Kultura

Trzeba było przypakować

Zbigniew Wodecki o dawnych festiwalach w Opolu

Zbigniew Wodecki – wokalista, multiinstrumentalista, kompozytor. Zbigniew Wodecki – wokalista, multiinstrumentalista, kompozytor. Krzysztof Kuczyk / Forum
Rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim o dawnych festiwalach w Opolu, różnicy między koncertem a występem i pożegnaniu z wyuczonym sztywniactwem.
Zbigniew Wodecki i Zenon Laskowik śpiewają razem „Pszczółkę Maję”.Archiwum prywatne Zbigniewa Wodeckiego/Materiały prywatne Zbigniew Wodecki i Zenon Laskowik śpiewają razem „Pszczółkę Maję”.
Opole - najpopularniejszy polski festiwal piosenki - wystartował w 1963 roku.Okoński/PAP Opole - najpopularniejszy polski festiwal piosenki - wystartował w 1963 roku.

[Wywiad ukazał się w POLITYCE w czerwcu 2013 roku.]

Bartek Chaciński: – Chciałem porozmawiać z panem o Opolu przed festiwalem, zaglądam w terminarz koncertów, a pan tam grał ledwie trzy tygodnie temu!
Zbigniew Wodecki: – Zorganizowali mi koncert na miesiąc przed festiwalem i to na koniec długiego weekendu, bałem się, że będę sam w amfiteatrze. Ale przyszło parę osób. W mieście poza festiwalem działa w tej chwili osobna komórka, Muzeum Polskiej Piosenki. To była ich inicjatywa. No i pojechałem – trzeba było zarobić parę groszy, żeby było na ubranie na festiwal. Bo to jest festiwal jubileuszowy, zatem galowy – czyli trzeba się porządnie ubrać.

Zaśpiewa pan „Zacznij od Bacha”?
Chciałem zaśpiewać „Teatr uczy nas żyć”, piosenkę o czymś. Ale ponieważ to jubileuszowa edycja, tym większe jest parcie na piosenki, które ludzie już znają. Będzie „Bach”. Zawsze powtarzam młodym ludziom, że jeśli chcą zrobić karierę, muszą się na początku tejże związać z jakimś porządnym nazwiskiem. Mnie się udało. Bo może nie wszyscy wiedzą, jaki to był zdolny facet ten Bach?

Przy okazji zaklepał sobie pan miejsce na początku koncertu – chyba nie można skończyć, śpiewając „Zacznij od Bacha”?
Ale mam jeszcze do dyspozycji przeciwwagę – „Pszczółkę Maję”. I tym z kolei muszę zawsze kończyć. Zresztą dlatego jestem wdzięczny „Pszczole” – bo zazwyczaj ten, kto koncert kończy, zbiera największe owacje.

Skończyć musi się chyba i fenomen „Pszczółki Mai”, idą nowe pokolenia...
Wygląda na to, że w różnych nowych stacjach powtarzają ten serial. W ogóle ze zdziwieniem odkryłem ostatnio fenomen tak zwanych przebojów. To piosenki, które powodują, że ludzie się wzruszają i wracają do wspomnień z domu. Jakieś 10 lat temu opalałem się w Australii, gdy nagle słyszę mężczyznę, który do swojego dziecka mówi po polsku. Podniosłem się i założyłem okulary, żeby zobaczyć, co to za gość. Wtedy on mnie poznał, wziął to dziecko za rękę, podszedł do mnie i mówi: „Popatrz, Jasiu, to jest pszczółka Maja”. I się rozpłakał. Dlatego „Pszczółkę” zacząłem traktować poważnie.

W 1972 r. wyjechał pan z Opola z nagrodą za debiut, potem był cały szereg kolejnych. Więc festiwal chyba też traktuje pan poważnie?
Paradoksalnie ani „Izolda”, ani „Bach” – czyli dwa najbardziej popularne moje numery – nie były wykonane w Opolu. Przynajmniej nie w konkursie. Wygrywałem, ale zupełnie innymi piosenkami: „Wspomnienie tych dni” z Krystyną Prońko i potem „Sobą być”, dużym bigbandowym utworem, który się podobał na miejscu, ale nie zaistniał, bo to nie był przebój.

Oczywiście zawsze chciałem wygrać, ba, musiałem, bo wstyd – taki niby z Krakowa, skrzypek, Piwnica pod Baranami, Anawa i tak dalej. Ale miałem dylemat – co napisać, żeby cały amfiteatr się bujał i żeby to się stało przebojem. A tu rządzą prawa festiwali – przebój ma być prosty, żeby – jak powiedział Grechuta – wszystkie dzieci tupały nóżką na drugi dzień. Poza tym, jeśli w konkursie było 20 piosenek ze świetnym aranżem bigbandowym, to jak pan napisał z samym fortepianem albo gitarą, to na bank było pierwsze miejsce. I odwrotnie – jak wszyscy nudzili i lecieli nawiedzeni z gitarą, a ktoś aranżem przypakował, to wygrywał.

W książce Wacława Krupińskiego na pytanie o festiwale opolskie odpowiada pan: „różnie bywało”. Czemu tak chłodno?
Różnie bywało. Ale to do mnie doszło dopiero, gdy zobaczyłem nagrania archiwalne z Opola. Słońce świeciło, myśmy się świetnie wtedy bawili, wszyscy się ze sobą ściskali w tym Pająku (restauracji opolskiej – przyp. red.). Niebiesko-Czarni z Różowo-Niebieskimi i jedna orkiestra z drugą, wódka lała się strumieniami, po każdym koncercie była balanga do rana. Po latach, niestety, zobaczyłem, że to wcale nie było takie kolorowe, jak nam się teraz wydaje. Często nie było ani tak czysto, ani tak pięknie, ani tak dobrze. Tylko ludzie ze sobą byli po prostu bliżej.

Pierwszy raz przyjechał pan do Opola z zespołem Anawa?
Tak, prosto ze Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Graliśmy z Markiem Grechutą „Serce” i byliśmy przekonani, że na drugi dzień będzie nas znała cała Polska. Ale wielka kariera Grechuty dopiero się zaczynała. Później, z solową piosenką trafiłem do Opola przypadkiem. Andrzej Wasylewski, któremu nagrywałem muzykę do „Wieczoru bez gwiazdy” i usłyszał w restauracji, jak śpiewam „Everybody Loves Sombody”, zaproponował, że mnie ściągnie jako solistę do programu TV. Andrzej Stankiewicz w radiowej Jedynce zobaczył ten program. A w nim smutasa z Krakowa w ciemnych okularach z plerezą, który gra na trąbce, fortepianie, na skrzypcach i jeszcze śpiewa. Zaprosił mnie, przyjechałem i zaśpiewałem piosenkę „Znajdziesz mnie znowu”, którą napisali Piotr Figiel i Wojciech Mann. Prosty numer, z którym nie czułem się najpierw za dobrze, ale jak zaczęły to śpiewać wycieczki i ludzie mylili mnie z Andrzejem Dąbrowskim, to już było coś.

Poszedł pan w rozrywkę. Dlaczego?
To mi imponowało, to był szpan. Ta pierwsza piosenka była wtedy „przebojem Bazaru Różyckiego”, jak pisali w tamtych czasach. Później na debiuty opolskie dostałem też napisaną piosenkę. Miałem swoje, np. „Balladę o Jasiu i Małgosi”, ale to się nie nadawało na festiwal. I wygrałem utworem „Tak to ty”. No i potem wszystkie moje najlepsze numery nie pojawiały się w konkursie – ani „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, ani „Z tobą chcę oglądać świat”. Co nie zmienia faktu, że z tamtych czasów po Opolu zostawały rzeczywiście dwa, trzy numery, które cała Polska śpiewała przez lata.

Jest pan chyba jedyną osobą, która w tym roku zaśpiewa i w Opolu, i na katowickim OFF Festivalu, imprezie o alternatywno-rockowym charakterze. Skorzystał pan z zaproszenia kierowanej przez Macia Morettiego grupy Mitch&Mitch. Co pana podkusiło?
Niech pan raczej zapyta, co ich podkusiło, żeby mnie zaprosić. W każdym razie, kiedy posłuchałem na nowo tej mojej pierwszej solowej płyty sprzed lat, na którą oni mi zwrócili uwagę, to uwierzyłem, proszę pana, w sens życia. Bo okazało się, że 40 lat temu napisałem fajne numery. Solówki, pomysły aranżacyjne. Ja byłem zupełnie kimś innym od tamtego czasu. A pamiętam, jak bardzo ceniłem współpracę z orkiestrami z tamtych czasów. Gdy napisałem pierwszy utwór, „Zacznij od Bacha”, to odpadłem, słysząc aranż, kiedy Andrzej Trzaskowski w Studiu S-1 poprowadził Orkiestrę Rozrywkową Polskiego Radia. Nie wiedziałem, że to tak dobrze będzie brzmiało.

Ukazują się dziś wznowienia świetnych płyt Ptaszyna Wróblewskiego czy Miliana z orkiestrami rozrywkowymi. A pana płytowy debiut, który chcecie zagrać od nowa z Morettim, nie doczekał się nowej edycji.
Zabrakło menedżerów, poza tym cały czas jestem w biegu...

Stawiał pan na koncerty?
Występy.

A jaka jest różnica?
To stare powiedzenie i nie moje. Kiedyś grało się tak zwane glejtówki, trzy, cztery dziennie – jazda autobusem, hotel, domy kultury, kilka miast. I załapałem się na nie w towarzystwie nazwisk pierwszej wody: piosenkarze, aktorzy. Była też solistka z operetki, której wszystko przeszkadzało: hotel zimny, niedobre śniadanie, wieje z okna, autobus niedogrzany, no i dlaczego jeszcze tyle kilometrów? Ciągle nudziła. Pewnego razu organizator wstaje i mówi: „Proszę państwa, zapiszcie terminy, 15 kwietnia jedziemy tu, 16 tam, 17...”. Na co ona: „17 nie mogę, bo mam koncert”. A on się odwraca: „Koncert to miał Paderewski, ty masz chałturę”. Oczywiście znaczenie tego słowa się zmieniło, ale ja jestem jeszcze przyzwyczajony do tego, że koncerty to ja grywałem jako skrzypek w orkiestrze.

To co zrobi pan na OFF Festivalu z tym starym repertuarem?
Ja oszalałem. Nauczony od dziecka, żeby stać na scenie i wykonać perfekcyjnie szesnasty kaprys Paganiniego – dlatego byłem taki sztywny przez całe życie – nagle spotkałem ludzi, którzy zaprosili mnie do grania w radiowej Trójce. Wydali mi się dziwni, ale umieli grać. I zobaczyłem, co Maciek robi z tymi ludźmi na scenie – to zupełnie inny świat. On wyławia podczas gry wszystkie momenty show muzycznego. Wie, kiedy Mick Jagger klęknąłby na kolano i wywołał szał na widowni. Bo nie chodzi przecież o przeżycie artystyczne, tylko socjalne. I ten gość ma taką umiejętność, że on powinien dostać za to...

Paszport POLITYKI już dostał.
To wiem. Ale powinien dostać jeszcze coś od branży. Ja całe życie się uczyłem, żeby było czysto, żeby było ładnie. Tymczasem tu nie o to chodzi! Chodzi o to, żeby nie tyle grać, co być razem z ludźmi. „Aleście świetny koncert zrobili” – słyszę po tym radiowym występie. I doszło do mnie, że ja nic nie zrobiłem, bo ja tylko śpiewałem melodie, które kiedyś napisałem.

Może napisał pan dobre utwory?
Ależ Maciek ze wszystkiego zrobi show, nawet z „Wlazł kotek na płotek”. I ja będę to z przyjemnością oglądał. Bo wspaniałe w tym jest to, że nie czuje się mozołu. A nawet u jazzmanów go zwykle słychać.

W Opolu też czasem słychać. Tam z kolei po latach musiał się pojawić jakiś schemat, rytuał...
Na pewno wszyscy tam jadą po to, żeby odnieść sukces, być w telewizji. Ale ta formuła festiwalowa trochę się przeżyła. Kiedyś nie było tylu rozgłośni, takiej konkurencji, komercji. Za to było więcej czasu. Każdy artysta mógł zaśpiewać choćby i siedmiominutowy utwór. Teraz nie ma mowy, żeby było dłużej niż cztery minuty, bo się reklamy nie zmieszczą, więc tym bardziej trzeba się nastawić na popis, przypakować. Dlatego wszystko trwa tak krótko i tyle osób przepada w tych „Must Be The Music”, „Idolach”, „Drogach do gwiazd”. Gwiazdy tych programów często umierają razem z formatem. A szkoda.

Romansował pan z TVN jako juror „Tańca z gwiazdami”. I nie ma pan teraz problemów, gdy przychodzi grać w Opolu pod szyldem TVP?
Ja się tą telewizyjną konkurencją w ogóle nie interesuję. Gram kilkanaście koncertów w miesiącu od 40 lat. Niczego nie nagrywam, bo uznałem, że już swoje nagrałem, poza tym jest tyle rewelacyjnej muzyki, której jeszcze ludzie nie odkryli.

Czego pan słucha po drodze z koncertu na koncert?
Lubię słuchać polityków, jak się kłócą. Jest siedmiu gości, każdy mówi o czym innym, ma inne zdanie i każdy ma rację. Lubię słuchać, jak ludzie się elokwentnie wypowiadają – inna sprawa, czy z tej ich elokwencji coś wynika. Bo na to system nie daje szans. Żeby coś z tego wynikło, musielibyśmy mieć monarchię absolutną. Demokracja – im bardziej na Wschód – jest utopijnym systemem.

To mi przypomina słowa Kazika Staszewskiego, który też postulował monarchię.
Może słyszał, jak kiedyś o tym opowiadałem. Ja jestem wychowany w systemie, gdzie jest jeden wódz. Przychodzi jeden dyrygent i on rządzi wszystkimi artystami, którzy mają dyplomy – cztery flety, dwa oboje, cztery waltornie, puzony, trąbki, smyczki – i trzeba słuchać jednego człowieka, nie ma mowy o żadnej solidarności.

Nie słucha pan po prostu muzyki?
Nie lubię muzyki w radiu, bo jak jest świetna, to mnie trafia szlag, że nie ja to napisałem, a jak jest marna, to szlag trafia, że oni to puszczają. W ogóle mamy problem z mediami. Przykro mi się robi i śmiać mi się chce jednocześnie, gdy dzwoni do mnie mój kolega Mirek Wiśniewski, który gra u mnie w zespole na basie, i mówi: „Włącz telewizor, bo o w pół do pierwszej w nocy Ruski gra koncert Brahmsa!”. Włączam i widzę przepiękną salę, chyba w Londynie, normalnych ludzi, młodych, dobrze ubranych, nabitą salę, a orkiestra gra tak jak jeden. I stoi młody, 28-letni rosyjski skrzypek i wycina tego Brahmsa, a że znam każdą nutę w tym koncercie, to wiem, ile lat potrzeba, żeby tak grać. I myślę: rany boskie, to jest inny świat, ile nam po tej rewolucji zwiało kultury! O meczu rozmawiamy, o piłce, zamiast o muzyce. Za Lewandowskiego gotowi są zapłacić 28 mln euro, to może za transfer pierwszego skrzypka z NOSPR do Filharmonii Szczecińskiej powinni dać chociaż 28 tysięcy? Jest taki dowcip, że teraz altowioliście, jak idzie na emeryturę, zostawiają smyczek.

Po co?
Żeby miał czym grzebać w śmietniku.

Da się jakoś tego uniknąć?
Przede wszystkim należałoby zlikwidować prymat słupków oglądalności. Kiedyś nie patrzyło się na słupki i wie pan, jaki kiedyś był największy sponsor sztuki? PRL, dużymi literami. Nie było geszefciarstwa, nikt nie mówił o misji, tylko się puszczało dobre rzeczy. Pamięta pan jeszcze, że Konkurs Chopinowski był transmitowany? Konkurs Wieniawskiego z Poznania. Jazz Jamboree było w telewizji, muzyka współczesna, Warszawska Jesień w prime time! A teraz każdy, kto by poszedł na szefa telewizji i zarabiał powiedzmy 25 tys. miesięcznie plus premię za oglądalność – nawet pan czy ja – też by się starał, żeby na takim koncercie było jak najwięcej jaj, a niekoniecznie o to, żeby on był dobry. To tak działa.

Ale to stare spojrzenie na kulturę wraca, tyle że przy takich okazjach jak renesans popularności Anny German.
Bo w nas ciągle tkwi ta nostalgia. German była w porządku, ale nagrywała za dużo, zostawiła po sobie również parę piosenek, które moim zdaniem były niepotrzebne. Ale ogólnie to stare podejście do piosenki przetrwa. Nie tak jak to wszystko, co jest tylko biznesową nadbudową – co jest na laserze, na prądzie. Wyłączy pan jeden guzik – i dupa, nie ma artysty. Potem się okazuje, że śpiewać nie umie, bo mu tego maszyna nie wyprostowała, tańczyć też nie, może się tylko rozebrać. Tak jak parę piosenkarek, które są ładnymi laskami, tylko nie wiadomo, po co śpiewają.

To samo można powiedzieć o aktorach masowo próbujących zrobić karierę jako wokaliści.
To jest coś, co mnie trochę wkurza. Załóżmy, że żyje w naszych czasach Paganini. I jest premiera filmu o Paganinim, a gra go świetny aktor. Ale tylko nauczył się udawać, że gra. I Paganini przychodzi na premierę – olbrzymi sukces, Oscar dla aktora, który gra jego rolę, i wszyscy podbiegają do aktora, a Paganini czeka, aż tamten skończy, żeby go wzięli na kolację. Takie czasy.

rozmawiał Bartek Chaciński

 

Zbigniew Wodecki (ur. w 1950 r.) – wokalista, multiinstrumentalista, kompozytor. Grał jako skrzypek w zespole Ewy Demarczyk, w grupie Anawa, ale też w Orkiestrze Symfonicznej PRiTV i Krakowskiej Orkiestrze Kameralnej. Jako wokalista zadebiutował w Opolu w 1972 r., cztery lata później wydał pierwszy album „Zbigniew Wodecki”, do którego w sierpniu powróci w specjalnym programie z grupą Mitch&Mitch. Wcześniej zaśpiewa na 50 edycji Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.

***

Historia opolskiego festiwalu w 9 krokach

1963 – pierwsza edycja Festiwalu z udziałem ponad stu artystów, nagrody otrzymują m.in. Agnieszka Osiecka, Ewa Demarczyk i kompozytor piosenek tej ostatniej – Zygmunt Konieczny.

1968 – debiutuje Maryla Rodowicz, nagrody dzielą między siebie Czerwone Gitary („Takie ładne oczy”), Trubadurzy („Przyjedź mamo na przysięgę”) i Skaldowie („Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”).

1972 – trudny werdykt – nagrodę MKiS otrzymują ex aequo Tadeusz Woźniak („Zegarmistrz światła”) i Bogusław Mec („Jej portret”).

1978 – Maryla Rodowicz w koncercie „Mikrofon i ekran” śpiewa „Remedium”, pojawia się zespół Bajm z owacyjnie przyjętą piosenką „Piechotą do lata” (II miejsce w koncercie debiutów).

1984 – w opinii jurorów przebojem festiwalu jest „Jaka róża, taki cierń” Edyty Geppert, ale publiczność chce Kombi – bisują dwukrotnie ze „Słodkiego miłego życia”.

1996 – gigantyczny telebim i unowocześniona transmisja na 15 kamer. Wszystko po to, by zespół Varius Manx z hukiem zaprezentował „Orła cień”.

1998 – wyremontowany po powodzi amfiteatr wita koncert na 35-lecie. Plebiscyt O!Polskie Piosenki wyłonił 35 z 200 opolskich przebojów, a De Mono zaśpiewali „Kochać inaczej”.

2001 – pierwszy koncert hiphopowy w ramach Festiwalu i wyjście imprezy na miasto. Opole wchodzi też w epokę Ich Troje – piosenka „Powiedz” wyjeżdża z nagrodą publiczności.

2008 – Opole transmitowane jest w Internecie, emocje wzbudza też występ Ivana Mladka, którego „Jožin z Bažin” staje się na krótko przebojem sieci.

Polityka 24.2013 (2911) z dnia 11.06.2013; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Trzeba było przypakować"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną