Kultura

Piosenki na papierze

Teksty piosenek - do słuchania i do czytania

Fisz: Gdyby wojny toczyć na słowa,/ byliby zwycięzcy, ale nie byłoby ofiar./ Fisz: Gdyby wojny toczyć na słowa,/ byliby zwycięzcy, ale nie byłoby ofiar./ Michał Szlaga / Reporter
Czy piosenki o wartościach literackich spotykamy wyłącznie w nurcie nazywanym poezją śpiewaną? O tym, że jest inaczej, świadczą wydane właśnie tomiki z tekstami Lecha Janerki, Krzysztofa Grabaża Grabowskiego i Bartka Fisza Waglewskiego.
Janerka: Ból targa mym trzewiem/ I nic dalej nie wiem/ Ból targa, ból targa/ Ból targa, ból targaBogdan Krężel/Przekrój/Visavis.pl/Forum Janerka: Ból targa mym trzewiem/ I nic dalej nie wiem/ Ból targa, ból targa/ Ból targa, ból targa

W posłowiu do zbioru tekstów Grabaża „Na skrzyżowaniu słów” uczony piosenkoznawca Krzysztof Gajda pisze, iż słowa słuchane na koncercie „są u swego zarania czym innym niż słowa pisane po to, by czytelnik obcował z nimi, chłonąc litery z zadrukowanego papieru”. Niby prawda, a jednak zainicjowana niedawno przez wrocławską oficynę Biuro Literackie seria „Piosenki na papierze” wyraźnie koliduje z takim stawianiem sprawy i nie da się powiedzieć, by wydawca jakoś tu ryzykował. Otóż to – swoistą próbą wartości piosenki może być właśnie „test papieru”. Gdy słowa, których wcześniej słuchaliśmy, dają się czytać i ich lektura sprawia satysfakcję, mamy wówczas do czynienia z dziełem wartościowym, które równie dobrze może funkcjonować z muzyką, jak i bez niej. Skrajnie różne sytuacje odbioru (cisza lektury i głośny koncert) nie wpływają na artystyczną wartość tekstu i sprawdza się wtedy teza, wedle której ważne jest nie tylko jak, ale i o czym się śpiewa.

Weźmy na przykład trochę chyba zapomniany dziś utwór Lecha Janerki „LA” z taką oto pierwszą zwrotką: „Dokładnie to nie wiem, jak jest/I za co będą bić w tym roku/Bo chociaż zabawnie jest żyć/Coś złego czai się w półmroku/Ni to zjawa, ni obstawa/Jakaś presja nieciekawa gra”. Piosenka ukazała się na płycie „Ur” z 1991 r. Początki transformacji, nikt nie wiedział, jak dalej potoczy się zbiorowy los Polaków, ale widzieliśmy wszyscy, że triumfom młodego kapitalizmu towarzyszyła eksplozja zorganizowanej gangsterki, recydywa skrajnej prawicy nie tylko w subkulturowym skinowskim kostiumie oraz postępujący zanik społecznej wrażliwości ze strony bogatych wobec dramatycznie rosnących obszarów biedy.

Piosenka „LA” dużo i trafnie mówi o ówczesnych lękach, mentalnych niepokojach, które zatruwały polskie głowy, zarówno te mniej skomplikowane, jak i te inteligenckie. Urodzony w 1953 r. Janerka nie jest jednak tekściarzem-publicystą, jakim bywa (w pozytywnym sensie tego terminu) choćby Kazik Staszewski. Jako autor śpiewanych przez siebie tekstów Janerka zwraca uwagę nie tylko na znaczenie słów, ale też na ich brzmienie: „Ból targa mym trzewiem/I nic dalej nie wiem/Ból targa, ból targa/Ból targa, ból targa” („Bultarga”) albo: „W naturze mamy ciągły ruch/I z larwy/Z larwy/Z larwy do gwiazd” („W naturze mamy ciągły ruch”).

Można przy tej okazji zadać pytanie, czy taka zabawa formą dźwiękową jest dowodem literackości tekstu, czy przeciwnie – jej zaprzeczeniem? Najpewniej jest jednak jeszcze inaczej – Lech Janerka dopracował się w tworzeniu tekstów piosenek własnego, niepowtarzalnego stylu, którym posługuje się tak samo sprawnie w utworach o uczuciach, jak i w refleksjach quasi-filozoficznych. Zdarza się, że ów styl staje się tak osobisty, że zbliża się do granic idiolektu (w takich choćby słowach jak „figurole”, „absolulu” czy wspomniana wyżej „bultarga”). Niewykluczone, że mamy tu do czynienia z przypadkiem całkowicie intuicyjnego dotarcia do optymalnej formy literackiej, która jednocześnie tradycyjnie pojmowanej literackości zaprzecza.

Nieco inne strategie artystyczne patronują twórczości młodszego od Janerki o ponad dekadę Grabaża. Śpiewający lider Strachów na Lachy wykazuje o wiele większe przywiązanie do konwencji, co bynajmniej nie znaczy, że brakuje mu oryginalności. Słusznie uchodzi on za jednego z najciekawszych autorów piosenek nie tylko w swoim pokoleniu. Czytając teksty Grabaża ze zbioru „Na skrzyżowaniu dróg”, można odnieść wrażenie, że pisze swobodnie i odkrywczo na dowolny temat – czy to o miłości czy polityce, religii czy o młodych konsumentach rozrywki.

Grabaż zdaje sobie sprawę, że jest sukcesorem mitu Jarocina i był jednym z tych, którzy z wypiekami słuchali koncertującego tam Lecha Janerki. Świadomość taka przydaje się do budowania tożsamości, ale z drugiej strony potrafi zniewalać. W swoiście rozliczeniowym tekście „Styropian” Grabaż wyznaje: „Jestem pojebany punkowiec, cwaniak mentalny/Szyderca i głupawiec, ściemniacz seksualny/Moja silna wola – pierwsza lepsza kurew – puszcza się i łajdaczy/Kiedyś teksty ostre, kiedyś TO było TAK, a teraz tak TEGO NIE/Otrzepałem się ze styropianu i… pewnie to już będzie koniec/Aha…/Dalej kocham Clash, ciągle lubię Ramones”.

Zawarty w tym wyznaniu wątek pozbywania się złudzeń jako formy dojrzewania jest, jak wiele wskazuje, doświadczeniem wspólnym całego tak zwanego pokolenia Jarocina – dawniej wygłaszaliśmy manifesty, ale teraz jesteśmy prywatni i mało skłonni do uniesień. Rock dalej jest naszym identyfikatorem, tyle że bardziej indywidualnym niż zbiorowym. Swoją drogą ciekawe, że ani Lech Janerka, ani Grabaż, choć uważa się ich za wzorcowych „poetów rocka”, nie piszą typowych tekstów rockowych, choćby takich jak Muńka Staszczyka, autora skądinąd wybitnego (vide: ostatnia płyta T. Love). Mało w tych tekstach haseł, krzyku, skandalu, więcej za to, no właśnie – chyba poezji…

Ciekawie na tym tle wypada twórczość Fisza, najmłodszego z autorów serii Biura Literackiego. Urodzony w 1978 r. artysta kojarzony jest zwykle z hip-hopem, aczkolwiek trudno uznać go za typowego reprezentanta tego nurtu, zarówno jeśli idzie o muzykę, jak i teksty. Owszem, Fisz posługuje się niekiedy charakterystyczną raperską frazą, która jest dziś odpowiednikiem dawnej oralnej poezji rapsodycznej, ale w jego tekstach kolokwializmy ustępują na rzecz odniesień do kultury (głównie popularnej), a zamiast często stosowanych w hip-hopie powtórzeń, mamy całkiem finezyjną metaforykę:

„Gdyby wojny toczyć na słowa,/byliby zwycięzcy, ale nie byłoby ofiar./Trzy, dwa, jeden – pal!/Ten pocisk ma miłość jak T. Love./Wygrani toną w powodzi braw,/przegrani w gwizdach./Lecą kartki w kalendarzu w tempie allegro./Brzuch, co rósł, spuchł jak kokos,/a mięśnie mi więdną./Pisane mikrofonem wersy/podniesione z chodnika –/to nie piracki materiał,/tylko legalny towar/na laserowych płytach./Od potu błyszczy się jak rosa./Tnę jak kosa,/bombarduję jak Mosad./Niezniszczalny jak MacGyver,/młody gniewny jak Michelle Pfeiffer,/co serce ma dzikie jak Lynch,/a nie miękkie jak harlequin” („Goryl”).

Książka Fisza „Warszafka płonie” zgodnie z tytułem jest antyszpanerska i autorsko osobna. Trudno w tym przypadku mówić o jakimkolwiek głosie pokolenia, chociaż wyobraźnia autora podsuwa rozpoznawalne tropy: tytuły filmów, nazwy modnych miejsc, nazwiska telewizyjnych gwiazd i wszystko to składa się na świat potocznego doświadczenia żyjących dziś w Polsce trzydziestolatków. Charakterystyczne, że nie znajdziemy w tych tekstach ani śladu predylekcji do rewolucyjnej zmiany czy chęci nawracania innych, co przecież pojawia się w hip-hopie całkiem często. Ale tego samego nie znajdziemy też i u Janerki, i u Grabaża.

Należy więc mówić o szczególnej specyfice tej twórczości, nie zaś o jej jakkolwiek rozumianej typowości. Jest wszelako coś jeszcze, co wydaje się łączyć teksty całej trójki tak różnych przecież autorów. Można by to nazwać piętnem epoki albo refleksem ducha czasu. U każdego znajdziemy zatem indywidualizm zamiast wspólnotowości, krytycyzm zamiast ideologii, sceptycyzm zamiast entuzjazmu.

To samo, choć może jeszcze ostrzej, wyrażone zostało w tekstach Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego, napisanych na płytę zespołu Dr Misio „Młodzi”. Autorzy są zawodowymi pisarzami, więc kusi, żeby tropić w tekstach śpiewanych przez Arka Jakubika ukryte szablony konwencji i pokłady jakiejś gry z taką czy inną estetyką i poetyką. Tymczasem – nic z tych rzeczy. Arek Jakubik śpiewa jak urodzony rockman i ktoś, kto by go nie znał, nie uwierzyłby, że jest aktorem.

Natomiast dziesięć tekstów Vargi i trzy Świetlickiego, składających się na tę płytę, to jak najbardziej literatura, tyle że zupełnie pozbawiona artystowskiej pozy. Wrażenie autentyzmu jest dojmujące. W tytułowym tekście płyty (autorstwa Krzysztofa Vargi) słyszymy „Przyjaciele z młodości odchodzą/przychodzą kobiety i tak to się kręci/coraz wolniejsze chwile uniesień/trzeba za nie płacić możesz to stracić/kiedy byliśmy młodzi/czas stał w miejscu/kiedy byliśmy młodzi/nikt nie umierał i nikt się nie rodził/teraz się już tylko boimy choroby, zdrady, debetu na koncie/najbardziej zaś boimy się strachu/strachu przychodzącego nocą (…)”.

Mroczne klimaty, motywy śmierci, umierania i zabijania przywołują na myśl słynne pieśni Nicka Cave’a, które, nawiasem mówiąc, również tak samo dobrze się czyta, jak odbiera w postaci śpiewanej. Ale jednocześnie piosenki Vargi i Świetlickiego nasycone są społecznym konkretem, co powoduje, że są „nasze”, korespondują z naszym dzisiejszym polskim doświadczeniem. Być może „śmierć w Tesco” mogłaby się zdarzyć gdziekolwiek w zglobalizowanym świecie, ale słysząc ten tekst, wyobrażamy sobie doskonale znaną scenografię. Literackość tych piosenek nie zaprzecza ich autentyzmowi, jest bardziej wehikułem emocji niż poetyckim popisem. Ale chłonie się to z masochistyczną rozkoszą i niekoniecznie dlatego, że finezyjnie napisane. Nie ma tu zbędnej ornamentyki, tylko teksty in crudo, co notabene znamy z ballad Świetlickiego, które melorecytuje ze swoim bandem Świetliki.

Wartość tych tekstów bierze się stąd, że całkowicie ignorują schemat tekstu piosenki jako gatunku: obywają się bez szlagwortu, rymu i wszelakiej minoderii, która ma kupić odbiorcę. W efekcie mamy do czynienia z zupełnie nową jakością, w której piosenka ciekawie krzyżuje się z literaturą. Kto wie, może omawiane tu przykłady twórczości piosenkowej doczekają się kontynuacji, która będzie skuteczną przeciwwagą dla waty i nieporadności słownej tak wielu popularnych przebojów.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną