Kultura

Śpiewający swetrowcy

Bardowie wczorajsi i dzisiejsi

Przemysław Gintrowski zmarł 20 października 2012 r. Przemysław Gintrowski zmarł 20 października 2012 r. Dariusz Golik / Fotorzepa / Forum
Śmierć Przemysława Gintrowskiego przywołała do publicznego obiegu słowo bard. O czym dziś może traktować zaangażowana poezja śpiewana?
Adam Nowak, zespół Raz, Dwa, TrzyMaciej Łabudzki/Reporter Adam Nowak, zespół Raz, Dwa, Trzy
Marek Grechuta z zespołem Anawa, Świnoujście, 1970 r.Harry Weinberg/Fotonova Marek Grechuta z zespołem Anawa, Świnoujście, 1970 r.

A jednak się kręci! W tym roku odbyła się już 24 edycja imprezy zatytułowanej „Gitarą i Piórem”. W Karpaczu zagrali i zaśpiewali: Tomasz Wachnowski, Robert Kasprzycki, Dzidka Muzolf, Ela Adamiak, Marek Andrzejewski, W Tym Sęk, grupa Bez Jacka i Sklep z Ptasimi Piórami.

No owszem, kręci się, ale jakoś mało dynamicznie i zupełnie niespektakularnie. Mało kto wie, cóż to takiego Sklep z Ptasimi Piórami albo W Tym Sęk. Bo choć radiowa Trójka co tydzień emituje audycję – nomen omen – „Gitarą i Piórem”, to trzeba być wyspecjalizowanym fanem tak zwanej piosenki autorskiej czy poezji śpiewanej, by wiedzieć cokolwiek o jej tuzach, talentach, a tym bardziej debiutantach.

Jeżdżą po różnych festiwalach stanowiących pokłosie niegdysiejszych Stachuriad. Niektórzy, jak Robert Kasprzycki, mają za sobą występy na wielkich imprezach w rodzaju Przystanku Woodstock, ale to wyjątek, bo środowisko „swetrowców”, jak nazywają artystów i fanów śpiewanej literatury prześmiewcy, lokuje się daleko od jakkolwiek pojmowanego głównego nurtu. Cóż, weterani tej sceny mówią, że lepsze już było, zaś młodzi adepci, idealistycznie zakochani w tej dziwnej dla konsumenta popkultury formule, nawet nie marzą o nagraniu płyty czy występie przed masowym audytorium. Powodem do lepszego samopoczucia może być co najwyżej świadomość, że funkcjonuje się w czymś na kształt artystycznego podziemia, które ma swoje, trudno czytelne dla profana, kody wrażliwości i hierarchie wartości artystycznych.

Swoją drogą, ta scena nie jest wcale jednolita, bo w jej ramach mieszczą się tak różni wykonawcy jak gwiazda sakrosongów Antonina Krzysztoń, idol ultraprawicy, autor osławionego „Śpiewnika oszołoma” Leszek Czajkowski czy bliski ambitnej popkulturze zespół Raz, Dwa, Trzy. „Bardyzm” był (jest?) jednym z elementów tego patchworku.

Przemysława Gintrowskiego, tak jak kiedyś Jacka Kaczmarskiego, mianowano bardem Solidarności i sukcesorem tradycji Włodzimierza Wysockiego, Aleksandra Galicza, Karela Kryla, a niektórzy sądzą, że także Boba Dylana. Kiedy w mediach pojawiła się informacja o jego śmierci, zaczęto sobie przypominać innych polskich bardów – Jana Krzysztofa Kelusa, Jacka Kleyffa, Leszka Wójtowicza. Każdy z nich ma w biografii z czasów PRL udział w opozycyjnym obiegu kultury, Kleyff dodatkowo zakazy występów, zaś Kelus więzienie i internowanie.

Taki kontekst wydawał się oczywisty, bo przecież Gintrowski zawsze uchodził za artystę zaangażowanego, „wyrywającego murom zęby krat”, zatem nieuchronnie (i chyba zgodnie z własną wolą) kojarzył się z antykomunistycznym oporem. I z takim właśnie oporem w potocznej opinii kojarzyć ma się nam każdy, kogo nazwą bardem.

Polityczne konotacje

Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana, bo przecież Gintrowski (tak samo zresztą jak Kaczmarski) nie bez powodu uchodzi za symbol poezji śpiewanej, zaś poezja śpiewana nie zawsze musiała być polityczna, a tym bardziej nie zawsze musiała być ekspresją konkretnej politycznej ideologii. Wystarczy wymienić kilka najbardziej znanych nazwisk wykonawców reprezentujących ten gatunek: Elżbieta Adamiak, Mirosław Czyżykiewicz, Piotr Bakal, Piotr Woźniak, Marek Dyjak, Tomasz Wachnowski, prekursorzy – Marek Grechuta, Tadeusz Woźniak, Jan Wołek. Nikt z wymienionych nie uprawiał i nie uprawia „śpiewanej poezji politycznej”. Nie zmienia to faktu, że wokół słowa „bard” narosły konotacje o politycznym właśnie charakterze. Nie bez powodu.

Karolina Sykulska w antologii „Bardowie” (pod redakcja Jadwigi Sawickiej i Ewy Paczoskiej) podaje taką oto współczesną definicję terminu „bard”: „poeta-śpiewak, wykonujący piosenki najczęściej własnego autorstwa, akompaniujący sobie na gitarze (rzadziej innym instrumencie); w swoich utworach komentuje bieżącą sytuację polityczno-społeczną, odwołuje się do wydarzeń historycznych, porusza problemy moralne; przekazując w nich pewne uniwersalne wartości, idee, refleksje, krytykę rzeczywistości, postrzegany jest jako kulturowo-moralny autorytet”.

Podaje też znaczenie przenośne: „czasem pejoratywnie osoba związana z pewną ideologią, popularyzująca ją w wierszowanych tekstach o charakterze interwencyjno-publicystycznym”. Sykulska pisze: „historia współczesnego barda jest równie skomplikowana jak jego definicja. Póki był pojmowany głównie »wolnościowo«, a w jego twórczości doszukiwano się przede wszystkim wątków politycznych (wbrew intencjom samych artystów, którzy woleli być odbierani bardziej egzystencjalnie i ponadczasowo), współczesne i przenośne znaczenie wyrazu w społecznym odbiorze w zasadzie się pokrywało”.

O bardach w opisanym przez Sykulską znaczeniu zaczęto mówić (i pisać) w 1981 r., czyli w czasie „karnawału Solidarności”, kiedy Jacek Kaczmarski z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim jeździli po Polsce z estradowym programem „Mury”. Tytuł pochodził oczywiście od piosenki, będącej polską wersją utworu katalońskiego pieśniarza Lluisa Llacha „L’estaca”.

W napisanej przez Krzysztofa Gajdę biografii Jacka Kaczmarskiego znajdziemy taką oto wypowiedź Gintrowskiego o słynnej pieśni: „Dość szybko zorientowaliśmy się, że »Mury« stają się hymnem Solidarności. Jacek ubolewał nad tym. Zdawał sobie też sprawę z potęgi tej piosenki. Kilkakrotnie o tym rozmawialiśmy. Ja uważałem, że wychodzimy, śpiewamy, a jak to ludzie odbierają, to już nie nasza wina. Z drugiej strony, jeśli to jest piosenka, która komuś pomaga, napędza, to trudno. Ale nie było dramatów z tego powodu. Czasami się podśmiewaliśmy, że to jest tak przekręcone. Że ten refren jest bardziej istotny niż puenta. Ludzi obchodziło jedno: WYRWIJ MUROM ZĘBY KRAT”.

Cóż, były to czasy arcypolityczne. Na festiwalu opolskim oraz zorganizowanym przez Solidarność w sierpniu 1981 r. Festiwalu Piosenki Prawdziwej nagradzany był zapomniany dziś wykonawca kabaretowy Jacek Zwoźniak (zginął w wypadku samochodowym w czerwcu 1989 r.). Śpiewał złośliwe kuplety przeciw władzy ludowej, wyznawał miłość do NSZZ Solidarność, koledzy piosenkarze uważali go za estradowego populistę, ale jako że wywodził się z kabaretów studenckich, to mianowano go „bardem studenckim”. W efekcie zaroiło się od bardów, zaś wprowadzony wkrótce stan wojenny jeszcze bardziej spotęgował zapotrzebowanie na twórczość zaangażowaną politycznie i modę na bardyzm.

 

 

Studenccy kontestatorzy

Trzeba jednak przypomnieć, że zarówno ów politycznie definiowany bardyzm, jak też cała scena poezji śpiewanej miała kilka źródeł. Najważniejszym była chyba kultura studencka. Poezję śpiewano przecież od początku istnienia najstarszych studenckich klubów warszawskich czy krakowskich. Śpiewali ją młodzi artyści z STS i Piwnicy pod Baranami, była obecna od pierwszych edycji Festiwalu Piosenki Studenckiej, bujnie rozwijała się na świnoujskiej FAMIE w latach 70.

Od popaździernikowej odwilży 1956 r. kulturalne inicjatywy studentów kształtowały serca i umysły młodej inteligencji i w sporym stopniu przyczyniły się do upowszechnienia się w tych środowiskach postaw krytycznych czy wręcz kontestatorskich. Ciekawe, że w muzyce kultura studencka kompletnie ignorowała rock’n’roll, stawiając na jazz i – właśnie – piosenkę poetycką (zwaną także piosenką literacką). Muzycznym wzorcem tej klienteli nie był ani Presley, ani Beatlesi czy Rolling Stonesi, ale raczej Brel, Brassens, Juliette Greco oraz Rosjanie – Okudżawa, Wysocki. Czerpał z tego bardzo wyraźnie nasz bardyzm z ostatniej dekady PRL.

Gdy słucha się piosenek Gintrowskiego, trudno się domyślić, że jako nastolatek fascynował się Doorsami, Led Zeppelin czy Claptonem. Jacek Kaczmarski natomiast zupełnie nie czuł i chyba też nie rozumiał anglosaskiego rocka, a nawet amerykańskiego folku, o czym świadczy jego „Epitafium dla Boba Dylana”. Widział siebie raczej w roli spadkobiercy Wysockiego i był fanem piosenki francuskiej.

Jak z tego wynika, cały ten nurt miał rys może nie tyle całkowicie i oryginalnie polski, co niewątpliwie kontynentalny. Ludzie w swetrach, śpiewający literaturę albo zaangażowaną politycznie publicystykę przy akompaniamencie gitar klasycznych, to ogólnie rzecz biorąc zjawisko szersze. Oprócz wymienionych wcześniej Rosjan, Francuzów i Polaków są jeszcze wschodni Niemcy, np. Wolf Biermann, i Czesi, tacy jak Karel Kryl oraz bardzo popularny do dziś wśród naszych fanów bardyzmu Jaromir Nohavica.

Bardyzm, jak i poezja śpiewana wyrosły z czytania, z obcowania z literaturą, co notabene było oczywistym atrybutem inteligenta. I kto wie, czy archetypem polskiego barda, prekursorem współczesnej poezji śpiewanej albo – jak kto woli – piosenki autorskiej nie był Edward Stachura. Tak się złożyło, że niemal od razu po jego śmierci w lipcu 1979 r. rosły rzesze fanów jego twórczości, a wieczory poetyckie poświęcone jego pamięci rychło wzbogaciły się o Stachuriady, imprezy organizowane we wsi Grochowice pod Głogowem, promujące piosenki autora „Siekierezady”, a z czasem poezję śpiewaną w ogóle. Najważniejszym propagatorem tej idei był Wojtek Bellon i jego Wolna Grupa Bukowina, a do Grochowic w charakterze gwiazd przyjeżdżali Mirosław Czyżykiewicz, Piotr Bukartyk, Andrzej Garczarek i grupa Stare Dobre Małżeństwo.

W dolinie gorzko i ponuro

Warto zapytać, co z tego zostało, bo dla dzisiejszych młodych Polaków Stachura nie jest już żadnym obiektem kultu, tym bardziej że większość z tych młodych nie ma żadnych literackich fascynacji.

Wszystko wskazuje na to, że przetrwał (w enklawach, kulturowych niszach) ogólnie pojmowany styl, wcześniej konserwowany hasłem „kraina łagodności” i ożywiany na festiwalach w rodzaju wspomnianego na wstępie przeglądu „Gitarą i Piórem” czy organizowanej corocznie w Szklarskiej Porębie Giełdy Piosenki Turystycznej. Ten styl, raczej wschodni niż zachodni, miejscami nawiązujący do hipisowskiej legendy, ale też tej rodzimej, a nie amerykańskiej, miewał swoje czasy heroiczne i wcielenia kontestatorskie, czego dobrym przykładem była twórczość Przemysława Gintrowskiego.

Po epoce heroicznej nadeszła jednak „normalność”, a z nią triumf wolnego rynku i popkultury. Brodaci śpiewacy w wyciągniętych swetrach, przygrywający sobie na akustycznych gitarach, stali się całkiem démodé. Tak jak fascynacja patosem antykomunistycznej rebelii i piosenkami Edwarda Stachury. Jest jak w piosence Andrzeja Garczarka: „Stachuro, Stachuro, ty już idziesz górą, a nam w tej dolinie gorzko i ponuro”.

Polityka 44.2012 (2881) z dnia 29.10.2012; Kultura; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Śpiewający swetrowcy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną