Kultura

Opowieści z tysiąca muzeów

Czy polskie muzea mogą zachwycić turystów

Prof. dr hab. Dorota Folga-Januszewska – historyk sztuki, muzeolog. W latach 1979–2008 pracowała w Muzeum Narodowym w Warszawie, ostatnio jako dyrektor. Prof. dr hab. Dorota Folga-Januszewska – historyk sztuki, muzeolog. W latach 1979–2008 pracowała w Muzeum Narodowym w Warszawie, ostatnio jako dyrektor. Archiwum prywatne
Rozmowa z prof. dr hab. Dorotą Folgą-Januszewską o tym, jak się zmieniają polskie muzea, czym mogą zachwycić turystów i dlaczego warto do nich zaglądać nie tylko w Noc Muzeów.
Krakowski MOCAK - wystawa Eva and Adele o artyście jako dziele sztuki.Jan Graczyński/EAST NEWS Krakowski MOCAK - wystawa Eva and Adele o artyście jako dziele sztuki.
Odrestaurowane ogrody Pałacu w Wilanowie.Filip Klimaszewski/Agencja Gazeta Odrestaurowane ogrody Pałacu w Wilanowie.

Piotr Sarzyński: – Napisała pani imponujący przewodnik „1000 muzeów w Polsce”. Ile z nich odwiedziła pani osobiście?

Dorota Folga-Januszewska: – Niemal wszystkie. Nie byłam tylko w 27. Zajęło mi to kilka lat.

Czy coś panią zaskoczyło podczas tych peregrynacji?
Mnóstwo rzeczy. Na przykład to, jak dobre programy edukacyjne realizowane są w polskich muzeach. Nawet tych malutkich, ukrytych na prowincji. Szkoda, że tak mało o tym się mówi, bo to chyba najsilniejsza strona polskiego muzealnictwa.

Ale były też niezwykłe odkrycia artystyczne. Jak choćby w Muzeum Parafialnym w Łasku. Weszłam i oniemiałam na widok pięknej płaskorzeźby słynnego Andrea della Robbia „Matka Boska z dzieciątkiem”. Jednego z czterech tzw. białych wizerunków Maryi zachowanych w oryginale w Europie, nawiasem mówiąc, daru z 1515 r. papieża Leona X dla prymasa Jana Łaskiego. W ogóle muzea kościelne kryją wiele wspaniałych dzieł. Aż żal, że są tak mało znane i w sumie – z uwagi na zabezpieczenie zbiorów – trudno dostępne.

Ten tysiąc to symboliczna liczba, czy rzeczywiście mamy w kraju tyle właśnie muzeów?
Pod koniec 2010 r. było ich dokładnie 1038. Mówię o takich placówkach, które mają uregulowany status prawny. Myślę, że dziś może ich być już około 1200. Różnych: państwowych, samorządowych, prywatnych, kościelnych czy uczelnianych. Wprawdzie niektóre muzea się zamykają, głównie z powodów finansowych, ale powstaje wiele nowych.

Możemy mówić o jakichś muzealnych regionach w Polsce?
Z pewnością. Najwięcej muzeów działa w Małopolsce, dużo na Mazowszu, szczególnie w Warszawie i w pasie 100 km wokół stolicy, na trzecim miejscu jest Wielkopolska. Duże tradycje ma Śląsk, a teraz dodatkowo odradza się tam wiele placówek zamkniętych po 1945 r.

A te nowe muzea, z ostatnich dwóch dekad, gdzie najczęściej powstają?
Niezwykle dynamicznym miejscem jest Kraków, który przecież i wcześniej nie cierpiał na brak muzeów. Powstało tam dobre architektonicznie i ekspozycyjnie Muzeum Lotnictwa Polskiego w nowym gmachu czy fantastyczny oddział Muzeum Narodowego, prezentujący w wyremontowanym pałacu biskupa Ciołka sztukę polską od XIII do XVIII w. Są ciekawe nowe muzea, jak Armii Krajowej, ale także starsze, stale modernizowane – Muzeum Księży Misjonarzy i Muzeum Brata Alberta. Świetnie przygotowane do kontaktu z widzami, atrakcyjne, choć ze względu na kontekst historyczny trudne w prowadzeniu – MOCAK (Muzeum Sztuki Współczesnej). No i bijący rekordy frekwencyjne oddział Muzeum Historycznego w podziemiach Rynku Głównego. A ci, którzy tam pójdą, często z rozpędu obejrzą – także nową – ekspozycję w Sukiennicach, znowu świetną, nową realizację nienaruszającą tradycji.

Jakiego typu są najczęściej te nowe muzea?
Przeróżne. Ale ja chciałabym wspomnieć o muzeach techniki i przemysłu, których w ostatnich dwóch dekadach powstało szczególnie dużo. Stworzonych w dawnych fabrykach, gazowniach, kopalniach. Na przykład muzea górnictwa w Złotym Stoku, Dąbrowie Górniczej czy Zabrzu (aż dwa). Z wycieczkami pod ziemię i fascynującym zwiedzaniem nieczynnych sztolni, a nawet z podziwianiem podziemnego wodospadu i z pływaniem łódką po podziemnym jeziorze. Dalej, rozbudowane Otwarte Muzeum Techniki we Wrocławiu, placówka w Dzierżoniowie, w Częstochowie (Muzeum Produkcji Zapałek) i wiele, wiele innych. Mało się o nich mówi i medialnie nie rozpieszcza, a szkoda, bo to świetne, w pełni oparte na oryginalnej substancji zabytkowej instytucje, bardzo atrakcyjne dla młodzieży, prowadzące ciekawe programy edukacyjne i badawcze, do których ustawiają się długie kolejki przed kasami.

A z czym jest problem?
Z muzeami przyrodniczymi. Jest ich niewiele i na ogół mało nowoczesnych. Z reguły działają przy parkach narodowych. Choć i tu widać zmiany na lepsze, jak w Tatrzańskim, Ojcowskim, Białowieskim czy Świętokrzyskim Parku Narodowym. Są też nowe muzea przyrodnicze: to na ogół małe, prywatne muzea geologiczne. Często tworzone przez byłych handlarzy minerałami i kolekcjonerów, którzy w pewnym momencie swoje zasoby zamienili w publiczną kolekcję.

Czy te tysiąc polskich muzeów to dużo, mało czy w sam raz?
Międzynarodowa Rada Muzeów przy UNESCO przyjęła, że 20 muzeów na milion mieszkańców to górna granica możliwości ich utrzymania. Ale to średnia dla całego świata. W małej Szwajcarii działa ponad 6 tys. muzeów i wszystkie sobie radzą. To kwestia tradycji, kultury, ale też zamożności i systemu finansowania. W USA, gdzie muzeów jest mnóstwo, tylko cztery wielkie utrzymywane są z funduszy federalnych, cała reszta utrzymuje się z pieniędzy podmiotów prywatnych.

Z kolei w tradycji europejskiej bardzo silny jest model muzeum publicznego, utrzymywanego przez naród i dla narodu. Wzorcem okazał się Luwr, powstały w 1794 r. po rewolucji francuskiej. Co ciekawe, ów trend pogłębił się po II wojnie światowej za sprawą tzw. krajów demokracji ludowej i ugruntował państwowy mecenat także na zachodzie Europy.

Ale poza pieniędzmi potrzebnymi na utrzymanie trzeba też mieć eksponaty.
Mówiąc w uproszczeniu, mamy dwa typy muzeów. Typ pierwszy, tradycyjny, gromadzi dziedzictwo materialne według zasady: najpierw kolekcja, później wiedza o niej, a na końcu muzeum. Tam oczywiście trzeba mieć co wystawiać. Ale są też muzea dziedzictwa niematerialnego, coraz częściej spotykane, gromadzące nie obiekty, lecz jedynie cyfrowe zapisy. Na przykład w Konstancinie działa Muzeum Opowiadaczy Historii. Sporo takich placówek stworzono choćby w Japonii i Kanadzie.

 

 

Mam często wrażenie, że powstają muzea teoretycznie gromadzące jak najbardziej materialne obiekty, a i tak bez kolekcji. Ot, choćby Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Cóż, tu już dotykamy polityki i częstej tendencji, by poprzez muzeum utrwalić siebie – dyrektora, ministra, wojewodę. Sporo jest takich placówek, których jedyną wizją jest to, by zaistniały. A MSN w stolicy? To dla mnie jedna z większych zagadek. Postanowiono je powołać, mimo że istniało już Centrum Sztuki Współczesnej z niezłą kolekcją własną i z rozbudowaną siecią współpracy z artystami. Wystarczyło tylko zainwestować w rozbudowę. Istnieją liczące sobie 147 tys. obiektów zbiory sztuki nowoczesnej w Muzeum Narodowym, obejmujące wszystko: od plakatów, numizmatów i wzornictwa przemysłowego po malarstwo. Też bez możliwości prezentowania. A tu decyduje się o stworzeniu nowej placówki i tworzeniu nowej kolekcji od zera.

Co można w Polsce pokazać wyrafinowanym turystom ze świata?
Wbrew pozorom nie tak mało. Na przykład historyczne rezydencje, w których jest wszystko: zabytkowa architektura, starannie dobrane wyposażenie wnętrz i dobra sztuka, zadbany ogród. Miałam niedawno gości z Wielkiej Brytanii, którzy pod tym względem mają raczej wyrafinowane gusta. A jednak bardzo podobało im się np. w Wilanowie, bo jest to rezydencja w znośnej dla zwiedzającego proporcji, z dobrze zakomponowanym muzeum. Jest tu i na co popatrzeć, i czego się dowiedzieć.

Cóż to znaczy znośna proporcja?
Dlaczego wymyślono, że lekcje w szkole powinny trwać 45 minut? Bo wiadomo, że człowiek może maksymalnie skupić uwagę przez 30–40 minut. Później jego mózg musi odpocząć. Stąd ekspozycje i wystawy muzealne powinny być tak zbudowane, aby ich wytężone zwiedzanie trwało 45 minut albo – jeśli są większe – dawało widzowi szansę na odpoczynek w fotelu lub kawę. Z tego punktu widzenia mniejsze muzea mają lepiej niż ogromne.

Zatem rezydencje. Co jeszcze?
Na pewno niedowartościowana jest galeria Faras w warszawskim Muzeum Narodowym. Każdy obcokrajowiec, który został tam zaprowadzony, doskonale ją pamięta. Podobnie jak Wieliczkę. Często ogromne wrażenie na przyjezdnych robią nieduże, specyficzne muzea. Oprowadzałam po Gdańsku dużą grupę muzealników z Ameryki Południowej. Wielkie wrażenie zrobiło na nich Muzeum Bursztynu. Bo sami takiego nie mają. Z kolei Japończycy są bardzo zainteresowani niedużymi muzeami zakopiańskimi, w których prześledzić można wpływ ludowości na intelektualną część kultury. Dlaczego? Bo to problem, który ich także żywo dotyczy.

Czy można mówić o specyficznych cechach polskiego muzealnictwa?
Kilka takich cech by się znalazło. Na przykład nigdy nie dokonał się u nas podział na sztukę dawną i współczesną. I jedna, i druga zgodnie koegzystowały w przestrzeni tych samych muzeów, pokazywane na zasadzie ciągłości, kontynuacji. Zawsze nas za to chwalono, a dziś świat sam zaczął doceniać tę wartość i odchodzić od specjalistycznych muzeów sztuki nowoczesnej. Tymczasem my ruszyliśmy w całkiem przeciwnym kierunku.

Inna ciekawa właściwość polega na tym, że nasze muzea narodowe mają przede wszystkim profil artystyczny, pokazują sztukę. Tymczasem w innych krajach najbardziej popularna była formuła muzeum narodowego gromadzącego wszystko: zbiory etnograficzne, sztukę, obiekty historyczne, a nawet geologiczne. W Polsce tę funkcję narodowych w treści zbiorów uniwersalnych przejęły natomiast – często z powodzeniem – muzea regionalne.

Czy Internet stanie się w przyszłości wielką salą wystawową, a budynki pozostaną tylko magazynami eksponatów?
Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym: być może. Dziś jestem pewna, że nie. Muzea zaspokajają coraz ważniejszą w wirtualnym otoczeniu potrzebę kontaktu z materią. Galeria Dotyku (Rzeźb) w Luwrze, początkowo założona z myślą o niewidzących, dziś bije rekordy popularności także wśród pełnosprawnych; trzeba się do niej zapisywać na wiele tygodni naprzód.

Ale mimo wszystko cyfrowy świat coraz bardziej wkracza do muzeów.
To zależy gdzie. Na ostatniej wystawie Leonarda da Vinci w National Gallery w Londynie w ogóle nie wykorzystano multimediów. Było za to dość ciemno, cicho i spokojnie, bo mimo potencjalnych strat finansowych zdecydowano się na wyraźne limity zwiedzających. Wprowadzono natomiast system dyskretnych kurtyn bezpieczeństwa w podczerwieni, który sprawiał, że z jednej strony widz mógł mieć bardziej intymny kontakt z dziełem, mógł z bliska, a nie zza ustawionej półtora metra przed ścianą barierki, przyjrzeć się obrazom. A z drugiej – nie dzwoniły co chwila jakieś alarmy.

Gdzieniegdzie wprowadza się nawet działania podprogowe – na przykład rozpyla w powietrzu śladowe ilości zapachów farb i żywic malarskich. Okazuje się, że wówczas widzowie znacznie lepiej koncentrują się na odbiorze sztuki. Te rozliczne już dziś muzea wirtualne sprawiły, że coraz chętniej powracamy do naturalnego kontaktu z dziełami sztuki. Legendarne muzealne papcie i zapach pasty do podłogi znów stają się – specyficzną oczywiście – wartością. Pewnego znanego muzealnika z zagranicy zaprowadziłam do nowo otwartego Muzeum Chopina w Warszawie. My się nim zachwycamy, on był lekko rozczarowany. Bo ta placówka stała się podobna do setek takich muzeów działających w świecie. Brak jej oryginalności i klimatu.

Gdzie zatem świat cyfrowy najlepiej może przysłużyć się muzeom?
Bezcenny jest w informacji. W budowaniu rozległej i rzetelnej informacji muzealnej na wszelkich poziomach: od ogólnopolskiej, przez miejską i regionalną, po wewnątrzmuzealną. 10 lat temu ekrany dotykowe były drogim gadżetem, dziś już nie. Powinny masowo funkcjonować w dużych placówkach. Proszę zauważyć, że z muzeów na świecie znikają tzw. audioprzewodniki, które nawiasem mówiąc w Polsce jeszcze się masowo nie przyjęły. Dlaczego? Bo każdemu klepały do ucha to samo. Teraz dąży się do tego, by każdy znalazł sobie taką informację, jakiej potrzebuje: o autorze lub o dziele. Temu służą np. nowe aplikacje na telefony komórkowe, jak choćby polska „Art4Europe”. Robi się zdjęcie obrazu i po chwili otrzymuje się z sieci informacje o nim. Jak więc widać, tradycję z nowoczesnością można w muzeach dobrze godzić.

*

Prof. dr hab. Dorota Folga-Januszewska – historyk sztuki, muzeolog. W latach 1979–2008 pracowała w Muzeum Narodowym w Warszawie, ostatnio jako dyrektor. W latach 1983–1995 była wykładowcą UW. Od 2008 r. kierowała katedrą w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a w 2011 r. została dyrektorką nowo powołanego Instytutu Muzeologii UKSW. Jest autorką ponad 250 książek, katalogów, artykułów i opracowań w zakresie sztuki XX w. oraz kuratorem i autorką scenariuszy 50 wystaw zrealizowanych na całym świecie.

Polityka 42.2012 (2879) z dnia 17.10.2012; Kultura; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Opowieści z tysiąca muzeów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną