszek: Kiedy mówiłam lekarzom, że nie planuję dzieci, potrafili mi mówić, że jestem zboczona albo zaburzona.

Maria Peszek, ur. w 1973 r. we Wrocławiu. Absolwentka krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Wydała płyty „Miasto mania” i „Maria Awaria”. W tym tygodniu ukazuje się jej najnowszy album „Jezus Maria Peszek”.
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Mystic Production

Maria Peszek, ur. w 1973 r. we Wrocławiu. Absolwentka krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Wydała płyty „Miasto mania” i „Maria Awaria”. W tym tygodniu ukazuje się jej najnowszy album „Jezus Maria Peszek”.

Jacek Żakowski: – „Jezus Maria Peszek” to płyta czy spowiedź?
Maria Peszek: – Potrzeba. Konieczność wyrzucenia z siebie tego, co się zebrało w kompoście mojej głowy. Musiałam to zrobić. Ale spowiedź to chyba nie jest.

Zwariowała pani?
Przez chwilę.

Jak słucham tej płyty, to skóra mi cierpnie. Co to było?
Załamanie nerwowe.

„...dzwoń po pogotowie...”
Wyglądało dość groźnie. A potem się okazało doświadczeniem granicznym.

Ta płyta jest jak transmisja z domu wariatów.
Dla mnie jest ważne, żeby jasno powiedzieć: tak wyglądał rok mojego życia. Przez rok wszystko było bólem i chaosem. Chciałam umrzeć.

I żyję...
Ukochany nie pozwolił mi umrzeć. Niewielu ludzi dostaje takie wsparcie. Chciałam im powiedzieć, że każdy może się w takim piekle znaleźć i że można z niego wrócić.

Pani pisała te piosenki w piekle?
Tam myślałam, że nigdy już nic nie napiszę. Czułam się, jakby ktoś mi wyjął wtyczkę z kontaktu.

Depresja?
Neurastenia. Stany lękowe. Kilkunastotygodniowa bezsenność. Napady paniki.

„...śni mi się mięso...”
„...i śni mi się krew...”. Widziałam, jak bliscy mi ludzie cierpią, kiedy ja cierpiałam, a oni nie mogli mi pomóc. Ale byłam w uprzywilejowanej sytuacji. Miałam wsparcie bliskich. Stać mnie było, żeby zapłacić bardzo dobremu terapeucie. I mogłam przestać pracować, żeby wyjechać z Polski na pół roku.

Po co?
To była misja ratunkowa. Nie wiedzieliśmy, czy wrócimy. Byłam przekonana, że już nie będę artystką. Czułam, że za dużo mnie to kosztowało.

„...ej czy ktoś wie/jak tu jest na samym dnie...”. Jak jest?
Fizyczny ból jest taki, że nie można wytrzymać. U mnie ulokował się w kręgu, który bez żadnych powodów wypadał. Bolało tak, że w Bangkoku godzinami leżałam pod prysznicem przekonana, że to się nigdy nie skończy. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że mogę zdecydować, czy chcę żyć, czy nie. Świadomość, że żyję – lub nie – bo tak zdecydowałam, była wyzwalająca. Pomyślałam: skoro mogę zdecydować, czy żyję, to może mogę też zdecydować, żeby przestało boleć?

Przestało?
Trwało jeszcze długo. Poradziłam sobie, kiedy zrozumiałam, że boli mnie z głowy. Sześć tygodni leżałam w hamaku na azjatyckiej wyspie. Morze przychodziło i odchodziło, a mi z ust ciekła ślina jak Nicholsonowi po lobotomii w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Ukochany mnie karmił, a ja myślałam tylko, żeby przestało boleć. Któregoś dnia przez pięć minut nie bolało. Potem przez 10 minut. Potem przez godzinę.

W tym hamaku wróciła pani do życia?
Nie tak szybko. Ale różne sprawy mi się zaczynały klarować. Zaczęłam się zastanawiać, z czego to się wzięło i co naprawdę jest mi teraz potrzebne do życia. Na przykład, czy Bóg jest mi potrzebny?

Skończmy pani rachunki ze sobą. Krzyczy pani „Jezus Maria nie ogarniam”. To słowo oddaje paniczną świadomość wielu osób. Od tego się zaczęło?
Zaczęło się od katastrofy. Trzydzieści kilka lat żyłam dość grabieżczo. Potem ciało zaczęło dawać znaki. Zaczęłam mieć poczucie, że w głowie noszę bombę, że ona któregoś dnia pierdolnie i że to będzie masakryczne. Ale nie chciałam tego słyszeć. Grałam koncerty z obustronnym zapaleniem uszu. Właściwie nic nie słysząc. Zdarzało mi się grać z zapaleniem nerek. To nie było mądre. Ale wierzyłam, że jestem niezniszczalna, że to ogarnę i nie zawiodę ludzi, którzy kupili bilety, żeby mnie posłuchać. Aż przeholowałam.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną