Kultura

Nie jestem jeszcze gotowa się zestarzeć

Judi Dench dla POLITYKA.PL

Judi Dench, rocznik 1934. Aktorka filmowa i teatralna. W 1988 r. królowa Elżbieta II nadała jej tytuł Damy Imperium Brytyjskiego. Judi Dench, rocznik 1934. Aktorka filmowa i teatralna. W 1988 r. królowa Elżbieta II nadała jej tytuł Damy Imperium Brytyjskiego. EAST NEWS
O kategorycznej odmowie przejścia na emeryturę, radzeniu sobie z samotnością, niezgodzie na szklankę do połowy pustą i fascynacji Wielkim Zderzaczem Hadronów opowiada nam brytyjska aktorka, słynna odtwórczyni roli pani M w serii o przygodach Jamesa Bonda.
Jako słynna pani M, zwierzchniczka Jamesa Bonda w kolejnych odsłonach przygód agenta 007, doczekała się swej figury woskowej w muzeum Madame Tussauds. Na zdj. z woskowym Danielem Craigiem.LEON NEAL/AFP/EAST NEWS Jako słynna pani M, zwierzchniczka Jamesa Bonda w kolejnych odsłonach przygód agenta 007, doczekała się swej figury woskowej w muzeum Madame Tussauds. Na zdj. z woskowym Danielem Craigiem.

Wyobrażała sobie pani jak może przebiegać etap starości w pani życiu? 

Judi Dench: Nie jestem jeszcze gotowa się zestarzeć. Kategorycznie odmawiam przejścia na emeryturę. Kiedyś myślałam, że będę miała w życiu szóstkę dzieci. Ale - jak wiadomo - życie różnie się układa i nie zawsze spełniają się nasze oczekiwania. Cały czas uczymy się akceptować to, co dostajemy, szukamy kolejnych wrażeń i doświadczeń. Mieliśmy z mężem [aktor Michael Williams, zmarł w 2001 roku – przyp. red.] wspaniałego przyjaciela, niemieckiego sędziego, który wielokrotnie powtarzał, żeby zawsze szukać plusów, nawet w najgorszej sytuacji. To stało się mottem mojej rodziny. I nawet jeśli to mały plus, zawsze jest to pozytyw zamiast myślenia, że twoja szklanka jest do połowy pusta.

Teraz dużo krzyczę na radio. Wiem, że to jeden z przejawów starości. Moja rodzina mam mnie z tego powodu dość i krzyczy z kolei na mnie, żebym przestała. A ja nie mogę, gdy słyszę, co niektórzy ludzie wygadują. Szczególnie młodzi prowadzący, którym niestety zbyt często zdarza się niepoprawnie wypowiadać nawet najprostsze słowa. I potem mój wnuk powtarza te błędy, a ja gotuje się w środku. Ale nie mogę go w kółko poprawiać, prawda? Zdaję sobie sprawę, że tych objawów starości będzie więcej, ale nikt nie jest na nie przygotowany, więc będę starała się sobie z nimi radzić na bieżąco.

Czy jest ktoś lub coś, co sprawia, że zapomina pani o swoich latach?

Większość osób, które podchodzą do mnie na ulicy, jest w wieku mojego 15-letniego wnuka. Ale tak to jest, jak się wciela się w rolę M. od 17 lat w kolejnych filmach o Jamesie Bondzie. Śmieszy mnie, że koledzy wnuka, przychodząc do naszego domu, wyobrażają sobie, że w środku zastaną wyposażenie rodem z MI6 i Daniela Craiga pijącego herbatę przy kuchennym stole. Gdy mój mąż jeszcze żył, wszyscy go pytali, czy w domu jestem taka surowa i zimna jak moja postać. Odpowiadał, że gdyby tak było, już dawno spakowałby moje rzeczy i wymienił zamki. Moim zdaniem bardzo dobrze jest mieć rozpoznawaną wśród młodych ludzi twarz. Dla mnie jest to miłe, ponieważ w ten sposób inwestuję w rekrutowanie odbiorców kolejnych moich projektów na przyszłość. Może niekoniecznie wybiorą się na przykład na film “Hotel Marigold”, ale może któregoś wieczoru przyjdą do teatru? 

Wspomniała pani swój film „Hotel Marigold”, który na przekór stereotypom pokazuje, że starość wcale nie jest przeszkodą do dalekich podróży, w przypadku tego filmu - do Indii i miłości. Czy dlatego przyjęła pani tę rolę?

Po części tak. Wydaje mi się, że Evelyn przed tą podróżą nie była pogodzona ze swoim dalszym losem. Wahała się, czy po śmierci męża zamieszkać ze swoim synem i jego rodziną. Nie chciała się poddać starości, nie była gotowa, żeby poświęcić swoją niezależność. Po owdowieniu czuje, że ma jeszcze dużo do zrobienia. Dlatego ryzykuje i jedzie do Indii. Najbardziej mi się w niej podobało, że nie bała się podjąć tego ryzyka. To, co się wydarza w Indiach jest pod każdym względem nieoczekiwane. Zresztą każda z osób towarzyszących jej podczas tej wyprawy ma osobiste powody, by wziąć w niej udział. Odnajdują to, czego im w życiu brakowało. Jeśli chodzi o Evelyn, były to towarzystwo i życiowy partner. Nieważne, czy ma się 18, 48 czy 78 lat., samotność na wiek nie patrzy.

Czy ten film był dla pani jakoś szczególne ważny w kontekście radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby?

Jedyne, co można zrobić, gdy umiera ukochana osoba, to starać się dalej funkcjonować w normalny sposób. My aktorzy kolekcjonujemy wszystko, co nam się uda zaobserwować i przeżyć, w specjalnym schowku w mózgu. Gdy widzimy coś strasznego albo coś pięknego, czujemy, że musimy to za wszelką cenę zapamiętać. W ten sposób przez całe życie budujemy sobie podstawy do ról, które nie mają z nami nic wspólnego. Dlatego granie Lady Makbet jest tak trudnym wyzwaniem. Potrafię ją zrozumieć jako wdowę tęskniącą za swoim mężem, która nie chce się narzucać synowi. I mogę jej współczuć. W “Hotelu Marigold” nie chodziło o reprodukcję uczuć, ponieważ ja nie jestem taka jak Evelyn. Ale rozumiałam emocje, jakie nią powodowały. Gdy nagle w życiu zabraknie ukochanej osoby, wieloletniego towarzysza, miło jest spotkać kogoś, kto mógłby się nim stać. Nie mówię tylko o nagłym wybuchu miłości czy seksualnej pasji. Po prostu miło mieć kogoś, kto powie: “Poczekaj, otworzę drzwi” albo “Chodźmy dzisiaj wieczorem do teatru”.

Obawiała się pani podróży do Indii?

Evelyn opisuje je w filmie jako napad na wszystkie zmysły. Sama nigdy wcześniej nie odczuwałam pragnienia, by tam pojechać. Część mojej rodziny mieszkała w Indiach przez jakiś czas i dla mnie było to jedno z tych miejsc, o których myślałam, że pewnego dnia tam pojadę. W ciągu 24 godzin od przyjazdu na plan filmu byłam całkowicie zauroczona i zafascynowana tym krajem. Oszołomiło mnie piękno różnorodnych kolorów, zapachów, doznań. Poznałam wiele osób, które dzisiaj mogę nazwać moimi przyjaciółmi. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że jako aktorzy na planie filmu byliśmy pod ochroną, mieszkaliśmy w nowoczesnych hotelach i widzieliśmy Indie zupełnie inne niż te, które były zaraz za bramą hotelu. Największy szok to koszmarna bieda, na którą nie można nic poradzić. Mam nadzieję, że ta eksplozja bogactwa, która teraz odbywa się w Indiach zostanie rozdystrybuowana w równy sposób. Oczywiście jest to moje myślenie życzeniowe. Póki co nie mogę się doczekać, żeby tam wrócić.

 

 

Ma pani wciąż chęć poznawania nowych rzeczy i nowych miejsc?

Już jako dziecko byłam ciekawa świata. Chciałam się nauczyć czegoś nowego każdego dnia. Jeden dzień - jedna rzecz. Ostatnio dowiedziałam się bardzo ciekawej rzeczy, która mnie mocno zszokowała. Wszyscy wiedzą, że w Szwajcarii znajduje się Wielki Zderzacz Hadronów, który miał za zadanie wyodrębnić cząstki elementarne o nazwie bozon Higgsa. Jednej nocy nie mogłam zasnąć i słuchałam radia. Akurat nadawano audycję na ten temat. Usłyszałam, że ta maszyna robi 40 milionów zdjęć na sekundę. Ten fakt mnie tak zaskoczył, że aż to sobie zapisałam i nie mogłam przestać dalej słuchać. Następnego ranka nadal trudno mi w to było uwierzyć, więc przesłuchałam program jeszcze raz. Ale usłyszałam dokładnie tak, jak zapamiętałam. Ta informacja nie ma absolutnie żadnego wpływu ani na moje życie, ani na nikogo z moich bliskich, ale jestem szczęśliwa, że dowiedziałam się czegoś zupełnie nowego. Byłam bardzo z tego powodu szczęśliwa.

Dostaje pani nadal propozycje ciekawych ról filmowych?

Każdy aktor spotyka się z sytuacją, że gdy gra przez dłuższy czas podobne role, zaczyna dostawać tylko takie scenariusze. Oczywiście wtedy każdy tęskni do roli, która byłaby inna niż wszystkie pozostałe i marzy, żeby pojawił się nowy, całkiem oryginalny scenariusz. Chciałabym, żeby mi się to jeszcze przytrafiało.

A role w sztukach teatralnych?

Kocham teatr i cieszyłam się bardzo, ponieważ ten film bardzo przypominał mi pracę w teatrze. Już tłumaczę dlaczego. Gdy jest się związanym z jednym teatrem, to częścią pracy jest także interakcja z innymi aktorami. Każdy z nas uczy się jak pozostałe osoby grają, jak pracują, ile czasu potrzebują na przygotowanie do roli, jaką stosują metodę. W przypadku tego filmu niesamowite było to, że wszyscy się znaliśmy i wcześniej już pracowaliśmy ze sobą. A ponieważ przebywaliśmy w Indiach przez prawie dziesięć tygodni pracując nad filmem, przypominało mi to bycie teatrze. Codziennie spędzaliśmy razem czas na planie, ale także wieczory i wtedy poznawaliśmy siebie jeszcze lepiej. Mój mąż zwykł mówić, że dlatego tak dobrze mi w teatrze, ponieważ jestem wścibska. Ja po prostu lubię wiedzieć, że czyjaś babcia ma urodziny za dwa dni. Oczywiście nie wykorzystuję potem takiej informacji na potrzeby odgrywania roli, ponieważ nie jest to akurat częścią mojej postaci. No ale noszę ją w sobie...

Pracowała pani z reżyserem Johnem Maddenem już przy trzech filmach. Co sprawia, że wciąż przyjmuje pani role w jego projektach?

Oczywiście najprościej mogłabym powiedzieć, że jest wspaniałym artystą i wszyscy kochamy z nim pracować. To by było jednak zbyt proste i powierzchowne. Ale muszę przyznać, że on jest naprawdę cudownym reżyserem i chcę z nim pracować za każdym razem, gdy mam taką okazję i gdy on ma dla mnie rolę. Nawet najmniejszą. John Madden skrupulatnie odrabia swoją pracę domową i dokładnie wie, jak będzie kręcił swój film. Dzięki temu aktorzy czują się bezpiecznie. Ja ufam mu całkowicie, a dla mnie jest to najlepsze uczucie, jakim mogę obdarzyć reżysera. Poza tym John nigdy nie używa półśrodków, nie macha ręką i nie mówi, że jakoś to skleimy w montażu. Nie spocznie, póki nie nakręci satysfakcjonującego go ujęcia. I ma genialne poczucie humoru. Zresztą z natury jest wesoły - gotowy, żeby śmiać się z tobą, z ciebie, ze śmiesznej sceny, i to też jest bardzo ważne.

Po zakończeniu zdjęć do filmu “Jej wysokość Pani Brown” napisałam do niego list, w którym prawie błagałam, że jeśli kiedykolwiek będzie miał wolną rolę, nawet zamiatacza ulicy czy postaci drugoplanowej, bez żadnej kwestii do wypowiedzenia, ja przyjadę i zagram ją w każdej chwili. Najśmieszniejsze jest to, że kilka lat później John napisał do mnie, że ma rolę, która wymagałaby ode mnie dosłownie przejścia za plecami kogoś na dalszym planie. Tym filmem był “Zakochany Szekspir”. Proszę sobie nie wyobrażać, że zwykłe przejście w tle w gigantycznej sukni było proste. Ale było w filmie Johna Maddena! Wiem, że wielu aktorów nie zgodziłoby się na taką rolę. Ale ja bym wtedy straciła okazję zagrania królowej Elżbiety I. Dlatego gdy przyszła propozycja roli w “Hotelu Marigold”, zgodziłam się natychmiast.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną