Kultura

Potrzebne książki niepotrzebne

Artbooki - nie tylko dla kolekcjonerów

Fragment artbooka Radka Szlagi „Nieautoryzowana biografia Ziemniaka Ziemka”, nakład 80 sztuk + 20 w wersji kolekcjonerskiej, wydawnictwo Art Bazaar Records. Fragment artbooka Radka Szlagi „Nieautoryzowana biografia Ziemniaka Ziemka”, nakład 80 sztuk + 20 w wersji kolekcjonerskiej, wydawnictwo Art Bazaar Records. Art Bazaar Records / materiały prasowe
Wydawane w limitowanych nakładach artbooki i fotobooki w ostatnich latach stały się także w naszym kraju ważnym zjawiskiem. Tylko polscy odbiorcy przekonują się do nich bardzo powoli.
Honza Zamojski, „Jak jsem potkal dabla”, Morava Books.Honza Zamojski/Morava Books/materiały prasowe Honza Zamojski, „Jak jsem potkal dabla”, Morava Books.
Czy kupując książkę artysty, wydaną w nakładzie 20 czy 300 sztuk, można traktować ją jak inwestycję w dzieło sztuki?materiały prasowe Czy kupując książkę artysty, wydaną w nakładzie 20 czy 300 sztuk, można traktować ją jak inwestycję w dzieło sztuki?

Kłopot rozpoczyna się już na poziomie definicji, bo jednej nie ma. Autorzy i wydawcy określają je mianem artbooków, artist booków, alternatywnych narracji artystycznych, a w przypadku książek fotografów niebędących monografiami – fotobooków. Niestosowny jest podobno tylko termin „książka artystyczna”. Honza Zamojski, artysta i właściciel wydawnictwa Morava Books, gdy słyszy to określenie, zgrzyta zębami: – Książka artystyczna kojarzy mi się z jakimiś fanaberiami zrobionymi z liści czy innych niestandardowych materiałów, obiektem w jednym egzemplarzu pokazywanym na wystawie. Jeśli chodzi o materiał, książki, które wydaję, są tradycyjne. Tylko ich zawartość już nie.

Żartuje, że najlepiej byłoby je nazwać „książkami niepotrzebnymi”, bo w Polsce czytelnicy przyzwyczajeni są do tego, że książka musi być konkretna: albo powieść, albo album z reprodukcjami, a nie wypowiedź artystyczna zawarta między okładkami, często eksperymentująca z samą formą książki, niestandardowo zestawionym obrazem i tekstem, odważną, designerską szatą graficzną.

Minionej jesieni wydawcy „niepotrzebnych książek” spotkali się na dwóch imprezach: krakowskich targach publikacji niezależnych Kioosk oraz poznańskim festiwalu Rookie. Celem obydwu imprez była prezentacja najciekawszych wydawnictw. Nie tylko z Polski, bo przyjechali także doświadczeni edytorzy artbooków z zagranicy: Niemiec, które na tym polu są prężnie rozwinięte, Wielkiej Brytanii czy Grecji. Tam moda na podobne publikacje rozwija się od lat i jest ściśle powiązana z obiegiem galeryjnym. W Niemczech artbooki prezentowane są nie podczas targów książki we Frankfurcie, ale w ramach Art Berlin Contemporary. Istnieją także wyspecjalizowane w książkach artystycznych instytucje i dystrybucje, jak amerykański Printed Matter czy niemiecka Motto Distribution, która współpracuje z małymi wydawcami z całego świata. Również z Polski. Tak się składa, że rodzimych współpracowników Motto jest coraz więcej.

Nadprodukcja i kolekcjonerstwo

Gdy Morava Books wydaje swój nowy tytuł i rozsyła nakład (liczący przeciętnie od 100 do 300 sztuk) do dystrybutorów, paczka do Motto w Berlinie zawiera 30 sztuk, przesyłka do nowojorskiego Printed Matter – również kilkadziesiąt sztuk, natomiast do warszawskiego MSN – 2 sztuki, które i tak będą się sprzedawać przez kilka miesięcy. Księgarni artystycznych w Polsce jest niewiele, natomiast te tradycyjne boją się eksperymentalnych książek, bo te nie cieszą się zainteresowaniem klientów.

Na każde 30 sztuk za granicą sprzedaję jedną w Polsce. Gdybym działał tylko na polskim rynku, miałbym wrażenie, że po prostu wydaję kiepskie rzeczy i należy zamknąć interes. Tymczasem za granicą mam dobry oddźwięk – mówi Zamojski. Skąd te dysproporcje? Artysta przekonuje, że książka jest dziś bardzo tania w produkcji, zatem każdy chce być producentem kultury, podczas gdy konsumentów tejże kultury jest za mało. Na domiar złego w Polsce artbook trafia w szczelinę pomiędzy światem sztuki a literatury. Miłośników książek nie interesują artystyczne, wizualne eksperymenty, natomiast miłośnicy sztuki w Polsce nie traktują książki jako pełnoprawnego środka wyrazu.

Wciąż jesteśmy przywiązani do klasycznych publikacji papierowych: monografii, katalogu, mało kto ma świadomość, że książka może być zamkniętym i przemyślanym projektem artysty, pewną ciekawą narracją i może być także cennym obiektem kolekcjonerskim – mówi Krzysztof Masiewicz, kolekcjoner sztuki, który wraz z Piotrem Bazylko prowadzi popularny blog ArtBazaar, a także ArtBazaar Records, w którym wydaje także Artbooki. Masiewicz i Bazylko niedawno opublikowali „Nieautoryzowaną biografię Ziemniaka Ziemka” – książkę Radka Szlagi, do której dołączono kasetę magnetofonową ze słuchowiskiem Wojciecha Bąkowskiego, będącą swoistą ścieżką dźwiękową do opowieści złożonej z obrazów. Nakład standardowej edycji – 80 sztuk, ale jest także wersja kolekcjonerska – licząca zaledwie 20 egz. Od standardowej różni się ceną i tym, że każdy egzemplarz ma ręcznie rysowaną przez Szlagę okładkę oraz walkmana do odtwarzania. Różnicowanie książek artystycznych na edycję standardową, często numerowaną (choć i tak niskonakładową) oraz ekskluzywną, z dołączonym rysunkiem, ręcznie robioną okładką czy odbitką zdjęcia to nie tylko praktyka ArtBazaaru, choć to wydawnictwo jednoznacznie określa cel swoich publikacji.

Nie ukrywam, że traktujemy nasze książki jako przedmioty dla kolekcjonerów. Książka może być uzupełnieniem czyjejś kolekcji lub też ciekawym początkiem dla osób, które dopiero zaczynają zbierać sztukę, a nie stać ich jeszcze na odbitkę czy obraz – mówi Masiewicz.

Wśród znanych młodych polskich artystów poza Zamojskim, Szlagą czy Bąkowskim swój artbook wydała m.in. Joanna Rajkowska, która wraz Sebastianem Cichockim stworzyła „Psy z Üsküdar”. Książka wydana przez krakowską Fundację Sztuk Wizualnych przedstawia zdjęcia muzułmańskiego cmentarza w Stambule, zamieszkiwanego przez czworonogi, a tekst Cichockiego nie jest opisem fotografii, ale esejem odnoszącym się do prac w mniej standardowy sposób.

Swoje prace w postaci książek często wydaje Rafał Milach – jeden z najzdolniejszych i najbardziej utytułowanych fotografów młodego pokolenia, zdobywca m.in. World Press Photo i wielu innych branżowych nagród, również za swoje książki. Jego zapis podróży po Islandii „W samochodzie z R” (Czytelnia Sztuki 2011) otrzymał dwa wyróżnienia – Photography Book Now 2011 oraz wyróżnienie za najlepszy projekt książki fotograficznej na New York Photo Awards 2011.

Długą tradycję wydawania limitowanych nakładów książek, druków czy innych przedmiotów artystycznych ma krakowska Galeria Zderzak oraz warszawski Raster od lat organizujący targi taniej sztuki. Artbooki wydają także bardzo młodzi, jeszcze niepowszechnie rozpoznawalni artyści jak Monika Chlebek. W zeszłym roku Galeria Zderzak wydała jej książkę „Mrówka kryje się pod ubraniem” w niewielkim nakładzie 37 sztuk. Ale – jak twierdzi Krzysztof Masiewicz – nawet te bardzo niskie nakłady w Polsce nie są zachętą dla kupujących.

Czy kupując książkę artysty, wydaną w nakładzie 20 czy 300 sztuk, można traktować ją jak inwestycję w dzieło sztuki? Krzysztof Masiewicz nie ma złudzeń: nigdy nie będzie to aż taka inwestycja jak malarstwo.

Oczywiście za ileś lat książka uznanego artysty kupiona dziś za 100 zł będzie warta o wiele więcej, ale na pewno nie będą to dziesiątki tysięcy czy setki tysięcy złotych. Chodzi raczej o coś innego – chęć posiadania unikatowego, wyjątkowego przedmiotu. A autorska książka w naszych cyfrowych czasach tym właśnie jest.

Wprawdzie różnica w cenie między obrazem, odbitką fotograficzną a artbookiem jest zasadnicza, ale zdarzają się wyjątki. Pierwsza edycja fotobooka „The Americans” Roberta Franka, której 1000 sztuk wydano w 1959 r., jest dziś w USA niezwykle trudno dostępnym rarytasem.

Gdzie jest nasza klasa średnia?

W Europie Zachodniej, USA i Japonii artbooki i fotobooki kupuje młoda klasa średnia, wykształceni ludzie, zainteresowani sztuką czy designem. U nas ci młodzi i zainteresowani sztuką nie zarabiają tyle, by uznać książkę za rzecz pierwszej potrzeby. Ceny artbooków w Polsce to średnio 40–100 zł. Wprawdzie są edycje kosztujące nawet kilkaset złotych, ale to nie one przeważają. Na Zachodzie te ceny wyglądają inaczej.

Gdy w Niemczech dystrybutorzy widzą moje książki, które sprzedaję w Polsce po 40 zł, mówią, że u nich rzeczy wydawane w takim standardzie kosztują 2030 euro. I w takich cenach chcą je sprzedawać. Inaczej im się to nie opłaca – mówi Honza Zamojski. Dodaje, że w Polsce, jak i na Zachodzie mieliśmy zupełnie inne tradycje drugiego obiegu wydawniczego: u nas był on przede wszystkim polityczny i zostawało w nim niewiele miejsca dla artystów. Stąd Polacy do tego typu publikacji nie mieli się kiedy przyzwyczaić. W Niemczech czy USA artbooki są także w polu zainteresowania galerii czy muzeów sztuki. Z jednej strony muzea kupują limitowane edycje do swoich kolekcji – z drugiej, często dają zlecenia małym wydawcom na stworzenie artbooka artysty, którego reprezentują bądź wystawiają, ponieważ tradycyjna prezentacja prac w katalogu jest w odwrocie. A dodatkowo wydawnictwa mają dobre kanały dystrybucyjne, więc zleceniodawca nie musi przejmować się sprzedażą. W Polsce instytucje na takie ekstraordynaryjne publikacje nie mają środków. Ale nawet wśród książek artystów zdarzają się „bestsellery”, jak wydana w 300 egz. książka fotograficzna Kuby Dąbrowskiego „Sweet Little Lies”, której cały nakład został sprzedany w trakcie dwóch spotkań autorskich.

Warto pamiętać, że pośród artbooków w Polsce największy boom zapanował właśnie na książki fotograficzne. Regularnie publikuje je kilka wydawnictw i instytucji: Sputnik Photos, Archeologia Fotografii czy Fundacja Sztuk Wizualnych organizująca Miesiąc Fotografii w Krakowie.

Tych książek drukuje się tak wiele z dwóch powodów: można na nie zdobyć pieniądze ze stypendiów artystycznych, a po drugie, fotografia wciąż sprzedaje się kiepsko na polskim rynku sztuki, więc autor woli skoncentrować się na publikacji – mówi Wojciech Wilczyk, znany fotograf dokumentalista, często piszący także o fotografii. Ostatnio dzięki stypendium Młoda Polska ukazał się m.in. „Brutal” Michała Łuczaka – fotograficzny esej o zburzonym modernistycznym dworcu w Katowicach, ale także o jego otoczeniu i napotkanych ludziach.

Podczas gdy w polskiej prasie nie ma miejsca ani pieniędzy na dobry fotoreportaż, książka staje się właściwie jedynym sposobem dla autora na papierową publikację. Stanowi także ciekawe przedłużenie jego działalności wystawienniczej. W ten sposób działa m.in. Fundacja Sztuk Wizualnych, która w ramach Miesiąca Fotografii i specjalnej sekcji Show OFF prezentuje wystawy młodych twórców, a następnie wydaje ich prace w postaci sygnowanych książek. Jeśli więc nie trafiliśmy na wystawę, która ma swoje ograniczenia czasowe – możemy odkryć młodego twórcę dzięki papierowej publikacji.

Wojciech Wilczyk podkreśla jednak, że największym problemem (oprócz dystrybucji) książek fotograficznych, jest ich znikoma recepcja. – W mainstreamowych mediach nawet najgłupszy polski film jest recenzowany, natomiast ważne książki fotograficzne o Polsce znikają z horyzontu mediów, liczą się tylko wystawy – mówi Wilczyk.

Co zatem począć z książkami, których nikt nie chce omawiać, trudno je sprzedać, a zainteresowanym sztuką czytelnikom trudno zdobyć, bo nie ma ich w księgarniach? Zamojski przewiduje dla swojego wydawnictwa czarny scenariusz: w ogóle zrezygnuje z dystrybucji swoich książek w Polsce (ostatnio wydaje także po angielsku) i będzie sprzedawał je jedynie na rynku zachodnim. Jak twierdzi, jeśli ktoś chce wydawać artbooki, robi to dobrze i publikuje regularnie, to nawiązanie współpracy z zachodnimi dystrybutorami w przypadku takich publikacji jest łatwiejsze niż z polskimi księgarniami.

Krzysztof Masiewicz z kolei jest przekonany, że kiedyś, podobnie jak w Niemczech czy USA, również i w Polsce wytworzy się moda na artbooki: nie tylko na ich publikowanie, ale i kupowanie. Być może imprezy takie jak Rookie czy Kioosk są szansą na dotarcie do nowych czytelników. Bo żeby kupić tak „niepotrzebną” rzecz, najpierw warto ją zobaczyć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną