Nowa Masłowska i jej sztuczne światy

Przeszczep jaźni gratis
Dorota Masłowska – enfant terrible polskiej literatury.
Wojciech Grzędziński/Newspix.pl

Dorota Masłowska – enfant terrible polskiej literatury.

Okładka najnowszej książki Masłowskiej, w której okrutnie portretuje artystyczny światek.
materiały prasowe

Okładka najnowszej książki Masłowskiej, w której okrutnie portretuje artystyczny światek.

 

Okrutnie portretuje artystyczny światek: na wernisażu modni ludzie wyglądają, jakby wysmarowani klejem zanurkowali w kontenerach z odzieżą dla biednych. Ortopedyczne buty są tak brzydkie, że muszą kosztować 1000 dol., a największy szpan to stylizacja na „dziewczynę pielgrzyma” w czółenkach przeciwodciskowych. W tym świecie jest trendy mieć korzenie wschodnioeuropejskie, pochodzić gdzieś z byłej Jugosławii lub z Polski, tak jak jedna z bohaterek, niejaka Go. Z odległości ta Polska jest ojczyzną klusek „koplatek” i krajem smutnych bloków z widokiem na mur berliński.

Wszystkie postaci są przerysowane, marionetkowe, ale nie aż tak jak Stanisław Retro z „Pawia”. Farah podobnie jak on przeżywa ostateczną kompromitację, ale w przeciwieństwie do tamtej porażki upadek Farah jest jakoś przejmujący. Może dlatego, że niemal każdy bywa czasem „banitą z krainy marzeń”, coś sobie wyobraża na swój temat i innych ludzi, a rzeczywistość okazuje się zupełnie inna, brutalna. W pewien piątek Farah wybrała się na trendy wernisaż. (Masłowska cudownie opisuje terror piątkowej głupawki: „Strzeżcie się wszyscy niepijący, niepalący, nieatrakcyjni seksualnie, neurotyczni, zaburzeni, pogrążeni w depresjach, nieposiadający na Facebooku pięciu milionów przyjaciół. Starzy, karmiący piersią i niemogący się przez to nawalić”). Przez chwilę czuła się panią świata, ale już za moment czar i złudzenie własnej atrakcyjności prysło, spadła w największe upodlenie, ocknąwszy się w windzie w otoczeniu własnych wymiocin. Przy czym właśnie upokorzenie jest u Masłowskiej jakimś powrotem do rzeczywistości.

Wszyscy tutaj chcą być kimś innym, wyglądać jak z pisma kolorowego, mieć atrakcyjną wirtualną tożsamość, nawet syreny, które pojawiają się w snach Farah, marzą, żeby się upodobnić do ludzi. Wszystko chce, żebyśmy przestali być sobą, świat nam oferuje przeszczep jaźni, przeszczep języka, a tymczasem jesteśmy, jacy jesteśmy: prawdziwe ciała nie są trendy, ale są prawdziwe.

„Od pewnego czasu głoszę pochwałę kompleksów i cierpienia jako wartości w życiu człowieka – mówiła Masłowska w wywiadzie dla POLITYKI. – Żyjemy w zalewie new agu, taniej amerykańskiej psychologii, w ramach której mamy obowiązek zapomnieć o kompleksach, bólu, winie, a inwestować w autopromocję i zakrzykiwanie swoich słabości. Jaka jest właściwie wartość w wypieraniu swojej winy, bólu, bezradności? Niestety, prawdopodobnie jako istoty zaprogramowane na szczęście, haj i bezbolesność za wszelką cenę, po prostu więcej kupujemy, generujemy większe zyski. Interesuje mnie też to, jak komputery, Internet zmieniają rzeczywistość. Najpierw był Photoshop, a teraz ludzie ciężko pracują na siłowniach i płacą dietetykom, by przekształcić swoje ciała na podobieństwo wygenerowanych komputerowo obrazków. Wydaje mi się więc, że kompleksy i cierpienie mogą się okazać niedługo wspaniałym potencjałem – takim przetrwalnikiem człowieczeństwa”.

Masłowska ironicznie portretuje świat postrealny, z którego wyciekła rzeczywistość. Zamiast niej jest „przyjaźń przez Facebook, sport na konsoli, seks przez kamerkę, wychowywanie dzieci przez Skype’a”. W tym wszystkim nagle wystarczy wsiąść do metra, żeby poczuć napór ciał innych, realnych ludzi. „Wszędzie uszy, zanieczyszczone pory, plamy wątrobowe, turbany, perfumy, zęby”. Jest jeszcze jedna sfera, gdzie spotykają się ze sobą ludzie w świecie Masłowskiej – są to sny, a właściwie jeden sen, śniony przez wszystkich. Tak jakby bohaterowie usilnie uciekali od tego, co mówią im ich ciała i ich umysły. Jednak to wszystko do nich podświadomie wraca w formie snów.

Najciekawsze w tej książce są różne rejestry języka: popsuty język powieści dla kobiet, reklamy, koszmaru sennego. Jest i sama Masłowska, już nie jako didżejka, ale autorka, która męczy się przy pisaniu. I męczy otoczenie. Ładny fragment opowiada o tym, jak trudno wytrzymać z osobami piszącymi, które tłoczą słowa. A kiedy postawią ostatnią „kroplę jadu i wisienkę z cyjanku, truchleją, zastygają przerażeni, zdruzgotani sobą, własną nikczemnością”. Ta powieść jest modelem do składania, widzimy, jak maszyna języka rozpędza się, tworząc postaci i zdarzenia. A jednocześnie ta komedia w czasach, kiedy zaraz będzie można zrobić sobie przeszczep jaźni, brzmi oczyszczająco. I śmiechem przywraca właściwie proporcje.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną